Boska Komedia: Iwona...

"Iwona, księżniczka Burgunda" w reż. Krzysztofa Garbaczewskiego z Teatru im. Kochanowskiego w Opolu na V Międzynarodowym Festiwalu Boska Komedia w Krakowie. Pisze Łukasz Badula na portalu Kulturaonline.pl.

«Sztuka nie powinna być grana zanadto na serio - instruował przyszłych inscenizatorów Witold Gombrowicz w uwagach do "Iwony, księżniczki Burgunda". Jedynego scenicznego utworu w przedwojennym dorobku autora. Jeszcze silnie inspirowanego witkacowskim teatrem, ale zarazem będącego eksplikacją osobistych obsesji intelektualnych. "Iwona" to bowiem pod względem wymowy dzieło skrajnie gombrowiczowske. Zabawa formą i Formą. Farsa rozdęta do absurdalnego wymiaru i zarazem mocno ściśnięty gorset konwenansów. Sztuczność teatru łamana sztucznością zachowań, gdzie jedynym ludzkim odruchem wydaje się... paniczna obrona przed brakiem sztuczności. Ten pusty śmiech z pustych gestów wyjątkowo dobrze pasuje do teatralnych desek. Krzysztof Garbaczewski postanowił jednak znaleźć dla niego nieco inny kontekst.

"Iwony" nie da się grać na serio, ale pytanie, czy w ogóle da się grać. Po wielu odkrywczych adaptacji (Lupa! Jarzyna!), dzieło Gombrowicza spotkał los oczywistego kanonu. Przyjmowanego nierzadko z całym dobrodziejstwem inwentarza. Na szczęście Garbaczewski nie zdecydował się po raz n-ty budować królestwa i nakłuwać arystokratyczny balon. Dobiegający 30-tki reżyser przenosi przekaz sztuki w naturalne dla swojego pokolenia otoczenie. Świat multiplikującej sztuczność kultury wizualnej.

Analogia między gombrowiczowską filozofią a telewizyjną papką wydaje się trafiona. Gombrowicz pod koniec lat 30. torpedował i obśmiewał najbardziej trywialną z teatralnych rozrywek. W trzecim tysiącleciu odpowiednikiem farsowych wzorców są schematy obyczajowych oper mydlanych, tudzież przesadzona na każdym kroku dramaturgia kryminałów i horrorów. "Iwona" staje się zatem u Garbaczewskiego telewizyjnym show z dreszczykiem. Skrytym za papierowymi parawanami i oglądanym przede wszystkim na wielkim ekranie.

Ćwiczenie z Gombrowicza ma u Garbaczewskiego więcej wspólnego z instalacją wideo niż klasycznym teatrem. Najważniejszą rolę w spektaklu pełni więc krążąca nad głowami bohaterów, wścibska kamera. Każda zmiana kąta jej ustawienia to swoiste mrugnięcie okiem do widza. Wzmocnione albo przez groteskowy rekwizyt (nadmuchany rekin) albo za pomocą ścieżki dźwiękowej (fragment soundtracku hitchcockowskiej "Psychozy"). Spacerujący papierowym korytarzem aktorzy (Adam Ciołek, Jacek Dzisiewicz, Paweł Smagała, Aleksandra Cwen, Grażyna Misiorowska) oczywiście dostosowują się do klimatu całości. Strojąc przerażone miny i wykrzykując swoje kwestie z chorobliwą wręcz emfazą.

"Iwona" Garbaczewskiego budzi podziw kunsztownym rozplanowaniem poszczególnych etapów widowiska. Od napisów początkowych, które na tle piosenki Placebo (coveru Kate Bush) narzucają ogłupiającą telewizyjną konwencję do finalnego unicestwienia ekranowej iluzji, które pociąga za sobą rozdarcie papierowych zasłon. Tyle, że i na początku i na końcu jest to wciąż ta sama atrapa. Wykalkulowana operacja na humanoidalnych kukiełkach, które wykonują nużące grepsy. Kto wie, może Gombrowicz byłby z takiego ujęcia dumny?

Od "Iwony" bije emocjonalnym chłodem oraz nie mniej zimną precyzją. Całość wypada aczkolwiek bardziej przekonująco niż poprzednie dzieło Garbaczewskiego "Życie seksualnego dzikich". Tam było scenograficzne Bizancjum, aura eksperymentu i przegadana, gubiąca Malinowskiego z oczu treść. Tu jest minimalistyczna oprawa telewizyjnego studia, szkielet thrillera i trzymające się Gombrowicza dialogi. Brak tylko jakiegoś mocniejszego uderzenia we wrażliwość widza. Teatr jest niezwykle sexy - mówi Garbaczewski w jednym z wywiadów. Akurat w "Iwonie" zmysłowości jest jak na lekarstwo.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego