powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Gry małżeńskie

"Kto się boi Wirginii Woolf" w reż. Mikołaja Grabowskiego w warszawskim Teatrze IMKA Pisze Kama Pawlicka w serwisie Teatr dla Was.

George i Marta są długoletnim małżeństwem, które by przetrwać ze sobą kolejne nudne lata, wymyśla codziennie coraz to nowe gry. Owe "zabawy" to potyczki słowne, w których bohaterowie sztuki Edwarda Albee'go znajdują przyjemność pastwienia się nad swoim partnerem. Te jatki nie mają jednak doprowadzić do katharsis w ich związku tylko do upodlenia, psychicznego zniszczenia drugiej osoby. Toksyczność tego związku poraża od pierwszej minuty spektaklu, bezcelowość poczynań George'a i Marty wzbudza odrazę i niechęć.

Pewnego dnia do ich domu przychodzi młoda, jeszcze nieskalana małżeńskimi gierkami para. On jest biologiem, który pracuje na tym samym uniwersytecie co George, ona nie grzeszy inteligencją. Nick i Żabcia już po kilku chwilach spędzonych w domu Marty i George'a zostają wciągnięci w małżeńską rzeź na słowa. I jak to w życiu bywa podczas tej długiej nocy wiele się o sobie nawzajem dowiadują, wpadając w pułapkę zastawioną na nich przez gospodarzy.

Przedstawienie w Teatrze IMKA w reżyserii Mikołaja Grabowskiego to koncert rozpisany na czwórkę aktorów. Niezwykle dynamiczna narracja, w której dominuje wzajemna niechęć i nienawiść, jest motorem spektaklu. Ciekawe rozwiązania inscenizacyjne, nowoczesna scenografia, gra świateł to kolejne atuty "Kto się boi Virginii Woolf?" w Teatrze IMKA.

Najważniejsi są jednak aktorzy i ich kreacje.

Iwona Bielska stworzyła postać silnej, dominującej Marty, która przez cale życie nie może pogodzić się z faktem, że wyszła za mąż za niedorastającego jej do pięt nieudacznika. Swoje frustracje z tego powodu przelewa na George'a, zdając sobie jednak sprawę z faktu, że wzajemne poniżanie i tak nic nie zmieni. Ona nie potrafi żyć bez męża, bez codziennych gier w psychiczne niszczenie najbliższej osoby. W finale spektaklu Bielska radykalnie zmienia się z kobiety, która wie, jak najcelniej wbić nóż w serce ofiary, w zagubioną istotę, która oprócz George'a nie ma na świecie nikogo.

George (Mikołaj Grabowski) broni się jak może przed zepchnięciem na drugi plan w tym związku. Dlatego to on jest inicjatorem codziennych małżeńskich rzezi, to on wciąga młodą parę w toksyczną grę na zabijanie słowami. Grabowski momentami przypomina nastolatka, który lubi bawić się w wojnę z najbliższymi, by po chwili przeistoczyć się w potwora.

Wartą uwagi kreację stworzyła w spektaklu Magdalena Boczarska jako z pozoru głupiutka gospodyni domowa, uległa we wszystkim swojemu mężowi. Jednak z każdą minutą przedstawienia widz nabiera przekonania, że Honey to najbardziej zagubiona z postaci sztuki Albee'go. Jej skłonność do częstych wymiotów i zamykania się w sobie ma podłoże psychiczne. Żabcia bowiem nie radzi sobie z kryzysowymi sytuacjami i boi się zajść w ciąże w obawie przez bólem porodu. Raz jeden Honey otwiera się w szaleńczym, obłędnym tańcu, w którym odkrywa najgłębiej skrywane uczucia.

Jest jeszcze Nick (Tomasz Karolak), młody naukowiec, który próbuje odnaleźć się w nowym środowisku. Właściwie nie kocha żony, ale chce zachować pozory szczęśliwego małżeństwa. Jednak, kiedy Marta proponuje mu romans, który może mu otworzyć drogę kariery na uniwersytecie, Nick nie odmawia, tylko posłusznie brnie w tę kolejną zabawę Marty. Karolak gra nonszalanckiego faceta z wysokim ego, który na początku nic nie rozumie z tego, co dzieje się w domu gospodarzy, by po chwili stać się jednym z pionków w tej grze.

W finale przedstawienia George i Marta zostają w domu sami. Wyczerpani nocną grą małżeńską próbują przez chwilę porozmawiać ze sobą innym, łagodniejszym językiem. Emocje opadły, gra skończona, trzeba przez chwilę nabrać sił przed kolejną potyczką. W ciemności słychać tylko zbolałe glosy małżonków, którzy nie potrafią przestać się ranić, choć nie wyobrażają sobie życia bez siebie.