powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Pod koniec

"Romantycy" w reż. Grzegorza Chrapkiewicza w Teatrze Dramatycznym w Warszawie. Pisze Tomasz Miłkowski w Przeglądzie.

Na środku sceny ogromne łoże, pod którym w pudłach mieści się cały dobytek, a wokół niego krząta się i marudzi pod nosem Pogorelka (Małgorzata Niemirska). Stroi się, nakłada perukę, jeszcze jeden dzień życia ją uwodzi, prawie jak u Becketta. Stroi się nie nadaremnie, bo nachodzą ją dawni kochankowie, Chajczik (Władysław Kowalski) i Bonbonel (Zdzisław Wardejn). Ich wizyty, choć mogą przynieść tylko rozczarowanie, wprowadzają nieco ożywienia w jej niemrawe trwanie. Ale niewiele jest do uratowania. Właściwie nic, najwyżej wspomnienie dawnej wielkiej miłości. Pakujemy manatki, jak głosi tytuł jednego z dramatów Hanocha Levina - to ważny motyw jego twórczości. Nigdy nie ma dobrej pory na śmierć, toteż trójka starzejących się bohaterów romantyków czepia się resztek życia, choć z góry skazani są na klęskę. Stąd ich bezbrzeżny smutek, ale i poszukiwanie ostatnich błysków radości, choćby jej śladów. Byli kochankowie przybywają do swej dawnej wybranki w nadziei, że umrą u jej boku, w towarzystwie. Za oknem zieleń, wiosna, w sercach zwidy przeszłości, ale mdłe ciało, choroby, zniedołężnienie dają się we znaki. Świetnie skomponowana sztuka z błyskotliwymi dialogami nabiera blasku za sprawą mistrzowskiej interpretacji. Przez półtorej godziny smakujemy pojedynek ze zbliżającą się śmiercią inkrustowany akcentami humorystycznymi (salwy śmiechu budzi licytacja trójki bohaterów, kto z nich ma bliżej do śmierci, kto jest bardziej schorowany i udręczony lekarstwami), ale i liryki pierwszej próby. Życie banalnie znane, a jednak tak podświetlone, że mimo koszmaru przeciętności kusi pięknem.