powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Zdegradowani i niepotrzebni

"Romantycy" w reż. Grzegorza Chrapkiewicza w Teatrze Dramatycznym w Warszawie. Pisze Temida Stankiewicz-Podhorecka w Naszym Dzienniku.

Sztuki o starości, chorobach, umieraniu nie są tematami najchętniej podejmowanymi przez teatr. A i autorzy dramatyczni jakoś nie za bardzo garną się do tych tematów. Tabloidowa moda pokazuje wszak inny obraz świata. Dzisiaj, w dobie kultu młodości, urody, nastawienia na hedonizm, na przyjemność, w dobie globalizacji ateistycznej, której przestrzeń jest zamknięta dla Boga a otwarta na konsumpcjonizm, tworzy się nowy typ samotności człowieka.

Najnowsza premiera w warszawskim Teatrze Dramatycznym "Romantycy" w reżyserii Grzegorza Chrapkiewicza mówi wprawdzie o starości, samotności i śmierci, ale dość przewrotnie, w stylu charakterystycznym dla izraelskiego autora sztuki, Hanocha Levina.

Autor zderza ze sobą powagę tematu i groteskową formę wypowiedzi. I dopiero z kontrapunktu, na przecięciu żartu i powagi powstaje przestrzeń, w której bohaterowie odsłaniają swoje myśli, marzenia, uczucia i lęki. Te najpoważniejsze sprawy dotyczące egzystencji człowieka autor ujmuje w swoisty cudzysłów, który pozwala mu na tragikomiczność opisu ludzkich zachowań.

Nie chcą umierać w samotności

Bohaterowie "Romantyków" to troje ludzi w podeszłym wieku: Pogorelka (w tej roli Małgorzata Niemirska), Chajczik (Władysław Kowalski) i Bonbonel (Zdzisław Wardejn). Wszyscy już dawno przekroczyli siedemdziesiąt lat. Łączy ich zażyła niegdyś znajomość i samotność. Chajczik był kiedyś mężem Pogorelki, ale różnice charakterologiczne doprowadziły do wzajemnej irytacji, co zakończyło się rozstaniem. I oto teraz, po siedmiu latach rozłąki, pojawia się z walizką w drzwiach mieszkania Pogorelki, której na jego widok zdumienie odbiera mowę. W gruncie rzeczy cieszy się, bo równie jak on czuje się bardzo samotna i nikomu niepotrzebna. Do tego jest sylwester, nie będzie więc sama. Dobrze, że ubrała się w strojną sukienkę, typowo sylwestrową, i że w takim stroju powitała Chajczika, który zawsze ją kochał, no i nadal darzy ją tym uczuciem. Nie oznacza to jednak, by wzajemnie się nie irytowali. Ale dlaczego po latach milczenia właśnie teraz przybył do Pogorelki? Bo pragnie umrzeć przy niej, a nie w samotności.

Z tego samego powodu i w tym samym dniu odwiedza Pogorelkę drugi niespodziewany gość, Bonbonel (Zdzisław Wardejn), w którym Pogorelka była niegdyś zakochana i - jak widać - pozostało jej to do dziś. Trudno więc się dziwić, że owa wizyta nie cieszy Chajczika.

Całą trójkę łączy przywiązanie, wspomnienia przeżytych lat, a teraz - prócz wspomnień -odmawiają kadisz, licytują się na choroby i lekarstwa: kto z nich jest bardziej chory, kto przyjmuje więcej leków, komu bliżej do śmierci itd. Ze szczegółami opisują swoje dolegliwości, nawet te najbardziej wydawałoby się wstydliwe. Każde z nich próbuje "przebić" pozostałych, wzbudzić współczucie dla siebie. Te zabawne sceny licytacji rozśmieszają widownię, ale też uzmysławiają nieodwracalność postępującego czasu zbliżającego człowieka do śmierci.

Świetnie poprowadzona rola Chajczika przez Władysława Kowalskiego, który w przeciwieństwie do pozostałych postaci jest jakby trochę zakompleksiony, ma obniżone poczucie własnej wartości, ubrany byle jak, niezaradny życiowo, przypomina chłopca, któremu umarli rodzice i nie zdążyli przygotować go do samodzielnego życia. Szuka wsparcia i uczucia u Pogorelki. Wzruszająca scena przy oknie, na tle suchej, martwej gałęzi drzewa, będącej metaforą kończącego się życia bohaterów spektaklu.

Matkowania u Pogorelki szuka także Bobonel, choć góruje nad Chajczikiem i udaje uwodziciela, również i on boi się umierać w samotności. Zdzisław Wardejn wyraźnie z lubością wciela się w rolę byłego Don Juana. Najsilniejsza psychicznie z całego towarzystwa jest Pogorelka. To jednak najsłabsza rola w spektaklu. Małgorzata Niemirska wyraźnie odbija stylistycznie od kolegów aktorów, próbując przełamać ich rodzajowość poprzez - w pewnym sensie - odrealnienie swojej bohaterki. Tylko po co?

Myślę, że obsesyjnie powracający u Hanocha Lewina temat choroby, rozkładającego się ciała i wnętrza człowieka oraz temat śmierci wynika z własnych traumatycznych doświadczeń autora, który umierając w szpitalu na raka, wiedział, co znaczy cierpienie. I to przez wiele miesięcy. Stąd pewnie owo nagromadzenie goryczy będące rodzajem buntu, niezgody na los niosący cierpienie i ból egzystencjalny, obecny jako temat w większości utworów tego pisarza.

Nie jestem zwolenniczką twórczości Levina, takiego widzenia świata, w którym nie ma nadziei. Człowiek, choć wyniszczony śmiertelną chorobą, ale jeśli jest duchowo zintegrowany, wierzący, inaczej przeżywa swoje odchodzenie. A już zupełnie nie przyjmuję tych jego sztuk, które poprzez swoją obrzydliwie wulgarną obsceniczność redukują człowieka do czynności wyłącznie fizjologicznych. Jednak obok tamtych utworów są i takie jak "Romantycy", skłaniający do głębokiej refleksji i spojrzenia na dzisiejszy świat, a w nim na miejsce człowieka starego.

Rakiety sięgnęły nieba, a moralność - dna

Ludzie starzy, chorzy, niepełnosprawni z punktu widzenia polityki współczesnego świata i jego ekonomicznych interesów nastawionych na zysk materialny - zabrzmi to brutalnie - ale są odbierani jako ludzie o niskiej przydatności społecznej. W dzisiejszym świecie konsumpcyjnym, agnostycznym, liberalnym, hołdującym filozofii hedonistycznej uznawani są za czynnik obciążający. Wprawdzie czasami znajduje się jeszcze miejsce na współczucie, ale już nie na współodczuwanie. A przecież współczucie nie jest tożsame ze współodczuwaniem. Ekonomia stała się nową dyktaturą, niezwykle agresywną, a egoizm został pasowany na nową etykę. Ktoś bardzo celnie określił obraz współczesnej rzeczywistości, mówiąc, że rakiety sięgnęły dziś nieba, a moralność - dna.

O rozwijaniu w sobie daru człowieczeństwa próżno by mówić w oparciu o teatr, o współczesną sztukę i w ogóle o obecną kulturę, która nie tworzy odpowiedniego kontekstu i właściwych wzorców dla postawy wyboru wyższych wartości etycznych.

Obserwujemy zmasowaną promocję zupełnie innego stylu życia. Ten chory wyścig za stylem życia bez Boga prowadzi do nieodwracalnych zmian, do zagłady. Przetaczająca się dziś przez świat antychrześcijańska rewolucja moralna niosąca zdehumanizowany laicyzm i sekularyzm, niczym walec zgniata wszystko, co normalne, zdrowe, usankcjonowane wartościami tradycyjnymi i zgodne z prawem naturalnym.

Wszystko to degraduje ludzką duchowość, ogołaca życie człowieka z wymiaru transcendentalnego, toteż gdy przychodzi starość, a wraz z nią choroby, niedołęstwo, uzależnienie od otoczenia, potrzeba wsparcia, pomocy, to człowiek potrzebujący nierzadko natrafia na egoizm, brak zrozumienia, niecierpliwość nawet najbliższych. Pojawia się dojmujące uczucie niepotrzebności, które staje się czasem trudne do wytrzymania, zwłaszcza dla starych ludzi o dużej wrażliwości. Niedawno ks. abp Michalik w jednej z homilii powiedział, że powoli umiera człowiek w człowieku. I właśnie o tym też mówi sztuka Hanocha Levina przeniknięta gorzką ironią i zarazem sięgająca tych najgłębszych warstw ludzkiej egzystencji.