Miłość niejedno ma imię

- Poprzez teatr i publiczne występy komunikuję się ze światem lepiej niż w moim życiu prywatnym i towarzyskim - mówi KRZYSZTOF KOLBERGER.

«Przeszli razem tyle, że wiele związków zachwiałoby się pod takim ciężarem. Zawodowe porażki, śmierć bliskich, ciężka choroba. Zofia Czernicka i Krzysztof Kolberger [oboje na zdjęciu] mówią "Gali" o mądrej miłości, która daje siłę do życia.

Często widać ich razem. Ale czy rzeczywiście stanowią parę? Popularna dziennikarka telewizyjna i uwielbiany przez publiczność aktor o magicznym głosie. Zofia Czernicka i Krzysztof Kolberger. Na sesję fotograficzną i wywiad Krzysztof zaprasza nas do swojego mieszkania. Po kilku godzinach pracy wszyscy są już trochę zmęczeni, ale ekipa nie odpuszcza: - Wyluzujcie się - krzyczy stylista Krzysztof Łoszewski. - Wyglądacie jak małżeństwo z czterdziestoletnim stażem. Nie są małżeństwem, nie przysięgali sobie, że będą razem w zdrowiu i w chorobie, ale trwają obok siebie bez względu na to, co ich spotyka.

GALA: Od lat widywani jesteście razem, wciąż blisko. Jak nazwać to, co was łączy?

ZOFIA CZERNICKA: Kobiety mi zazdroszczą Krzysztofa u boku!

KRZYSZTOF KOLBERGER: Czy lepiej, jeśli pewne rzeczy pozostają nienazwane? My sami nie nazywamy tego, co się dzieje między nami. Nie musimy sobie nic szczególnie opowiadać, żeby wiedzieć, co druga osoba myśli i czuje. Jestem typem człowieka, który w słabościach, w chorobach ucieka jak kot. Jestem zodiakalnym Lwem. Zosia chyba reaguje podobnie. Czasem potrzebujemy samotności, nawet kiedy jest nam źle. Ale jednocześnie wiemy, że możemy na siebie liczyć. Zawsze.

ZOSIA: Idealnie wyczuwamy nawzajem swoje stany psychiczne. Dobrze wiem, kiedy mam się odezwać do Krzysztofa, a kiedy lepiej milczeć.

GALA: Miłość niejedno ma imię?

KRZYSZTOF: Jeśli miłość kojarzy się z parą, która ze sobą mieszka i dzieli wspólne łóżko, to możemy chyba zawieść kilka osób.

ZOSIA: Myślę, że miłość jest tu dobrym słowem. Bo przecież miłość bliźniego jest tym, o co chodzi w życiu, choć niekoniecznie musi to być miłość, która wiążę się z zakochaniem. W każdym razie wiążą nas silne emocje.

KRZYSZTOF: To się ładnie nazywa: wspólna chemia. Jest coś, co powoduje, że lubimy być ze sobą, oczywiście nie bez przerwy. Ale Zosia wie, że jestem i będę obok, żeby ją wesprzeć. Czasem dzwoni z pretensją, dlaczego się nie odzywam. Na to ja jej mówię: "Przestań mnie traktować jak moja mama!".

ZOSIA: Ostatnio Krzysztof powiedział mi: "Wszystkie jesteście takie same". I to uznałam za największą obrazę. Chyba powiedział to specjalnie, żeby mi dokuczyć.

KRZYSZTOF: Walorem naszego związku jest brak przymusu. Papier nas nie łączy, więzy krwi też nie, obowiązki codzienności - również. Szanujemy nawzajem swoją przestrzeń życiową.

GALA: Jak na siebie trafiliście?

ZOSIA: Spotykaliśmy się, oczywiście, na gruncie zawodowym, ale mieliśmy też pewną wspólną znajomą, słynną wtedy panią reżyser, która niczym kwoka otaczała ciepłem wielu artystów. Chciała nas wyswatać.

KRZYSZTOF: Dopóki jej córka nie dorosła.

ZOSIA: Tak, później swatała córkę. Ale mimo że uwielbiała mojego ówczesnego partnera życiowego, zawsze mówiła: "Mężczyzną twojego życia powinien być Krzysztof Kolberger". I usilnie próbowała nas złączyć.

KRZYSZTOF: Chociaż ja byłem wtedy w innym związku.

ZOSIA: Ja też. I byłam bardzo zakochana. Więc wcale nie chciałam realizować jej pomysłu. Ale zbliżyły nas do siebie życiowe tragedie, których oboje doświadczyliśmy. Odeszła po ciężkiej chorobie siostra Krzysztofa Basia. Przeszłam przez wielkie cierpienie po śmierci mojego wieloletniego partnera życiowego, który zginął w tragicznym wypadku. Trudno było mi odnaleźć się w życiu, nawet w pracy. Ale to nie znaczy, że z moim charakterem umiałam się zwierzać, chodzić i płakać. Mimo wszystko nie skoczyłam z mostu do Wisły, choć niektórzy sądzili, że tak się może stać. Jestem twarda.

KRZYSZTOF: Jesteśmy oboje niezwykłym dla mnie połączeniem olbrzymiej słabości i siły. Zośka jest cyborgiem. Nawet jeśli w głębi duszy cierpi, nigdy tego nie pokaże. Zawsze się uśmiecha, jest miła, serdeczna dla ludzi. Mnie się to podoba i tego się od niej uczę. Od lat namawiam ludzi, żeby się uśmiechali, nie wtedy, kiedy jest dobrze, kiedy są radośni, szczęśliwi, bogaci i zdrowi, tylko właśnie wtedy, kiedy są smutni i chorzy, kiedy jest im źle. Wiem, co mówię. Uśmiech ma moc uzdrawiającą. Żeby zmusić mięśnie twarzy do niby prostego układu ust, trzeba naprawdę zmobilizować wszystkie siły organizmu.

GALA: Czy Zosia w ostatnim czasie pomaga ci zmobilizować siły?

KRZYSZTOF: Zdecydowanie. Zosia zaoferowała mi niezwykłą pomoc. Ze względu na moje problemy zdrowotne obudowała moje wyjazdy zawodowe kilkudniowymi pobytami wypoczynkowo-rehabilitacyjnymi. W pobliżu miejsc, gdzie graliśmy koncerty, załatwiała hotele, sanatoria, przejazd, pobyt. Tak było kilkakrotnie. Po mojej chorobie i kilkutygodniowym pobycie w szpitalu ułatwiła mi powrót do życia, do pracy. Moje zajęcia często wiążą się z wyjazdem poza Warszawę. Teraz wyprawy te stały się dużo trudniejsze, co spowodowane jest nowym rytuałem w moim dniu: dokładnymi terminami posiłków, badaniem poziomu cukru, przyjmowaniem leków... nie chcę się wdawać w szczegóły. W każdym razie były momenty, kiedy Zosia umożliwiła mi podjęcie decyzji, że mogę wziąć udział w koncercie poza domem, bo zadbała, żebym zaraz potem, tuż obok, miał szansę odpocząć.

ZOSIA: Chyba mogę powiedzieć, że wsparłam decyzję Krzysztofa o jego powrocie do pracy. On zresztą też chciał wrócić bardzo szybko, mimo że obiektywne warunki wskazywały raczej, żeby się tak nie rwać do przodu. Uważałam, że nic tak dobrze nie rehabilituje jak praca. Tyle że w nowej sytuacji należało stworzyć odpowiednie warunki. Więc teraz często podróżujemy razem.

KRZYSZTOF: Natomiast naszą najwspanialszą wspólną podróżą była wyprawa do Ziemi Świętej, rok po moich poprzednich kłopotach zdrowotnych. Był to rodzaj pielgrzymki.

ZOSIA: Coś więcej niż pielgrzymka, podróż zaczarowana!

GALA: Wyszedłeś cało z opresji i odbyłeś symboliczną podróż?

KRZYSZTOF: Ten wyjazd był trochę przypadkowy, ale kiedy człowiek ociera się o śmierć, bardzo często zwraca się w stronę mistyki, religii, myślenia, co jest po drugiej stronie. Nasz przewodnik po Jerozolimie był księdzem, to też miało znaczenie. Oprowadzał nas po miejscach związanych z kultem Chrystusa i Świętej Rodziny. Jeżeli ktokolwiek ma jakąś wrażliwość, to w tym miejscu trudno nie wierzyć, że Chrystus naprawdę istniał. Przywieźliśmy na pamiątkę, łamiąc przepisy celne, dwa kamienie z Góry Oliwnej i jeden z Golgoty, z Bazyliki Grobu. Polski zakonnik zaprowadził mnie do podnóża góry, która jest cała zabudowana, i żeby zobaczyć jej kawałek, trzeba zejść do podziemia. Tam udało mi się uszczknąć kawałek Golgoty. Teraz podarowałem go profesorowi, któremu zawdzięczam kolejne ozdrowienie. Podarowałem to, co miałem najcenniejszego.

ZOSIA: Mój kamień z Góry Oliwnej jest ogromny. Zobaczyłam go pewnego dnia podczas spaceru i wiedziona fantazją powiedziałam do Krzysztofa, że chciałabym mieć taki w domu. A on, który dopiero co przeszedł operację i powinien się oszczędzać, następnego dnia przydźwigał mi ten głaz! -Ksiądz, który tam z nami był, pokazał nam niezwykłe miejsca, których żadne biuro podróży nie oferuje. Zakochałam się tam w jednym zakonniku greckokatolickim. Piękny mężczyzna. Miał migdałowe oczy i niebieski habit.

GALA: Z wzajemnością?

ZOSIA: Częstował nas winem mszalnym. Nocą uciekaliśmy po dachach od sióstr elżbietanek, u których mieszkaliśmy. Oczywiście z Krzysztofem, nie z zakonnikiem.

GALA: Więziły was siostry?

ZOSIA: Po prostu zamykały furtę o 9 wieczorem, jak to w klasztorze. A my odkryliśmy, że można myk, myk po dachach i na dyskotekę!

KRZYSZTOF: Aż siostry nas nakryły...

ZOSIA: ...i powiedziały, że pierwszy raz mają takich... młodych gości.

KRZYSZTOF: Teraz mniej razem tańczymy, z różnych powodów, trochę zdrowotnych, i w końcu lat nam przybywa...

ZOFIA: Może tobie, bo mnie nie!

KRZYSZTOF: Mnie przybywa podwójnie. Za mnie i za ciebie.

ZOFIA: Mój drogi, ciągle mam nadzieję, że wrócimy do tych tańców.

GALA: Krzysztof, a co ciebie tak goni do pracy?

KRZYSZTOF: Wcale teraz tak nie pędzę. Dużo odpoczywam. Ostatnio byłem trzy tygodnie w sanatorium. Ale będąc tam, codziennie uczyłem się tekstu, bo reżyseruję i gram w dwuosobowej sztuce z Małgosią Zajączkowską - "Kocham O'Keeffe". Premiera ma być w listopadzie w Kino-Teatrze Bajka na Marszałkowskiej w Warszawie. Bardzo lubię pracować. Poprzez teatr i publiczne występy komunikuję się ze światem lepiej niż w moim życiu prywatnym i towarzyskim.

GALA: Uważasz, że w tym momencie życia nie warto się oszczędzać?

KRZYSZTOF: Warto mobilizować siły. Po dwóch dniach od wyjścia ze szpitala chciałem wystąpić na scenie i zrobiłem to. 16 maja był koncert w studiu radiowym z wierszami Karola Wojtyły, a ponieważ przed operacją miałem podobny występ, tyle że w Watykanie, dzień po pogrzebie Jana Pawła II, pomyślałem, że te dwa przedstawienia połączą i skleją jak bliznę okres przed- i poszpitalny, wycinając z mojego życia ten niemiły czas. I wbrew opinii lekarzy opuściłem klinikę, mając już zapowiedzianą kolejną, mniejszą, ale jednak operację. Myślę, że właśnie dzięki tej mobilizacji organizmu teraz jest dobrze. Wiele zależy od naszego nastawienia. Możemy kreować rzeczywistość, pod warunkiem że przyjmujemy rzeczy tragiczne jako część życia i wpisujemy je w naszą drogę z pełną pogodą i ufnością.

GALA: Ale cierpienie nie uszlachetnia, prawda?

KRZYSZTOF: Na pewno poszerza sposób widzenia świata, naszą wrażliwość, empatię. Ludzie mi mówią: "Jak ty to robisz, że z uśmiechem opowiadasz o swojej chorobie?". Bo traktuję to jak coś, co należy do życia. Śmierć też jest częścią życia. Jeżeli tego nie przyjmiemy, będziemy się tylko bać.

ZOSIA: Cóż, świat nie składa się tylko z palm pod błękitnym niebem. Ale ostatnio z Krzysztofem zastanawialiśmy się, jak to jest, że spadają nam na głowę takie ciężkie cegły. I wtedy powiedziałam: "Wiesz, Krzysztof, to na twardych trafia. Jakby trafiło na słabego, toby zginął pod tą cegłą. A twardy pokaże, że mimo wszystko warto żyć".

KRZYSZTOF: Dla każdego jego cegła jest najważniejsza, ale mam dowody, że mówienie o mojej chorobie dało innym chorym większą energię do walki i wiarę, że im też się uda, że też wyzdrowieją i przeżyją.

ZOSIA: Tego samego doświadczyłam po swoim wypadku. Kilka dobrych lat temu spadłam z wysokości. Miałam złamanie podstawy czaszki, kości potylicznej, wstrząśnienie mózgu, krwiak na móżdżku, co spowodowało, że nie chodziłam i nie widziałam, a przez pewien czas w ogóle byłam nieprzytomna. I wyszłam z tego. Nauczyłam się od nowa chodzić, pisać.

KRZYSZTOF: Jeżeli profesor mi mówił, że on w czasie operacji czuje współpracę organizmu chorego, mimo że jest się pod narkozą, to znaczy, że nastawienie pacjenta przed operacją jest bardzo ważne. Nie zdajemy sobie sprawy, ile w nas jest siły i możliwości. A kiedy już doświadczymy tragedii, i Zosia, i ja, szukamy pozytywów. Zosia mówi o tym, że ma po tamtym wypadku lepszą pamięć, a ja na skutek choroby schudłem kilkanaście kilo i fantastycznie się z tym czuję. Wreszcie mogę jeść, ile chcę, nawet muszę jeść siedem, osiem razy dziennie, zgodnie z zaleceniami lekarzy, i nie mam szansy przytyć. I odmłodniałem.

GALA: Ale nie lekceważysz swojej choroby?

KRZYSZTOF: Trudno lekceważyć coś, co jest twoim być albo nie być. Ale jak powiedzieliśmy, bardzo ważną kwestią jest psychiczne nastawienie. Na każdą ewentualność. Wiedziałem, że przyjmę każdy werdykt ze spokojem, tak że profesor przy stole operacyjnym nie wyczuje żadnych nerwów.

GALA: Gdzie się teraz razem wybieracie?

KRZYSZTOF: Jedziemy razem na festiwal filmowy do Gdyni. Pierwszy raz po operacji decyduję się na tak daleki wyjazd samochodem.

GALA: Ty będziesz prowadził?

KRZYSZTOF: Tak. Ale czuję się bardzo bezpiecznie na myśl, że Zosia będzie siedziała obok i w razie czego przejmie kierownicę. A po powrocie pod koniec września zaczynam zdjęcia do drugiej części "Sfory". Przygotowuję się do premiery mojej sztuki i wracam do Teatru Narodowego.

GALA: Dużo tego.

ZOSIA: A jeszcze ja mam nadzieję, że wykorzystam Krzysztofa w moim programie, który został przyjęty do realizacji w Telewizji Polskiej: "Mój Dekalog". Prowadzę rozmowy, a Krzysztof będzie czytał cytaty z Pisma Świętego.

GALA: Lubisz czytać Biblię?

KRZYSZTOF: Lubię książeczkę, która nosi tytuł "Modlitwa na każdy dzień". Podarował mi ją kiedyś ksiądz Maliński. Składa się z jego rozważań, poezji, którą wybrał, i fragmentów Pisma Świętego. Pierwsza msza, kiedy widziałem go w akcji, wyglądała tak, że najpierw śpiewał: "Dopóki ziemia kręci się" Okudżawy, potem mówił: "Nie marnujcie czasu", potem znowu śpiewał i znowu mówił: "Nie marnujcie czasu". Minęło tyle lat, a ja wciąż pamiętam te słowa. Bardzo je sobie wziąłem do serca i im więcej mam lat, im mniej czasu, tym częściej powtarzam sobie zdanie: "Nie marnujcie czasu". Książka księdza Malińskiego towarzyszy mi w każdej podróży. Kiedy jest mi źle, otwieram ją i znajduję odpowiedź.

GALA: Otwierasz ją na przypadkowej stronie?

KRZYSZTOF: Tak. Kiedyś zrobiłem w teatrze straszną awanturę. Wróciłem do domu, jak zwykle wstydząc się swojego wybuchu, otworzyłem tę książkę i co czytam? "Kto ci daje prawo krzyczeć na innych ludzi?".

ZOSIA: Później z jakiejś okazji Krzysztof podarował mi taką samą książkę.

GALA: Pamiętasz, z jaką dedykacją?

ZOSIA: Pamiętam: "Zosieńko, z wyrazami... Ty sama najlepiej wiesz...".

Rozmawiała: Marta Grzywacz.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego