powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Mokro i czerwono

Grzegorz Małecki - aktor, który grywał w spektaklach twórców wybitnych, jak Jerzy Jarocki czy Jerzy Grzegorzewski - rzucił jakiś czas rolę u Mai Kleczewskiej. Nie on pierwszy, nie ostatni. Miał do tego pełne prawo, w pewnym sensie nawet - chwała mu za to. Gorzej, że tę decyzję artystyczną potraktował jako okazję do wygłoszenia lamentacji - pisze Witold Mrozek w felietonie dla e-teatru.

Udzielił wywiadu Robertowi Mazurkowi z "Rzeczpospolitej" ("Na scenie ma być mokro i czerwono"). I oczywiście, okazało się że Małeckiego teatr współczesny odrzuca, że niezrozumiały, bałaganiarski i w ogóle bez sensu. A na każdej próbie przeszkadzają aktorowi "dziewczynki" piszące prace magisterskie oraz wszechobecni geje. I, last but not least, delegaci "Krytyki Politycznej". Rzecz jasna, kto by się na łamach "Plus Minus" wdawał w jakieś roztrząsania, w to że ten nowy teatr nawet jak "nie po Bożemu", to różny bywa, że o formie, aktorze - o wszystkim - myśli się w nim w różny sposób. I że właściwie wbrew pozorom "nowe pokolenie" reżyserek i reżyserów, czymkolwiek jest, więcej dzieli niż łączy. Lepiej dyskutować z wyobrażeniami i wyobrażenia utrwalać.

Nie znam się na polityce i nie będę o niej mówił - stwierdza Małecki z wdziękiem artysty tylko Sztuce oddanego. Ma do tego pełne prawo, niezależnie od tego, jak postrzega siebie jako obywatela. Problem w tym, że ze swoją "apolityczną" lamentacją nad stanem polskiego teatru Małeckiego użyty został w bardzo określonym kontekście. Wystąpił jako kolejna figura w szopce pt. "Chwieje się Polska w posadach". I nie w tym rzecz, że się nie chwieje, tylko w tym - co się chwieje i kto trzęsie.

Wywiad Mazurka przeczytał Witold Czarnecki (PiS), poseł ziemi kaliskiej. I poszedł przed kamerę. Przy okazji tłumaczenia polskim kobietom, jakie są ich prawdziwe zmartwienia i piętnowania feministycznego spisku "bab", wpadł też na wątek teatralny. Gdy już wystarczająco naobrażał feministki, jako koronny dowód zdominowania Polski przez lewaków w tempie karabinu rzucił coś w rodzaju: A wie pani, że dzisiaj na każdym przedstawieniu teatralnym siedzi obserwator z Krytyki Politycznej, z krainy lewactwa, które aż zionie nienawiścią do wszystkiego co polskie, bo jak jedenastego listopada był wielki marsz, to bojówki z Krytyki Politycznej napadały na polskich żołnierzy. "Pisał o tym dziennikarz Mazurek" - podsumował parlamentarzysta. Udowodnił w ten sposób że czyta. Gazety. Przynajmniej jedną gazetę. I naprawdę jej wierzy.

No dobrze, wystarczy, nie kpijmy z posłów udzielających wywiadów lokalnym telewizjom internetowym. Zostawmy to memom. Sytuacja jest o tyle ciekawa, że pokazuje jak działa pas transmisyjny między "niepokornymi" elitami i ich politycznymi sojusznikami w terenie. I że specyficzne poczucie humoru Mazurka nie dociera do jego obecnej grupy docelowej. Duża to odpowiedzialność pisać do dzisiejszej "Rzeczpospolitej", nawet w prestiżowym dodatku weekendowym. Dużymi literami pisać trzeba i powoli. To ważna lekcja, kolego redaktorze. Bo kto jest winien, że komunikacja nie zachodzi? Poseł, co nie rozumie poczucia humoru Mazurka i Małeckiego (chcę wierzyć, że jego wyborcy są mądrzejsi)? Czy dziennikarz, co zapomina, że na łamach "Rzepy" ironiczny wywiad działa trochę inaczej niż na łamach niegdysiejszego "Przekroju", gdy jeszcze ten Mazurka zatrudniał. I potem myśli sobie ten czy ów, że w teatrze nadzór ideologiczny (komunistyczny!) wraca. Strasznie się robi. Czerwono.

To nie koniec plugastwa. Nie dość, że aktor Narodowego wszędzie widzi gejów, co można by jeszcze zrozumieć - to w połowie warszawskich teatrów ponoć lata się z gołymi dupami. Tak przynajmniej jędrnie określił to Małecki. Dyskusja nad możliwymi funkcjami scenicznej nagości to -jak już chyba zauważyliśmy - nie ten pokój. Jednak w sytuacji, kiedy trudno rozmawiać o ideach czy jakościach - zacznijmy od rzeczy możliwych do zbadania ilościowo.

Czytelników prasy, rzeszę o wiele większą niż widownia teatralna - epatuje się obrazem scenicznej dekadencji, utrwalając stereotypy. Porozmawiajmy więc o konkretach. Gdzie te gołe dupy? Gdzie Małecki tych delegatów "KP" ostatnio spotkał na próbie? U Grażyny Kani, Macieja Stuhra czy Jana Englerta? Gdzie wreszcie w spektaklach laureatów Paszportów "Polityki" (ostatnio: Wyrypajew, Garbaczewski, Strzępka) - wątki kazirodcze, ponoć wszechobecne i obowiązkowe? Naprawdę obrzydliwie się robi w teatrze. I mokro.

Co do samej Kleczewskiej, od której wszystko się zaczęło, to Grzegorza Małeckiego rozumiem. Do spektakli przygotowywanych metodą ustawień Hellingera mam rezerwę. Można by ich unikać z powodów etycznych, jak nie przymierzając kosmetyków testowanych na zwierzętach. Choć przecież wchodzenia w te paraterapeutyczne sytuacje podejmują się dorośli, świadomi ludzie. Na ile są determinowani przez sytuację? Na ile wolno reżyserowi stosować kontrowersyjne praktyki, w których idzie o wiele więcej niż o pokazanie wspomnianej dolnej części pleców i które chociażby w Niemczech są prawnie zakazane? Zresztą, nie o Hellingera tylko chodzi, a w ogóle o pytanie, jak głęboko w psychikę aktora może wkraczać reżyser. To mogłoby stać się przedmiotem poważnej dyskusji. Ale nie z Mazurkiem.

Mocno i trafnie brzmią też słowa Małeckiego o niedostatkach kształcenia w szkołach teatralnych - aktorskich "zawodówkach". Ale także z tego dyskusji przecież nie będzie - jeszcze trzeba by było ruszyć tych, co są przed czerwonym i mokrym ostoją nam oraz ucieczką. Chór komentatorów ozwie się z okopów św. Trójcy i powzdycha sobie razem nad upadkiem obyczajów.

Krzysztof Varga też ostatnio narzekał w "Gazecie Wyborczej" na kondycję współczesnego polskiego teatru - bełkotliwego ponoć i oderwanego od literatury. I wołał o nowy wielki narodowy dramat. Przyszedł do Vargi później na adres redakcji list od wdzięcznej czytelniczki. List opublikowano. Czytelniczka tęskni za wspaniałym, pięknym teatrem przeszłości, za czystością języka. Rzecz w tym, że swój żal opiera na prasowych lamentacjach, podobnych tej Małeckiego i Mazurka. Bo nie stać jej na bilet, by pójść do teatru i przekonać się samodzielnie, jak jest. I to jest smutna puenta tej historii. Puenta, którą i Mazurek i Małecki mają w tej części ciała, co ją ponoć na połowie scen Warszawy oglądać można.