powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Levin jest bardzo lubelski

- Levin opisuje sytuację ludzi żyjących poza wielkimi aglomeracjami, w takich miastach, które do czegoś aspirują i w których ludzie mają poczucie, że nie są w centrum - rozmowa z ARTUREM TYSZKIEWICZEM przed premierą sztuki Hanocha Levina w Teatrze im. Osterwy w Lublinie.

Pokazuje Pan Hanocha Levina po Szekspirze i Czechowie - czy ten zestaw nazwisk to przypadek?

- O moich wyborach repertuarowych przesądzają dwa powody. Pierwszy z nich to próba odpowiedzi na pytanie o to, co może zainteresować publiczność. Chciałbym podjąć z widzami rozmowę, opierając się na pierwszorzędnej literaturze, oczywiście robionej na różne sposoby. Natomiast drugim powodem, dla którego sięgnąłem po "Pakujemy manatki", jest stawianie przed zespołem coraz to nowych wyzwań, a tym samym jego kształtowanie, edukowanie itd. Dlatego najpierw był "Sen nocy letniej" jako zadanie dla całego zespołu - od młodych adeptów po emerytów, później "Płatonow" jako dość trudna od strony formalnej realizacja będąca nieklasyczną realizacją klasycznego tekstu. Teraz robię Levina, który wymaga od aktorów niezwykłej rzetelności, dlatego, że jego sztuki wymagają prawdy, nie da się w nich udawać, trzeba je po prostu solidnie zagrać.

Deklaruje Pan, że chce robić teatr dla lublinian. Co takiego jest zatem w twórczości Levina, co sprawia, że warto ją lublinianom pokazać?

- Mam wrażenie, że Levin jest bardzo lubelski. Opisuje on bowiem sytuację ludzi żyjących poza wielkimi aglomeracjami, w takich miastach, które do czegoś aspirują i w których ludzie mają poczucie, że nie są w centrum. Poza tym opisuje on zwykłych, normalnych ludzi w niezwykłych sytuacjach lub niezwykle reagujących na zwykłe sytuacje. Jednocześnie przy tym tworzy postaci, które lubimy i znamy. Lublinianie mogą zatem przyjść do teatru i zobaczyć bliskich znajomych, bliskie im tematy, z którymi każdy się styka - ktoś umiera, ktoś wyjeżdża, ktoś kocha, ktoś nie. Może to na pierwszy rzut oka przypominać telenowelę, ale w rzeczywistości opowieści Levina są dużo głębsze i oczywiście nie tak jednoznaczne.

Levin zrobił w polskim teatrze w ostatnich latach sporą karierę. Skąd taka popularność tego autora?

- Przede wszystkim, jak się czyta czy ogląda Levina trudno się oprzeć myśli, że to jest właśnie o mnie i to pewnie jest jedna z przyczyn. Inna wynika być może z faktu, że lubimy opowieści, które są niejednoznaczne gatunkowo, a oglądając Levinowskie historie widz z jednej strony ma poczucie, że to jest komedia, a z drugiej, że tragedia, śmieje się, by za chwilę się wzruszyć. "Pakujemy manatki" ma przecież podtytuł "komedia na osiem pogrzebów", co samo w sobie jest sformułowaniem budzącym co najmniej zdziwienie. Po trzecie wreszcie Levin jest bardzo polski - przecież jego rodzice byli polskimi Żydami, a on sam wychował się wśród emigrantów z Polski, pochodzących często gdzieś z małych polskich miasteczek. Stąd w jego sztukach między innymi tyle swojsko brzmiących imion i nazwisk.

No właśnie, czasem te Levinowskie miasteczka wydają się wręcz bardziej polskie niż izraelskie Zatrzymajmy się jednak na chwilę przy tej specyficznej wizji świata autora Pakujemy manatki. Wspomniał Pan o podtytule tej sztuki - "komedia na osiem pogrzebów". Korci mnie, by trochę naiwnie spytać, co może być śmiesznego w pogrzebach?

- W samym pogrzebie oczywiście nie ma nic śmiesznego, ale już osiem pogrzebów pod rząd, takie ich celowe nagromadzenie, może wywołać specyficzny uśmiech. Te pogrzeby zaczynają nam bowiem wówczas uświadamiać absurd życia. Chcąc nie chcąc zaczynamy się pytać, do czego nas to wszystko prowadzi i wtedy pojawia się prosty wniosek, że życie prowadzi do śmierci. I jak się nad tym głębiej zastanowić, to jest to groteskowe i paradoksalne. O tym też jest "Pakujemy manatki", o tym, że w tym naszym życiu mamy swoje marzenia, wzloty, upadki, a i tak wszystko to nieuchronnie się skończy kolejnym konduktem.

To nie pierwszy spektakl, w którym mierzy się Pan ze śmiercią i przemijaniem. Myśli Pan, że teatr pomaga oswoić śmierć?

- Wydaje mi się, że właśnie dlatego robię teatr. Im jestem starszy, tym bliżej mi do śmierci, zaczynam mieć już wgląd wstecz, w to, co minęło. Kiedyś tego nie miałem, a to zmienia spojrzenie na świat wokół. Stąd też trudno mi uciec od tego tematu. Poza tym, paradoksalnie, ta najbardziej ulotna sztuka, jaką jest teatr, może najlepiej opowiedzieć nam o tym, co najtrwalsze i najpewniejsze w naszym życiu - czyli właśnie o tym, że przemijamy i umieramy. Ulotność teatru dobrze to opisuje, pewnie dlatego, że spektakl zawsze zdarza się tylko raz, jednego wieczoru. Nie ma przecież dwu takich samych przedstawień. Nigdy też nie mamy pewności, czy następnego dnia spektakl będzie jeszcze w ogóle grany, czy nie stanie się coś, co uniemożliwi jego pokazanie. Obcujemy tym samym z czymś, co jest absolutnie unikatowe. I to jest fascynujące w teatrze - przychodzimy na dwie godziny i wiemy, że to są jedyne takie dwie godziny, które się już więcej nie powtórzą.