powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Nagrobek szaraka

"Draka" w reż. Natalii Fijewskiej-Zdanowskiej w Teatrze Młyn w Warszawie. Pisze Przemysław Skrzydelski w Sieciach.

"Draka" to spektakl, który wymierza cios niezwykle precyzyjnie.

Natalia Fijewska-Zdanowska razem z siostrami (Agatą Fijewską--Sękulską i Zuzanną Fijewską-Maleszą) już od prawie 10 lat prowadzi swój mały autorski teatr, całkiem na uboczu. Porzuciłbym pozornie wymowne określenia, czy to jeszcze off, czy może off na offie albo teatr alternatywny. Gdy taka propozycja potrafi bić się o laur z przedstawieniami na najbardziej prestiżowych scenach, etykiety nie mają znaczenia. Choć alternatywa raczej nie wchodzi w rachubę, w końcu Teatr Młyn obrał sobie za cel działalność w jakimś sensie zaangażowaną społecznie, wysublimowane konteksty, które miałyby trafić tylko do garstki widzów, to nie ten kontekst i adres. Właściwie jakiemukolwiek tytułowi napisanemu i wystawionemu przez Fijewską-Zdanowską towarzyszy bezpośrednie odniesienie do, by tak rzec, polskich problemów lub "nocnych Polaków rozmów", i to za każdym razem - w pełni udanie, jak w przypadku "Gabinetu" sprzed dwóch lat czy nieco starszych i już niegranych "Sióstr" - bez popadania w publicystykę, czyli jedną z najdotkliwszych pułapek naszej współczesnej sceny.

W najnowszej "Drace" przyjęte przez reżyserkę wyznaczniki osiągnęły wyjątkową skalę. Tkwi w tym paradoks, bo ta banalnie prosta historia wymagałaby potwierdzenia w specjalnej formie. A tu mamy jedynie akcent posta-

wiony na odpowiednim słowie, tylko po to, by zaraz pociągnąć je w nieoczekiwaną stronę, wyrwać z narracji (da się w tym spektaklu odnaleźć paralele do twórczości innego reżysera pozornie na uboczu, Igora Gorzkowskiego} i jak na ironię sklecić refren dla piosenki, która bohaterowi, policjantowi na wcześniejszej emeryturze umierającemu na raka (Krzysztof Kiersznowski), da skrawek nadziei.

Poetycki, ba, skonstruowany tak, by wykorzystać go na wskroś lirycznie na wiele pewnie sposobów, tekst Fijewskiej-Zdanowskiej to jednocześnie sytuacje, gdy bezlitosna Pani Doktor z państwowej służby zdrowia, ciężarna Kelnerka i dogorywający glina (pojawia się też Baba uliczna niczym komentujący chór, fenomenalny pomysł) nagle stają się dla siebie arcyważni, jak i zaskakująca gra słów. Dla policjanta czas już się domknął, jednak pocieszają się wszyscy. W tę opowieść o przegranych wchodzi się bardzo łatwo, rytm i rym na przekór sytuacji leczą śmiechem i wytwarzają trans skupienia. A co tu porusza najbardziej? Pewnie to, że nikt nie sili się na traktat o umieraniu, właściwie nikt swoich postaci nie broni, bo i po co. W kolejne decorum eseju o śmierci już chyba nie uwierzymy. Ból podmienić na dobry refren? Proszę bardzo, tym bardziej że wystarczą do tego świadomość i otwartość trójki aktorów oraz kilka plastikowych skrzynek z baru mlecznego jako cała scenografia. Tym bardziej że właśnie przez to wszystko robi się prawdziwie podniośle, a piosenka przeobraża się w hymn.