Panowanie nad słowem

Głos jest podstawą. Pisząc portret Piotra Fronczewskiego, wciąż mam w uszach charakterystyczny tembr aktora. Znam go bardzo dobrze, towarzyszy mi od lat - portret Piotra Fronczewskiego kreśli Łukasz Maciejewski w Dzienniku Gazecie Prawnej.

«"Aktor gombrowiczowskiej formy" - pisał o nim Gustaw Holoubek. Piotr Fronczewski reżyseruje "Ja, Feuerbach" w warszawskim Teatrze Ateneum.

Głos jest podstawą. Pisząc portret Piotra Fronczewskiego, wciąż mam w uszach charakterystyczny tembr aktora. Znam go bardzo dobrze, towarzyszy mi od lat. Jako dzieciak słuchałem szlagierów Franka Kimono, a w kinie z wypiekami na twarzy oglądałem przygody Pana Kleksa. Nieco później w idolu z dzieciństwa rozpoznałem wybitnego artystę sceny: Hamleta, Tuzenbacha z "Trzech sióstr", Mackiego Majchra z "Opery za trzy grosze", Cyrana de Bergeraca, Marlowe'a z "Żegnaj, laleczko", Jagona z "Otella", wreszcie - stosunkowo niedawno - genialnego Króla Edypa w inscenizacji Gustawa Holoubka.

Artystyczny portret Fronczewskiego zbudowały jednak nie tylko kreacje teatralne, lecz także role filmowe i telewizyjne, wreszcie niezrównane interpretacje tekstów Osieckiej czy nostalgicznych evergreenów w rodzaju "Całuję twoją dłoń", "Chłopcy z naszej dzielnicy", "Ta ostatnia niedziela".

Dzisiaj Fronczewski budzi szacunek zarezerwowany dla wąskiej kategorii aktorskich zjawisk, których pozycja jest wartością stałą. W ostatnich dekadach, kiedy od ludzi teatru wymaga się nieustannej celebracji medialnej, licznych wypowiedzi i komentarzy, Piotr Fronczewski prowokacyjnie się wycofał. Zniknął z gazet i z telewizji, nie udziela się towarzysko, szanuje swoją prywatność. A przecież spektakl "Ja, Feuerbach" Dorsta w reżyserii Fronczewskiego w Teatrze Ateneum przypomina o artyście, którego kariera trwa nieprzerwanie od lat 50. ubiegłego wieku! To nie jest pomyłka. Przygodę z kinem i teatrem zaczynał jako dziecko. Zagrał Bogusia w "Wolnym mieście" Stanisława Różewicza, kilka lat później, u tego samego reżysera, mignął w "Westerplatte", równolegle pojawił się w Teatrze Syrena u boku samego Adolfa Dymszy i Stefanii Górskiej, tylko w jednym, 1958 r., trzy razy wystąpił w Teatrze Telewizji. Los wybitnie uzdolnionego chłopca był w zasadzie przesądzony.

Po ukończeniu szkoły teatralnej Fronczewski stał się jednym z filarów Teatru Współczesnego w Warszawie, następnie pracował w Dramatycznym i w Studio, a od ponad dwudziestu lat jest członkiem zespołu Teatru Ateneum. Równocześnie nieprzerwanie występował w filmach, słuchowiskach radiowych, Teatrze Telewizji i w serialach. Od brawurowego epizodu Horna w "Ziemi obiecanej" Wajdy, Jana w "Bilansie kwartalnym" Zanussiego czy fertycznego "Konsula" z filmu Mirosława Borka poprzez filmowe szlagiery w rodzaju "Miłość ci wszystko wybaczy" i "Hallo, Szpicbródka",po udomowioną, ciepłą postać z serialu "Rodzina zastępcza", gdzie stworzył niezapomniany duet z Gabrielą Kownacką.

"Aktor gombrowiczowskiej formy" - pisał o Fronczewskim Gustaw Holoubek. Istotnie, nie tylko w sztukach Gombrowicza, Charm w "Operetce", Henryk w "Ślubie", Książę w "Iwonie, księżniczce Burgunda"), idealnie wyczuł słowotwórczą nadwyżkę, dzięki której głupota staje się domeną absurdu, a knajacki język zamienia się w czystą poezję.

Teraz Fronczewski wraca rolą starego aktora ze sztuki Tankreda Dorsta. Przeniesiona do Teatru Telewizji mistrzowska kreacja Feuerbacha w wykonaniu Tadeusza Łomnickiego z początku lat 90. przesłoniła kolejne próby mierzenia się z tym tekstem. Warto jednak przypomnieć, że tytułowego Feuerbacha grali w polskim teatrze również Mieczysław Franaszek, Tadeusz Kwinta czy Zdzisław Kuźniar. Piotr Fronczewski wcielił się zaś w Feuerbacha w teatrze radiowym. Słuchowisko w reżyserii Janusza Kukuły było jednym z najważniejszym wydarzeń radiowej ramówki 2009 r.

"Ja, Feuerbach" jest opowieścią autotematyczną. Bohater dramatu, stary aktor, po latach zawodowej absencji marzy o powrocie na scenę. Dorst wnikliwie i wiarygodnie odmalował rozterki artysty zmagającego się z nieustannymi wątpliwościami na temat uprawianego przezeń zawodu. W aktorstwo wpisane są przecież zarówno bezwzględna potrzeba akceptacji przez publiczność, marzycielstwo i ambicje, jak i paraliżujący strach przed odrzuceniem. Feuerbach nie zauważył, że czasy się zmieniły. To, co było dlań świętością, dla aroganckiego młodego pokolenia wydaje się kpiną lub co najmniej grubą przesadą. A Feuerbach jest aktorem w starym stylu. Wiernym tradycji, niemodnemu rzemiosłu, utrwalonym przez dekady prawidłom etosu zawodowego. Przypuszczam, że jest to postać bliska również prywatnym przekonaniom Piotra Fronczewskiego.

Mimo że aktor ma na koncie wiele ról komediowych, zagranych niekiedy wręcz na granicy slapsticku (taki wizerunek utrwalają zwłaszcza telewizyjne reklamy z jego udziałem), jest we Fronczewskim rodzaj wewnętrznego smutku, który z rzadka zamienia się w melancholijny, lecz nigdy nie wulgarny uśmiech. Tak jakby rozdokazywane humoreski, np. rozkoszny Pan Piotruś w "Kabarecie Olgi Lipińskiej", miały dla aktora funkcję terapeutyczną. Zaklinały dobry los, chroniły przed nostalgią.

Czekając na najnowsze spotkanie z Fronczewskim - Feuerbachem, przypominam sobie ulubione kreacje aktora. Jego wycieniowane role filmowe: w "Pokoju z widokiem na morze" Janusza Zaorskiego czy w "Dotkniętych" Wiesława Saniewskiego; wesołego i mądrego Ambrożego Kleksa, który śpiewał o "Wyspach Bergamutach", kongenialną interpretację "Lokomotywy" (Fronczewski nie "odgrywał" maszyny z wiersza Tuwima, stawał się nią), w końcu kreację Syna z telewizyjnej "Podróży" Auberta w reżyserii Piotra Mikuckiego, gdzie Piotr Fronczewski spotkał się na planie z mentorem, Gustawem Holoubkiem. W fabularnej relacji ojciec - syn dało się wyczuć także inne, najzupełniej prywatne, intymne zestawienie: mistrz - uczeń. I było w tej rejestracji uczuć dwojga aktorów coś prawdziwie przejmującego. Z kolei Stańczyk Fronczewskiego z serialu "Królowa Bona" w reżyserii Janusza Majewskiego postrzegał rzeczywistość bez retuszu, z całym okrucieństwem: neutralizował ją dowcipem, jego orężem była ironia, ale egzystencjalny ból wcale nie mijał. Wielka mała rola.

W teatralnym programie sztuki "Skarpetki, opus 124" Daniela Colasa w reżyserii Macieja Englerta, w której Piotr Fronczewski stworzył znakomity aktorski duet z Wojciechem Pszoniakiem, znalazłem krótki fragment eseju Alberta Camusa. Na pytanie, czym jest los aktora, autor "Dżumy" odpowiadał: "Komponuje i prezentuje swoje postaci w czasie. W czasie również uczy się nad nimi panować". Stary Feuerbach ze sztuki Dorsta przyswoił i skomponował wiele postaci. Nie zawsze z sukcesem. Ta sztuka udała się Fronczewskiemu. Panowanie nad słowem.

JA, FEUERBACH | reżyseria: Piotr Fronczewski | Teatr Ateneum, Warszawa | premiera: 2 lutego»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego