powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Listy miłosne

"Wariacje enigmatyczne"w reż. Tatiany Malinowskiej-Tyszkiewicz w Taetrze Polskim w Szczecinie. Recenzja Artura D. Liskowackiego w Kurierze Szczecińskim.

DO domu pisarza Znorko, mieszkającego na wyspie z dala od ludzi, przyjeżdża dziennikarz lokalnej gazety Larsen. Ma z nim przeprowadzić wywiad. Pisarz jest inteligentną bestią -to cynik, szorstki i brutalnie broniący swej prywatności. Jego gość wydaje się ofiarą skazaną na pożarcie. Ale gra, która zaczyna się toczyć pomiędzy mężczyznami, z wolna zamienia owe role.

Dlaczego naprawdę doszło do tego spotkania? Kto pisał listy miłosne, z których Znorko stworzył ostatnią, entuzjastycznie przez wszystkich przyjętą powieść? Odpowiedzi, które dostaje widz, tworzą kolejne, zaskakujące pointy. Kolejne, bo następując po sobie zmieniają obraz sytuacji Nic nie jest tu takie, jakim się jawiło przed chwilą W końcu spotkanie okazuje się być finałem dramatu samotności, bolesną, trudną, ale być może oczyszczającą konfrontacją tęsknoty i spełnienia.

"Wariacje enigmatyczne" to sztuka zręczna, atrakcyjna i - co dziś ważne - tania w eksploatacji. Można więc rzec, że taka psychodrama dla dwóch to coś, co zagrać warto. Zwłaszcza gdy ma się dobrą obsadę. Bo to świetna partytura dla sprawnych, obdarzonych osobowością aktorów. Nie bez kozery sięgają po nią chętnie tam, gdzie taki duet można stworzyć. Np. TVP pokazała sztukę Schmitta w arcyobsadzie: Wojciech Pszoniak i Jan Frycz. Niedawno "Wariacje" grano w Bałtyckim Teatrze Dramatycznym - oglądałem na jego scenie (a było nią foyer teatru) ówczesnych liderów BTD: Piotra Krótkiego i Wojciecha Rogowskiego.

-

Tatiana Malinowska-Tyszkiewicz wybrała do swej inscenizacji aktorów w Szczecinie cenionych i lubianych. Pisarza gra Jacek Polaczek, dziennikarza - Michał Janicki.

Wybrała dobrze, choć trochę ryzykownie. O ile bowiem rola Znorko zda się idealnie pasować do aktorskiego emploi Polaczka, to Janicki, obsadzany przede wszystkim w rolach komediowych, nie wydawał się najlepszym pomysłem na Larsena. "Wariacjami..." udowodnił jednak - nie po raz pierwszy zresztą - że szufladkowanie go z komediową etykietką to błąd. Potrafi bowiem zagrać postaci o złożonej, bogatej psychice. A ten lekki, na pozór właśnie komediowy rys osobowości, który otrzymują grane przez niego postaci, nadaje im dodatkowy ton emocjonalny. To ludzie na pierwszy rzut oka śmieszni, nijacy, ale delikatni i wrażliwi; trochę bezradni, lecz potrafiący się upomnieć o swoje.

Taki jest Larsen, który silnej, ekspresyjnej naturze Znorko umie przeciwstawić swą wewnętrzną godność. Janicki buduje tę rolę z drobiazgów, stara się akcentować zagubienie i niepewność, którą przejawia Larsen wobec silnego, pewnego siebie Znorko. Jąka się, powtarza, patrzy po kątach. Tym ciekawiej odsłania jednak przed widzem to, co łączy obu mężczyzn - to coś, co nieuchwytne, ale w swej nieokreśloności właśnie tak mocne, że zmieni życie ich obu.

Polaczek gra pisarza tak, jak ta rola jest napisana: ostro, na wyrazistych, ciętych pointach. Jego Znorko jest dynamiczny, inteligentny, lecz podszyty lękiem i słabością. Szarże i przewagi, z jakich korzysta - to blef, którego nie zdoła już ponowić, kiedy inicjatywa wymknie mu się z rąk

"Wariacje..." grane są w Domku Grabarza na skraju parku Żeromskiego. W przestrzeni, która przydaje spektaklowi klimatu, będącego jego atutem. Bo i sceneria urokliwa, i dom rzeczywisty (udanie zaadaptowany scenograficznie), a trwający w nim wciąż remont tworzy, wskazaną tu, surową prywatność wnętrza Rzec można, że wprowadzenie widza w tę przestrzeń przydaje całości prawdy. Bo publiczność staje się niejako bezpośrednim i bliskim świadkiem wydarzeń. Co istotne, gdyż - mimo zalet sztuki - nie brak w niej miejsc pustych i rozwiązań dosyć "teatralnych" czy może raczej - "literackich" (w złym obu słów znaczeniu).

Fascynująca i wieloznaczna psychologicznie, ale również dość nieprawdopodobna historia skomponowana została bowiem trochę tak, jakby miała być eleganckim, dobrze skrojonym "materiałem" scenicznym. Nie przeceniam tedy wartości "Wariacji..", doceniam natomiast ich walory teatralne. Umiała z nich skorzystać Tatiana Malinowska-TyszMewicz i jej kameralny zespół.

W szczecińskiej inscenizacji - zrealizowanej z szacunkiem dla psychologicznych niuansów, wpisanych udanie w wartką narrację, brak mi jednakże zmian tempa, pauz i chwil na niedopowiedzenie, milczenie, ciszę. Byłyby one, sądzę, istotnym dopełnieniem tej opowieści. Inteligentnej i ciekawej, ale chyba zbyt skupionej na pojedynku na słowa. Błyskotliwym, lecz nie mającym dość mocy, by stać się walką budzącą rzeczywiste emocje.