powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Promocja - w sam raz nie dla ciebie

Normalnie 50 zł, u nas - 155 zł! Normalnie 70 zł, u nas - 175 zł! Normalnie 30 zł, u nas 105 zł! Jeśli zachęcił państwa powyższy slogan, zapraszamy w tym roku do Kalisza. 53., najdroższe Spotkania Teatralne już za niespełna 3 tygodnie - pisze Michał Centkowski dla e-teatru.

Spoglądając na tegoroczny cennik imprezy, zwanej przez mieszkańców K$T Business Club, szybko dochodzimy do wniosku, że potencjalnemu widzowi (nie tylko posiadającemu zniżki studentowi czy seniorce) bardziej opłaca się wsiąść w pociąg (klasy I) i ruszyć w Polskę celem obejrzenia któregoś z festiwalowych spektakli w macierzystym teatrze, zamiast w Kaliszu, podczas owego święta teatru. W kilku przypadkach, zostałoby nawet parę groszy na jakiś lunch, czy skromną kolację. Przy założeniu że festiwal (w takim niedużym ostatecznie mieście, jakim jest Kalisz), jest w swych założeniach szansą dla miejscowej publiczności na zobaczenie najciekawszych i najważniejszych spektakli z całego kraju, w dodatku wydarzeniem w dużej mierze finansowanym z budżetu miasta, coś tu chyba jest nie tak - pomyślałem.

Podobnie myślą, protestujący (od kilku lat!) mieszkańcy Kalisza, którzy napisali list otwarty do artystów biorących udział w tegorocznych Spotkaniach. Jak co roku planują także manifestację przed gmachem teatru. To niezwykłe, fenomenalne, że sprawy teatru, jego dostępności jako dobra kultury są w stanie wyprowadzić ludzi na ulicę!

Nic dziwnego, skoro Kaliskie Spotkania z cenami biletów sięgającymi 175 złotych (za spektakl "Danuta W."), absolutnie zdeklasowały inne polskie przeglądy teatralne.

Zapytany o to dyrektor Igor Michalski, na łamach jednego z lokalnych pism, odrzekł z właściwym sobie wdziękiem:

"Teatrem rządzi ekonomia! (...) Kto naprawdę chce do teatru przyjść, może odkładać pieniądze na KST, zamiast na wyjazd na narty".

Urzekł mnie optymizm z jakim pan dyrektor widzi otaczającą go, kaliską, czy szerzej polską rzeczywistość. W tej rzeczywistości wybory mieszkańców sprowadzają się głównie do pytania, czy wybrać w tym sezonie białe szaleństwo na stoku (zapewne w Alpach lub chociaż Dolomitach) czy za 1177 zł kupić karnet na snobistyczny festiwal. Być może tak właśnie wyglądają dylematy tych, których pan dyrektor widzi właściwymi odbiorcami kultury.

Co jednak z tymi mieszkańcami Kalisza, którzy na narty w ciągu roku nie jeżdżą ani razu, ba! którzy może nigdy w życiu nie byli na nartach?

Pozostaje bowiem pytanie, czy to w porządku, żeby dla tak wielu osób dostęp do wydarzenia kulturalnego, organizowanego przez publiczny Teatr im. Wojciecha Bogusławskiego, dzięki dotacji Sejmiku Województwa Wielkopolskiego oraz rady Miasta Kalisza i dofinansowywanego przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego (wciąż jeszcze nie będącego zdaje się prywatną inicjatywą), na który zaprasza się inne (w większości) publiczne teatry, nawet te najlepsze, ze spektaklami zrobionymi ostatecznie też za podatnicze pieniądze, był dobrem nie tyle luksusowym, ile wręcz nieosiągalnym?

"Mamy produkt, który się sprzedaje. Dla kogo ma być taniej?" - pyta oburzony dyrektor Michalski.

To ważne pytanie. Myślę, że pora, byśmy wszyscy sobie je zadali. Dla kogo są Kaliskie Spotkania Teatralne, dla kogo istnieje Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego - dla kogo ta kultura i dla kogo to dziedzictwo narodowe?