Inżynier w show-biznesie

- Popularność traktuję jako skutek uboczny uprawiania tego zawodu. Potrafi być miła i czasem daje satysfakcję, ale bywa też dokuczliwa. Chciałbym móc mierzyć się z ciekawymi wyzwaniami aktorskimi, pracować z najlepszymi reżyserami, kreować interesujące postaci. To stanowi esencję tego zawodu - mówi TOMASZ CIACHOROWSKI, aktor serialowy i teatralny

«Magister inżynier, ukończył wydział budowy okrętów na Politechnice Gdańskiej. Ma licencjat z kulturoznawstwa. Ukończył Studium Aktorskie przy Teatrze im. Jaracza w Olsztynie. Grał w 10 serialach, największą popularność dały mu role Michała w "Majce" i Igora w "Linii życia". Obecnie gra u boku Krystyny Sienkiewicz w sztuce "Harold i Matylda". Nominowany do Telekamery w kategorii "Najpopularniejszy aktor serialowy" i w plebiscycie "Viva! Najpiękniejsi".

Zaskoczył mnie pan rolą w sztuce "Harold i Matylda". Czy trudno jest zagrać 19-latka, mając 33 lata?

- Z reżyserem Dariuszem Taraszkiewiczem nie przywiązywaliśmy większej wagi do wieku bohatera, bo w szerszym kontekście nie miało znaczenia, czy Harold ma 19 czy 30 lat. To bardzo wrażliwy i inteligentny, ale upośledzony emocjonalnie bohater, i to głównie te cechy, a także zaburzona relacja z despotyczną matką, definiują tę postać.

Harold popada w depresję, z której trudno mu wyjść. Myślę, że nie jest łatwe stworzenie takiej postaci?

- Każda emocja, która uwiarygodnia bohatera, jest dla aktora wyzwaniem. A w tym przypadku stan depresji był dla mnie dodatkowym kolorem i ciekawym zadaniem. Nie zastanawiałem się nad nim pod kątem stopnia trudności.

Bohater sztuki zakochuje się nietypowo, bo w 80-letniej kobiecie, którą w finale sztuki prosi o rękę. Sądzi pan, że takie historie zdarzają się w realnym życiu?

- Wierzę, że tak, chociaż historia ze sztuki, w moim przekonaniu, reprezentuje wszelkie związki nienor-matywne. Jest to przypowieść o takich i podobnych relacjach tabu.

Miał pan dodatkową trudność, jak zagrać tę nietypową sytuację?

- Mając za partnerkę tak znakomitą i doświadczoną aktorkę, jaką jest Krystyna Sienkiewicz, stworzenie tego rodzaju więzi było przyjemnym zadaniem. Pani Krystyna wzbudza tak wielką sympatię i uznanie w moich oczach, że przebywając z nią na scenie, nietrudno było mi uwiarygodnić fascynacje Harolda.

Czy reżyser, Dariusz Taraszkiewicz, pomagał panu?

- Dariusz jest również aktorem i jest wrażliwy na aktorskie rozterki, jakie towarzyszą procesowi powstawania spektaklu i budowania postaci. Wspólnie szukaliśmy cech Harolda, którego można by przecież przedstawić na niezliczoną ilość sposobów, a to, co widzi pan i publiczność, jest naszym wspólnym wyborem. Reżyser niczego mi z góry nie narzucał, co bardzo mi się w tej współpracy podobało.

A Krystyna Sienkiewicz?

- Pani Krysia zaraża partnera swoją charyzmą, energią i witalnością. Za każdym razem gra trochę inaczej, dodaje nowe kolory, ubarwia oryginalny tekst zabawnymi komentarzami, więc każdy spektakl jest wyjątkowym zdarzeniem.

Gracie ten spektakl w różnych miastach i na różnych scenach. Czy wasze porozumienie jest zawsze tak samo dobre?

