Piknik na skraju drogi

Spektakl staje się długim, przejmującym i bolesnym spojrzeniem w otchłań, w pustkę. A otchłań, jak przestrzegał Nietzsche, zawsze zagląda w nas - o "Podróży zimowej" w reż. Mai Kleczewskiej, koprodukcji Teatru Polskiego z Bydgoszczy oraz Teatru Powszechnego z Łodzi, pisze Michał Centkowski z Nowej Siły Krytycznej.

«Maja Kleczewska zabiera nas w zimową podróż. Podróż ta stanowi najdojrzalszy i bodaj najwyrazistszy manifest twórczej i etycznej postawy reżyserki.

Oparty na tekście Jelinek spektakl stanowi sugestywny przegląd najmroczniejszych zakamarków ludzkiej natury. Przy akompaniamencie pieśni Schuberta schodzimy coraz niżej, coraz głębiej po kręgach dantejskiego piekła. Zaglądamy pod powierzchnię społecznej fasady, kulturowego gorsetu, konwenansu; do dźwiękoszczelnych piwnic, w których poukrywaliśmy nasze grzechy. Przyglądamy się doświadczeniom granicznym. Seksualne fantazmaty, popkulturowe fetysze, przemoc i śmierć, choroba, cierpienie, samotność, uprzedmiotowienie, rozpacz. Chaos idei, nieustanny rozpad świata odartego już nie tylko z obietnicy metafizycznej, lecz także pozbawionego wiary w możliwość jakiegokolwiek osądu oraz w kantowską obietnicę kategorycznego imperatywu upodmiotawiającego byty.

Pusta przestrzeń, krwistoczerwona podłoga, z trzech stron zamknięta zwiewną, prześwitującą białą kurtyną, przypominającą szpitalną zasłoną. Wojciech Puś przenosi nas w niepokojąco odhumanizowaną przestrzeń. Kolejno poznajemy "pacjentów" tego szpitala dla obłąkanych, stanowiącego najlepszą metaforę naszej współczesności. Ów świat zaludniają wyłącznie wszelkiej maści degeneraci, seksoholicy, sadyści oraz ich ofiary. W istocie jedyną relacją, jaka może ich/nas łączyć, jest relacja ofiara - oprawca, pan - niewolnik. Przemoc przekracza wymiar symboliczny, tak jak przekracza tradycyjne ramy patriarchatu. Jest wszechobecna, dotyka wszystkich.

Obnażona zostaje degeneracja i rozkład fundamentalnych instytucji społecznych, konstruktów kulturowych, aksjomatów etycznych. Przyglądamy się złu.

Stopniowo biała kurtyna odsłania ściany luster. Oto jesteśmy w teatrze, obserwujemy dramatyczne miotanie się bohaterów na kilku planach. Ich często niemal fizyczny ból wydaje się nie mieć końca, wydaje się wymierzony w nas, stanowi bowiem w istocie oskarżenie. Choć pozornie sporo nas różni od Austriaków, o których pisała Jelinek, Kleczewska udowadnia nam ponad wszelką wątpliwość, że naszym wspólnym mianownikiem może być wina.

Zaś akt oskarżenia jest długi.

Ten przerażający świat precyzyjnie konstruuje przede wszystkim słowo: język został niezwykle wprost nasycony znaczeniami (zasługa Łukasza Chotkowskiego). Kostiumy Konrada Parola - balansujące na krawędzi kiczu i perwersji, przywodzące na myśl dziecięce ubranka, pluszowe przytulanki - wespół z muzyką w opracowaniu Joanny Sokołowskiej przydają całości jakiejś mrocznej aury pokręconych i niepokojących dawnych baśni.

Jednak największą siłą spektaklu są ci, którzy stają się naszymi przewodnikami w tej podróży na "drugą stronę lustra".

Beata Ziejka w roli idealnej pani domu przygotowuje pożywny owocowy koktajl, gawędząc przy tym o codziennych błahostkach. Każdy ma jakiś mały sekret, rzuca mimochodem, z obłędnym spojrzeniem obficie doprawiając ów koktajl prochami z eleganckiej urny: demony historii, a może całkiem współczesne "małe zbrodnie małżeńskie", dziadek w SS, a może dziecko w beczce z kapustą?

Przejmująca jest Karolina Adamczyk w roli kobiety uwikłanej w dewiacyjną, chorą relację seksualną z własną matką. Uwikłanie to - zobrazowane przytwierdzoną do pleców bohaterki, dmuchaną lalą z sex shopu - nie tylko deformuje wszelkie kontakty międzyludzkie, lecz także nieustannie dezintegruje jej jednostkową tożsamość.

Ojciec-gwałciciel w ujęciu Mateusza Łasowskiego jest niepokojąco powściągliwy, zwyczajny, by nie powiedzieć, banalny - równie banalne i zwyczajne jest zło, które wyrządza swojej córce. Jest w tej postaci coś ohydnie zwyczajnego.

I choć cały zespół uruchomiony przez Kleczewską działa niczym perfekcyjna maszyna, tym co czyni "Podróż zimową" spektaklem wybitnym, są dla mnie dwa fenomenalne monologi, dwie kreacje, wokół których koncentruje się i krystalizuje ów artystyczny manifest.

Julia Wyszyńska w roli więzionej i gwałconej córki Fritza, siedząc na krześle opowiada nam o tym, jak wygląda jej "zwyczajny dzień" w zimnej, wilgotnej i zapleśniałem piwnicy, którą zamieszkuje. Mówi o tym, że ojciec przychodzi do niej dwa razy dziennie, o tym, że musi sobie zasłużyć na to, by zamiast wiadra, dostać w końcu prawdziwy "kibel". Wyszyńska siedzi bokiem do publiczności. Jednak przyglądamy się zbliżeniu jej twarzy projektowanemu na wielki ekran, naprzeciw publiczności. To twarz niewinnego dziecka, małej wystraszonej i zasmarkanej dziewczynki, która spogląda na nas wielkimi, ciemnymi, pełnymi strachu oczami. Mówi do nas, chce dać świadectwo. W jej głosie słychać bezsilność. Słowa dziewczyny każą nam zwątpić kolejno w społeczeństwo, w rodzinę, w moralność, w człowieka.

Zaś najbardziej przerażające, zdaje się mówić Kleczewska, jest to, jak szybko naszą uwagę udaje się przechwycić odzianemu w obcisłe jeansy i obdarzonemu idealnie wyrzeźbionym ciałem pop idolowi. Jednak twarzy dziewczyny z piwnicy nie sposób zapomnieć...

Po burzliwym finale, gdy ów świat - obłąkany świat - drży w posadach, zaś wszyscy jego mieszkańcy w jakimś obłędnym szale tarzają się w hektolitrach różnobarwnej farby i pierza, na opustoszałej scenie pojawia się Michał Czachor. Przywdziewa kolejno atrybuty kulturowo zdefiniowanej kobiecości - spódnicę, szpilki, maluje usta czerwoną szminką. Niech was nie zwiedzie ten rytuał transfiguracji.

Oto bowiem słowami Jelinek ze sceny przemawia do nas Maja Kleczewska. W kilku prostych, powtarzanych wielokrotnie słowach, tłumaczy nam, że nie potrafi przestać mówić o cierpieniu człowieka. Że nie sposób przejść obojętnie wobec ogromu tego cierpienia, które stanowi wszak największe zło. I - co być może ważniejsze - wobec tego cierpienia obojętny nie może pozostać teatr, który jest/ma być przecież lustrem, tym lustrem, w którym przeglądają się bohaterowie "Podróży zimowej", w którym i my się przeglądamy. Te słowa stanowią nie tylko odważny manifest prawdziwego humanizmu, dramatyczny głos sprzeciwu wobec świata obojętnego na cierpienie, poniżenie, ból. Dają także odpór wszystkim tym coraz częściej formułowanym, stanowiącym świadectwo skretynienia bądź cynizmu burżuazyjnym tęsknotom za jarmarcznym eskapizmem, za teatrem "dobrze skrojonych" komedyjek, które, niczym te dźwiękoszczelne piwnice, pozwolą nam choć na chwilę zakłamać koszmar rzeczywistości.

Przypomina nam zatem Kleczewska tę fundamentalną i gorzką prawdę, że możemy odwrócić wzrok, wyjść z oburzeniem, trzasnąć drzwiami. Możemy - co niektórym wyda się rozwiązaniem najwłaściwszym - spędzić uroczy sobotni wieczór w oparach "porządnie zrobionej" farsy, zaś nasze grzechy pochować gdzieś głęboko pod powierzchnią. Możemy wreszcie zbić nawet owo zwierciadło, lecz i to nie sprawi, że odbity w nim, pełen cierpienia świat zniknie.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego