powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Sekrety zniewolenia zapisane w słowach

"Cudotwórca" w reż. Wawrzyńca Kostrzewskiego w Teatrze Dramatycznym w Warszawie. Pisze Wiesław Kowalski w serwisie Teatr dla Was.

"Cudotwórca" Briana Friela to ciekawie budująca napięcie, oparta przede wszystkim na słowie, historia wędrownego irlandzkiego uzdrowiciela widziana nie tylko z jego perspektywy, ale też oddających się wspomnieniom dwóch pozostałych bohaterów dramatu. Każde opowiadanie zdeterminowane jest subiektywizmem relacji, jakie łączyły Franka, jego kochankę czy też żonę - Grace i Teddy'ego. Wszyscy snują tutaj swoje opowieści, których fabularne zapętlenia należą już do przeszłości. Mówią, przemawiają, czytają, intonują, perorują

Wawrzyniec Kostrzewski (reżyseria) wraz Martą Dąbrowską-Okrasko (kostiumy i scenografia) dzięki ciekawie zaaranżowanej i wykorzystanej przestrzeni, będącej jedynym, ale jakże wymownym i bogatym znaczeniowo, inscenizacyjnym wsparciem, pozwolili na sugestywne zaistnienie nie tylko słowom, ale przede wszystkim aktorom, którzy choć nie dialogują to cały czas przebywają obok siebie na scenie. Ich obecność i cielesność jest tak samo ważna jak słowa, które wypowiadają. Oparty na monologach tekst autora "Przekładów", mogący być dla wykonawców pułapką nie do pokonania, staje się w Dramatycznym nie tylko popisem umiejętności warsztatowych Adama Ferencego, Marty Król i Andrzeja Blumenfelda, ale niezwykle intrygującym dla widza przywoływaniem nie pozbawionego dramatyzmu świata z subtelnym cieniowaniem emocji. Emocji decydujących o znaczeniach tkwiących w tekście irlandzkiego dramatopisarza. Bo Friel, negując dialogową konstrukcję dramatu, wkłada w usta swoich bohaterów trzy różne odsłony wydarzeń. Jednocześnie nie ujawnia gdzie tak naprawdę leży prawda. Stojący oko w oko z publicznością aktorzy próbują, każdy na swój sposób, odtwarzać i oceniać fakty z przeszłości dotyczącej ich wspólnej długoletniej wędrówki po angielsko-irlandzko-walijskiej prowincji. Adam Ferency, w roli Franka, rozpoczynający i kończący spektakl, znakomicie pokazuje proces autokreacji jakiemu się poddaje. Jest nie tylko wsłuchanym w siebie i swoje wnętrze samotnikiem; wyraźne artykułowanie jego wewnętrznych dylematów ukazuje człowieka nie pozbawionego tajemnicy, pełnego cynizmu, umiejętnie zniewalającego innych i zmuszającego najbliższych do zaangażowania i ofiary. Marta Król jako Grace znakomicie stopniuje napięcie, przejmująco wciąga publiczność w rzeczywistość swojej opowieści spokojem i ekspresją dużo bardziej oszczędną. Jej opętańcza namiętność i potrzeba bliskości ukazuje całą nieprzewidywalność kobiecej natury i motywów decydujących o ludzkich wyborach. Andrzej Blumenfeld w roli Teddy'ego swoim scenicznym byciem i intensywnością emocji wypełnia małą scenę Dramatycznego zupełnie nową jakością i barwą, choć i on nie rozstrzyga ostatecznie, dlaczego związał się tak silnie z cudotwórcą-hochsztaplerem(?). Jak pozostali - nie feruje żadnych wyroków, nie formułuje wniosków, nie daje wskazówek pomocnych do oceny przebiegu zdarzeń, balansując na granicy radykalnego subiektywizmu pełnego słów zmyślenia i prawdy. Każdy z trójki bohaterów kreuje tutaj swoją własną - choć mniej lub bardziej spontanicznie zniekształcaną - rzeczywistość i na swój własny sposób próbuje ją nazwać, okiełznać i dookreślić. Tyle że wszystkie poziomy prawdy i nieprawdy stają w tym przypadki szalenie relatywne. Zresztą, tak samo jak te, których używamy do interpretacji tego, co i jak dzieje się dzisiaj w naszym teatrze.