- Nie można zapominać, że teatr jest żywą materią i każde spotkanie z publicznością jest inne. Uzależnione jest od okoliczności, które temu spotkaniu towarzyszą, od pogody, miejsca, pory dnia. Wszystko to wpływa na tempo spektaklu, na energię, którą generujemy jako aktorzy, i na tę zwrotną, którą otrzymujemy z widowni.

Matylda odkrywa przed Haroldem nowe aspekty życia...

- Przede wszystkim pokazuje mu, że nie wolno bać się doświadczenia, jakim jest życie, i trzeba mu dzielnie stawić czoła. W tym znaczeniu ten spektakl jest afirmacją życia. Harold, któremu nieustannie towarzyszą myśli samobójcze, potrzebuje takiego drogowskazu.

Sztuka Colina Higginsa jest czarną komedią ze sporą dawką takiego właśnie humoru, jest śmiechem przez łzy. Czy gdyby była dramatem, jej oddziaływanie na widza byłoby mniejsze?

- Paradoksalnie, tak. Widz dobrze się bawi, nie spodziewając się takiego zakończenia. Mam wrażenie, że dzięki takiemu przewrotnemu zabiegowi przesłanie spektaklu głębiej zapada w pamięć.

Jak publiczność przyjmuje ten spektakl?

- Najczęściej pozytywnie. Przed premierą mieliśmy obawy, jak taka nietypowa historia, opowiedziana w niekonwencjonalny sposób i zanurzona w niepopularnej dzisiaj poetyce, zostanie odebrana, ale z radością odkryliśmy, że taka właśnie forma się ludziom podoba.

Po premierze pisano "Sienkiewicz i Ciachorowski łamią tabu". Rzeczywiście to robicie?

- Zapewne chodzi o niekonwencjonalny związek pomiędzy młodym chłopakiem a dużo starszą kobietą. W naszym społeczeństwie taka relacja jest napiętnowana i nieakceptowana. Naświetlając taki model związku, w pewnym sensie łamiemy tabu.

To sztuka o misternym budowaniu porozumienia między dwojgiem ludzi, które jednak kończy się tragicznie. Myślę, że happy end byłby tu bardziej wskazany...

- Nie zgodzę się, że ta historia kończy się tragicznie. Chociaż Matylda odchodzi i oddaje Haroldowi pierścionek zaręczynowy, to jednak porozumienie między nimi, które uleczyło Harolda, pozostaje i dalej będzie go kształtować. W tym sensie zakończenie sztuki niesie ze sobą optymistyczny ładunek. Kiedy opada kurtyna, Harold rośnie w siłę.

Po dwóch latach powraca pan do teatru. Czym była wypełniona przerwa?

- Po rozstaniu z teatrem w Zielonej Górze pracowałem głównie przy popularnych produkcjach telewizyjnych.

Dwa lata grał pan Janka Złotopolskiego w telenoweli "Złotopolscy". Czym zaprocentował udział w tym popularnym tasiemcu?

- Był to mój pierwszy kontakt z kamerą. Na planie "Złotopolskich" uczyłem się elementarza, podstawowych reguł pracy przed kamerą, co w znacznym stopniu różni się od pracy w teatrze. Nie bez znaczenia jest również fakt, że zostałem zauważony, przez co częściej zaczęto zapraszać mnie na castingi do innych produkcji.

Ta rola była za mała, by zyskał pan masową popularność.

- Popularność traktuję jako skutek uboczny uprawiania tego zawodu. Potrafi być miła i czasem daje satysfakcję, ale bywa też dokuczliwa. Chciałbym móc mierzyć się z ciekawymi wyzwaniami aktorskimi, pracować z najlepszymi reżyserami, kreować interesujące postaci. To stanowi esencję tego zawodu.

Rola Michała Duszyńskiego z serialu "Majka" dała już panu popularność, zwłaszcza młodszej widowni. A co z satysfakcją zawodową?

- Niemałą satysfakcją był dla mnie już sam fakt wybrania mnie spośród wielu kandydatów, bo odtwórcy Michała szukano bardzo długo. Zacząłem w siebie wierzyć, zwłaszcza że dość późno wybrałem ten zawód i miałem wątpliwości, czy to właściwa droga. Wcześniej skończyłem pięcioletnie studia z zakresu budowy okrętów na Politechnice Gdańskiej. Dopiero w wieku 25 lat zdecydowałem się na tak odważną zmianę kursu.

Jaką postacią był Michał?

- To postać wyidealizowana i przez to trochę nierzeczywista. Wydawał się być mężczyzną kryształowym, bez skazy. Moim zadaniem było znalezienie pęknięć na tej wypolerowanej politurze, żeby tego bohatera uwiarygodnić.

Ile własnych cech ofiarował pan Michałowi?

- Trudno mi to ocenić. Każdy aktor przekazuje odtwarzanym postaciom swoje indywidualne cechy, ale nie potrafię stwierdzić, jak to było w przypadku Michała Duszyńskiego.

Czy pozostawił w panu coś po sobie?

- Taki osad zawsze pozostaje w aktorze po zakończeniu pracy nad rolą. A Michał towarzyszył mi przez siedemnaście miesięcy. Między aktorem a postacią zawsze tworzy się, zwłaszcza przy tak długiej relacji, swoista więź. Nie wiem, jak bardzo zmienił mnie Michał, ale jestem pewien, że jego niezachwiana uczciwość, zamiłowanie do prawdy w jakiś sposób mnie uszlachetniły.

W jakim stopniu identyfikuje się pan z granymi postaciami?

- To zależy, z jaką mam do czynienia. Na pewno bliżej mi do Michała niż Igora Grabowskiego, którego zagrałem w serialu "Linia życia".

Igor był przeciwieństwem Michała. To intrygant, podrywacz i cynik. Nienawidziłem jego i pana przy okazji, dopatrując się wszystkiego, co najgorsze.

- A ja od samego początku polubiłem Igora. Aktor powinien znaleźć w postaci cechy, które go fascynują i budzą jego zrozumienie, nawet gdy gra tzw. czarny charakter. Lubiłem Igora - szczególnie wtedy, gdy zdejmował swoją maskę, pod którą ukrywał się skrzywdzony, zakompleksiony, wrażliwy chłopczyk.

Skrzywdzony? Przecież to on nieustannie krzywdził innych.

- Pamięta pan, jaką Igor miał matkę? To ona go okaleczyła, czyniąc z niego bezdusznego łajdaka. Swoją drogą relacja między Igorem a jego matką, w którą przekonująco wcieliła się Beata Ścibakówna, budziła we mnie z jednej strony fascynację, a z drugiej - odrazę. To był naprawdę przerażający duet.

Oglądając ten znakomity serial, pomyślałem, że musi pan dysponować sporym zasobem środków aktorskich, aby w sposób szalenie prawdziwy stworzyć czarny charakter i zagrać postać wbrew sobie. Czy studium aktorskie w Olsztynie było wystarczająco dobrą uczelnią?

- Dużo dobrego wyniosłem z tej szkoły. Był to trzyletni bardzo intensywny trening aktorski, którego główną zaletą było to, że od początku edukacji pracowaliśmy na scenie, grając najpierw epizody, a potem coraz większe role. Potem swoją aktorską wrażliwość rozwijałem w teatrze w Zielonej Górze, gdzie spędziłem jeden sezon.

Jakie inne znaczące role zagrał pan w teatrach?

- Najbardziej byłem dumny z roli Walpurga w "Wariacie i zakonnicy". Przez ponad półtorej godziny nie schodziłem ze sceny, szamocząc się w kaftanie bezpieczeństwa, co było dla mnie wtedy dużym wyzwaniem, nie tylko fizycznym. Z dużą satysfakcją wspominam też rolę Orlanda w spektaklu dyplomowym "Jak wam się podoba", gdzie miałem okazję zmierzyć się z Szekspirem.

Nie starał się pan o pracę w rodzimym Gdańsku?

- Wysłałem do Teatru Wybrzeże aplikację i bardzo chciałem spotkać się z dyrektorem, ale nie znalazł dla mnie czasu.

I znalazł się pan na przeciwległym biegunie, w Teatrze Dramatycznym im. Leona Kruczkowskiego w Zielonej Górze.

- Tak, dyrektor Teatru Lubuskiego Robert Czechowski, po obejrzeniu mojego występu podczas egzaminów dyplomowych, zaproponował mi miejsce w zespole. Zagrałem tam w trzech tytułach.

To w sumie niewiele. Czy dlatego zdecydował się pan seriale?

- Nie byłem rozczarowany i na pewno nie żałuję roku spędzonego w Zielonej Górze. Nieustannie miałem próby w teatrze, grałem już wtedy w serialu, a do tego studiowałem zaocznie kulturoznawstwo. Czułem, że się rozwijam, i uskrzydlało mnie to.

Nie kończąc Akademii Teatralnej, miał pan świadomość swoich niedostatków?

- Doskonale wiedziałem, nad czym jeszcze muszę popracować. Występując na scenie lub przed kamerą, staram się doskonalić swój warsztat. Myślę, że dzisiaj jestem bardziej plastycznym aktorem niż po ukończeniu szkoły.

Nadal gra pan w serialu "Pierwsza miłość"?

-To się rozstrzyga, bo grana przeze mnie postać wyjechała, żeby przemyśleć swoje niegodziwe życie. Możliwe, że powróci w kolejnej odsłonie.

W międzyczasie zagrał pan w serialu "Misja Afganistan", ale ten szybko się skończył...

- Ten serial z założenia miał zamknąć się w 13 odcinkach i był emitowany wyłącznie przez abonamentową stację. Grałem tam porucznika Pawlickiego. Pomimo że była to bardzo mała rola, cieszę się, że mogłem wziąć udział w produkcji zrealizowanej z takim rozmachem.

Po rozstrzygnięciu Telekamer 2011 i plebiscytu "Viva! Najpiękniejsi" poczuł pan smak przegranej?

- Nie. Byłbym zaskoczony, gdybym w konkurencji z takimi nazwiskami dostał Telekamerę. A jeśli chodzi o plebiscyt "Vivy!", to traktowałem to raczej jako zabawę.

W tym roku mija pięć lat od pana debiutu. Jaki jest bilans zysków i strat?

- Przez te pięć lat dużo się wydarzyło w moim życiu. Jestem bogatszy o doświadczenia i wyjątkowych ludzi, z którymi miałem okazję pracować.

Podobno cierpi pan na chroniczny brak asertywności?

- Tak, ale pracuję nad tą ułomnością i chociaż jest z tym coraz lepiej, to jest to wciąż moja pięta Achillesa.

Nadal prześladuje pana lęk, że sprawi komuś przykrość?

- Może nie prześladuje, ale w wielu przypadkach hamuje.

Ma pan pieska rasy jack russel terrier, znanej z wrodzonego ADHD. Dlaczego wybrał pan tę właśnie rasę?

- Pod wpływem impulsu. Zawsze chciałem mieć dużego psa, do którego nie będę musiał się schylać, ale moje serce skradł właśnie terie-rek. Jego wrodzone ADHD dyscyplinuje mnie, częściej wychodzę z domu, jestem w ruchu, bo muszę go nieustannie gonić i bawić się z nim.

Pana pasją są też podróże.

-To prawda. Kilka dni temu wróciłem z Rzymu. Byłem tam tylko pięć dni, ale była to bardzo intensywna eskapada, z której przede wszystkim przywiozłem wrażenia kulinarne. Jestem nieuleczalnie zakochany w kuchni włoskiej. A poza tym Włosi to sympatyczni, zabawni, promienni ludzie.

Dalsze plany podróżnicze...

- Marzy mi się Azja i zbieram się na odwagę, aby w końcu się tam wybrać. Do takiej podróży trzeba się jednak solidnie przygotować.

A w zawodzie?

- Na horyzoncie majaczy bardzo ciekawa propozycja teatralna, ale nie zdradzę, co to, żeby nie zapeszyć. Proszę trzymać za mnie kciuki.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego