powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Zamazany widok

"Cudotwórca" w reż. Wawrzyńca Kostrzewskiego w Teatrze Dramatycznym w Warszawie. Pisze Przemysław Skrzydelski w Sieciach.

Wyobraźmy sobie świetny kameralny teatr, grany blisko widza. I Adama Ferencego, od którego nie sposób oderwać oczu. Niby wystarczy, lecz gdy zagłębić się w sam tekst

... stajemy przed nie lada zagadką. Irlandzki dramaturg Brian Friel (znany u nas przede wszystkim dzięki "Tańcom w Bellybeg") postawił przed czytelnikami/widzami zadanie z wieloma niewiadomymi, które z początku kusi, ale po zmaganiach z długim, zagmatwanym dramatem, orientujemy się, że jakiekolwiek rozwiązanie nie satysfakcjonuje. Oto Frank Hardy, tytułowy Cudotwórca, opowiada swoje życie. Po trosze to przegrany artysta, facet, który uwierzył, że posiadł niezaprzeczalny dar uzdrawiania bliźnich. Problem w tym, że jego umiejętność nie zawsze działa; owszem, kogoś Frank wyleczy, jednak w momentach, gdy chciałby okazać się kimś jeszcze potężniejszym, magia nie działa. Zawodzi go też w zmaganiach z chorobami własnej duszy. Przegrywa życie, przegrywa kobietę, Grace, która gotowa skoczyć za nim w ogień (Marta Król). Nie rozumie chyba też przyjaźni z oddanym impresario Tracym (Andrzej Blumenfeld). Walczy o kogoś, kim prawdopodobnie nigdy nie mógłby być, bo tylko kawałkiem siebie pozostaje artystą, reszta to zgliszcza po everymanie z wygórowanymi marzeniami skrzętnie pielęgnowanymi w duszy (mówi o sobie: "duszpasterz bez odpowiedzialności", pewien "arystokrata").

Zatem niechże wybrzmi historia właśnie o tym, po co ją komplikować? Ale Friel idzie dalej, plącze ścieżki, a posłuszny autorowi reżyser Wawrzyniec Kostrzewski (to drugi jego spektakl na profesjonalnej scenie) poddaje się wytycznym. Do monologów dopuszcza także Grace i Tracy'ego. Wspomnienie o tułaczce trojga przez irlandzkie wioski nie jest już oczywiste, podlega nieco inaczej rozstawionym punktom widzenia. Decyduje wrażliwość bohaterów dziwacznego trójkąta. Liczą się szczególiki w odtwarzaniu zdarzeń ważących na losie - zdradliwe kierunkowskazy, bo ta ich wspólna droga jawi się tylko jako wytwór wyobraźni ludzi, którzy chcieli czegoś innego od siebie i od innych. Do podobnej struktury przyzwyczaił nas choćby Harold Pinter, jego "Dawne czasy" były próbą zmierzenia się z udręką: kto mówi prawdę; a skoro każdy z tria przegrał, czy warto ich oceniać? Z tym że u twórcy komedii zagrożeń temat z dramatu dało się wysupłać natychmiast: zdrada, kłamstwo, wstyd narastający gulą w gardle. Najlepszym antidotum jest milczenie, też zresztą męka. U Friela żaden wątek się nie krystalizuje. To zapisy emocji, w których pada tuzin uniwersalnych pytań o międzyludzkie relacje. Wiele tekstów jest w stanie je zadać, czasem nie warto specjalnie poświęcać na nie sceny. Ale jedno warto: dać się zahipnotyzować Ferencemu. Nikt tak jak on nie ukazuje przegranych spośród nas. Choć, gryzę się w język, przecież otrzymaliśmy w Dramatycznym teatr w skupieniu, a jego ostatnio ze świecą szukać. To już całkiem sporo.