Zgodnie z konwencją

"Konik Garbusek" w reż. Aleksandra Maksymiaka we Wrocławskim Teatrze Lalek w opinii Leszka Pułki z Gazety Wyborczej-Wrocław.

«Jeśli za miarę sukcesu uznać ochy zachwytu i rozdziawione ze zdziwienia dzioby przedszkolaków, "Konik Garbusek" roboty Aleksandra Maksymiaka odniósł triumf.

Bardzo sugestywnie oddziałuje na dzieci scenografia Maksymiaka i muzyka Marcina Mirowskiego. Scenografia, na pozór ledwo sklecona z podmalowanych desek, jest mobilna, ale bardzo obrazowa, pełna wysmakowanej kolorystycznie iluzji. Sprawia wrażenie tak magicznej głębi, że co bardziej zafascynowani niedzielną premierą widzowie wdarli się na scenę, by być bliżej dzielnego Wani (Marek Koziarczyk) i jego przyjaciela Konika Garbuska (Patrycja Łacina). Z kolei muzyka udatnie oddaje tajemnicę ludowych zaśpiewów, pełnych rzewności, ale i dziarskich - gdy trzeba - rytmów.

"Przycięta" do głównego wątku baśń rosyjskiego romantyka Piotra Jerszowa opowiada o losach najmłodszego z trzech braci. Dwaj, Gawryło i Daniło, są leniuchami i oszustami. Ale Wania wcale nie jest przysłowiowym głuptasem. Bywa śpiochem, na to zgoda. Ale ma dobre serce i jest skromny. Te cechy zapewniają mu przyjaźń ułomnego Konika, który - jak to w baśni - potrafi mówić ludzkim głosem.

Garbusek wspiera Wanię radą, poucza, inspiruje postępki chłopca na drodze dworskiej kariery. Dzięki niemu po kilku magicznych próbach, jak polowanie na Żar-ptaka czy wydobycie z dna oceanu pierścienia Cud-dziewczyny (Irmina Annusewicz), staruch Car (Krzysztof Grębski), który miał apetyt na młodziutką dziewczynę, ginie w kotle z wrzątkiem. Wania, z poręki ojca-Księżyca (Radosław Kasiukiewicz), zostaje jego następcą i oblubieńcem Dziewicy. Lud się cieszy społecznym awansem bohatera (ze stajennego na cara - fiu, fiu!), mali widzowie głośno klaszczą.

Aktorstwo, jak zwykle w WTL, przyzwoite. Bohaterowie przekonujący. Bunraku, jawajki i kukły wykonane i prowadzone perfekcyjnie. Wieloryb z wioską na grzbiecie (Marek Tatko/Bogdan Kuczkowski), którego musiał obłaskawić Wania - imponujący. Efekty sceniczne -zachwycające: kopuły carskiego pałacu zjeżdżają spod sufitu jak latawce, konik bez trudu fruwa pod sufitem, a czapka skąpanego we wrzątku Cara pryka w niebo niby rakieta. Dzieciaki piszczą z wrażenia.

Nie jestem pewny, czy romantyczne pojęcia moralności mają współcześnie głębszy sens, ale dzieci obok mnie łykały opowieść jak cukrową watę. Punkt ciężkości reżyser przeniósł bowiem na zdarzenia, nie na moralizowanie. Pora więc na jedyną pretensję artystyczną. Akcja toczy się o pół taktu za wolno. Nieustanne konstruowanie i rozbieranie elementów scenografii na oczach widzów (zmiana chaty w pałac, pałacu w morskie wybrzeże itp.) na kilka chwil każe im wstrzymywać oddech. Ja wytrzymałem, ale maluchy zaczynały się krztusić. Więc w sumie tylko jakby półbaśni. No i można by mówić o ton głośniej. Płoty carskiego dworu jednak tłumią słowa.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego