powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Prawda umiera ostatnia?

"Cudotwórca" w reż. Wawrzyńca Kostrzewskiego w Teatrze Dramatycznym w Warszawie. Pisze Szymon Spichalski w serwisie Teatr dla Was.

Nie ma w warszawskim "Cudotwórcy" inscenizacyjnych fajerwerków. Reżyserzy pokroju Jana Klaty postawiliby zapewne na widowiskowość. Posiadający magiczne możliwości uzdrawiania człowiek jest dzisiaj jedną z twarzy telewizyjnego marketingu, by przypomnieć chociażby Kaszpirowskiego. Formułę talk-show przybrały nawet seanse spirytystyczne. Amerykańskie medium, John Edward, ma swój własny program, w którym rzekomo kontaktuje się z nieżyjącymi krewnymi osób znajdujących się na widowni. Można zatem wydobyć z dramatu Friela demaskujące oskarżenie świata blichtru i manipulowania ludzkimi uczuciami. Tak w każdym razie odczytałaby zapewne ,,Cudotwórcę" większość działających obecnie twórców.

A może w ogóle nie ma tam żadnego konkretnego oskarżenia? W tekście istnieje mnóstwo niedopowiedzeń, które nie pozwalają na wysuwanie łatwych wniosków. Reżyser Wawrzyniec Kostrzewski ma to na uwadze i pozwala scenariuszowi po prostu zaistnieć na scenie. Gawędziarski z charakteru język Irlandczyka brzmi naprawdę dobrze dzięki przekładowi Elżbiety Jasińskiej. W "Cudotwórcy" pojawiają się trzy postacie. Dramat pozwala aktorom na dokładne zarysowanie granych sylwetek. Na tym opiera się zresztą koncepcja reżyserska. Warszawski spektakl to tak naprawdę kilka dopełniających się monologów "gadających głów". W takim wypadku łatwo o monotonię, zwłaszcza że przerwy między poszczególnymi oracjami są krótkie. A jednak Kostrzewskiemu udaje się cały czas utrzymywać uwagę widza. Dzieje się tak po części dzięki kameralnej formie. "Cudotwórca" jest wystawiony na małej scenie Dramatycznego, co pozwala na bliższy kontakt widzów z aktorami. Ci ostatni dźwigają przecież na swoich barkach ciężar całego przedstawienia. I trzeba przyznać, że robią to z powodzeniem.

Dramat pokazuje nam pewną historię, tylko że widzianą z trzech różnych perspektyw. Za każdym razem powtarzają się te same elementy - dziecko, złamany palec, uzdrowienie dziesięciu ludzi, itd. Tylko że są one widziane przez poszczególne postacie w zupełnie innym świetle. Co więcej, dochodzi nawet do zaprzeczania niektórym (jak się okazuje - domniemanym) faktom. Grace i Teddy wspominają o śmierci przedwcześnie urodzonego syna Franka. Sam magik zaprzecza, jakoby jego kochanka kiedykolwiek miała być w ciąży. Mimo tego, że relacja dwóch osób zostaje przeciwstawiona zdaniu jednej, to nie działa tutaj prawo demokracji. Tym bardziej, że opowieści bohaterów rozmijają się także w innych kwestiach. Kostrzewski za Frielem pyta nas, czy możliwe jest dotarcie do prawdy. Schemat "Cudotwórcy" przypomina więc odwrócone śledztwo, w którym przy poznawaniu kolejnych wydarzeń oddalamy się od faktycznego obrazu, zamiast się do niego przybliżać.

A przecież każda z wersji przedstawiana przez bohaterów jest determinowana przez odmienne motywacje postaci. Frank (Adam Ferency) jest człowiekiem próżnym. Cały czas nosi przy sobie stronę z gazety, na której opisano rzekome dokonanie przez niego cudu uzdrowienia kilku ludzi. Sam cudotwórca nie jest pewny swoich umiejętności. Bezustannie dręczą go wątpliwości. Czy na pewno jego zdolności są wrodzone? Może wcale ich nie posiada, a wszystko jest po prostu kwestią przypadku, autosugestii? Sam jest zaskoczony swoimi dokonaniami. Sam aktor nie rozstrzyga czy jego postać jest hochsztaplerem, czy autentycznym magikiem.

W pewnym sensie jest to kreacja pokazująca stosunek Ferencego do swojego życiowego zadania jako artysty. Jest to notabene kolejna tego typu rola aktora. Jego Prospero z "Burzy" Warlikowskiego był bardzo podobny do protagonisty "Cudotwórcy". Tutaj zadaje sobie pytanie: czy mogę oszukiwać swoich odbiorców? Frank wspomina sytuację, kiedy przybyli do niego ludzie oczekują potwierdzenia swojej choroby, nie wyzdrowienia. Chcą odrzucenia wszelkiej nadziei, a jednak ostatecznie zostaje im ona przywrócona. Czy nie tego samego oczekują widzowie od sztuki? Z jednej strony publiczność syci się obrazami, które mają pokazać "podszewkę świata". Oznacza to na ogół ukazanie bólu, cierpienia i skrajnych emocji. Ale teatr stanowi jednocześnie swoistą pochwałę życia, nie jego negację. ,,Cudotwórca" może być opowieścią o artyście, który wprowadza w świat iluzji, ale jednocześnie umywa ręce od odpowiedzialności za jego tworzenie. Ferency gra zapijaczonego filozofa, który jednak twardo stąpa po ziemi. Artysta nie jest tutaj kimś, kto ma jakieś powołanie. Okazuje się on przede wszystkim osobą z krwi i kości, która za pieniądze daje ludziom ułudę sensu. Bo czy cel życia może wskazać nam ktoś, kto sam ciągle jest niepewny swojej drogi? Obie strony kochają to fałszerstwo, i to ono - zdaniem twórców - sankcjonuje teatr. Niby to nic nowego, a jednak w Dramatycznym to stwierdzenie wybrzmiewa szczególnie mocno

I być może do tego sprowadzałaby się wymowa przedstawienia, gdyby nie obecność pozostałych postaci. Grace (Marta Król) jest osobą neurotyczną. Często błądzi wzrokiem po ziemi. Jak mantra powraca do niej nazwa "Sutherland", bowiem to w tym szkockim regionie ma leżeć jej zmarłe przy narodzinach dziecko. Kobieta mówi o trudnych relacjach ze swoim ojcem. Rodzic miał jej zarzucić, że matka Grace umarła ze zgryzoty po wyjeździe dziewczyny z Frankiem. Inna sprawa, że sam Frank wspomina później o spotkaniu z rodzicielką partnerki, której mąż nie żyje od wielu lat Impresario Teddy (znakomity Andrzej Blumenfeld) rozjaśnia nieco ponurą atmosferę przedstawienia. Jak przystało na wodzireja opowiada dowcipy i różne anegdoty. Teddy jest zawiedziony "współpracą" z cudotwórcą, ale nie potrafi od niego odejść. Mówi o tym, że każdy prawdziwy artysta posiada talent, ale przy okazji "nie ma oleju w głowie". Wyjaśnia to na przykładzie głupiego charta, który potrafi pokazać różne atrakcje z piłką, ale nie reaguje na dźwięk swojego imienia. Tej zasady impresario nie odnosi jedynie do Franka. Można w tym dostrzec jakąś powikłaną relację psychologiczną (np. na linii twórca-menedżer), ale nie pozwala na to oniryczna konwencja spektaklu. A może w widowisku obecny jest tylko jeden pewnik - że między ludźmi dzieje się jakaś bliżej nieokreślona metafizyka? Że choć fakty mogą się różnić, porozumieć możemy się jedynie na płaszczyźnie emocjonalnej?

A można dojść do tego dopiero po odrzuceniu stwierdzenia, że w teatrze jest miejsce na obiektywną prawdę. Kostrzewski idzie o krok dalej i mówi - na obiektywną prawdę nie ma miejsca w ogóle. Nieprzypadkowo scenograf Marta Dąbrowska-Okrasko umieściła na scenie kilka rzędów foteli rodem z widowni dużej sceny. Tym samym publiczność może oglądać swoje zwierciadlane odbicie. Niedostępna jest nam nie tylko prawda, której szukamy w teatrze. Także w codziennych relacjach międzyludzkich często popadamy w iluzje, słuchamy sprzecznych wersji dotyczących tych samych wydarzeń i osób. Jeśli nie jesteśmy w stanie poznać motywacji kierujących człowiekiem, nie możemy zacząć szukać meritum sprawy.

Każdy z nas jest Frankiem, ktoś inny Grace, jeszcze inny Teddy'm. Przypomina to podejście strukturalistów, którzy wykluczali jakąkolwiek możliwość porozumienia między ludźmi. Kostrzewski także ulega temu fatalistycznemu nastrojowi. "Cudotwórca" rozgrywa się w końcu w pogrążonej w półmroku przestrzeni. Klimatu dopełniają szmery i nieco psychodeliczna muzyka. Wszystko to razem z bardzo dobrą grą aktorów służy jedynie podkreśleniu wiodącej tezy. Szkoda - że tak pesymistycznej. Ale dobrze - że pokazanej w takim stylu.