powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Zakochani widzą słonie

Oto dowiadujemy się z Gazety Wyborczej, iż słynny w świecie Śląski Teatr Tańca stanął nad przepaścią i wkrótce dokona wielkiego kroku naprzód. Czytam te słowa i wzbiera we mnie przerażająca myśl, czy idzie o jakiś dramatyczny spadek nakładów finansowych, a może spłonął któryś z budynków przez ów teatr użytkowanych? - pyta Michał Centkowski w felietonie dla e-teatru.

Otóż nie. Okazuje się, iż tragedię tę fundują nam bytomscy urzędnicy, którzy z zaskakującą wprost determinacją, ponad wszystko pragną, jak najszybciej, zorganizować konkurs na stanowisko dyrektora Śląskiego Teatru Tańca.

Tak proszę państwa: Konkurs! Stało się, pomyślałem sobie przetarłszy oczy ze zdumienia. Niewypowiedziana radość spłynęła na mnie. Bytom w awangardzie miast chcących realizować idę transparentności i poszanowania procedur. Jak zwykle okazuje się jednak, że radość ta spłynęła nieco przedwcześnie.

Bo oto dotychczasowy dyrektor pragnie procedury konkursowej za wszelką cenę uniknąć.

Czy to wybujałe ambicje nie pozwalają Łumińskiemu wziąć udziału w otwartym konkursie, skoro jego wieloletni kontrakt wygasa? Jakaż to przedziwna myśl każe sądzić artyście, że nie ma w kulturze większego zła niż otwarta procedura konkursowa?

Czy idzie o to, że konkurs zorganizować mają urzędnicy, którzy ostatnio zbyt często "forsują" swoich kandydatów? Czy tymi kandydatami będą ci sami "fachowcy", w których bytomscy urzędnicy dostrzegali wytrawnych menedżerów, zaś norweski rząd (zza morza) spostrzegł "przekręciarzy", którymi na wniosek Łumińskiego zajmuje się po dziś dzień prokuratura? Czy też chodzi o nowy statut "narzucony" teatrowi przez władze nie miłujące nazbyt wielkiej niezależności instytucji kultury? Może uzasadnione obawy budzi w Jacku Łumińskim ogólny standard takowych procedur, organizowanych w naszym kraju (stołeczne "ustawki" PSL-owskich działaczy).

Po co bowiem szarpać się w konkursie, który zawsze można unieważnić. Może rzeczywiście, jak sam Łumiński sugeruje, lepiej się z twórcą "dogadać", kontrakt przedłużyć, choćby i o kolejne lata, jak to się teraz często robi i "zrezygnować z kuriozalnego konkursu"?

Ostatecznie zawsze można mu podsunąć jakiegoś oddelegowanego z urzędu "specjalistę" - na przykład architekta? Najlepiej dobrze znanego ze swych licznych i nie budzących najmniejszych kontrowersji sukcesów na niwie organizacji wydarzeń kulturalnych, jak choćby w Szczecinie.

Może w przypadku Śląskiego Teatru Tańca byłoby to rozwiązanie najlepsze, wszak dorobek artystyczny Łumińskiego pozostaje bezsporny.

Jest jednak szereg wątpliwości, które nie pozwalają mi temu "obejściu", najbardziej choćby "kuriozalnego konkursu" kibicować. Nawet, jeśli osią tego jakże dramatycznego sporu jest w istocie konflikt pomiędzy ambitnym artystą, chcącym zachować kontrolę nad instytucją, którą dotychczas zarządzał bez konieczności brania udziału w kolejnym ustawionym konkursie, a "forsującymi" w owych quasi-konkursach swoich kandydatów urzędnikami.

Skoro bowiem niemal całe otoczenie dyrektora Łumińskiego przez lata oplatało ŚTT mafijną siecią, sprzeniewierzając publiczne środki, dorabiając się na publicznych pieniądzach luksusowych samochodów, podrabiając podpisy, jeżdżąc na egzotyczne wycieczki na koszt podatnika i Bóg jeden wie co jeszcze czyniąc, dlaczego doniesienie do prokuratury wpłynęło tak późno, dopiero u kresu kontraktu dyrektorskiego?

Czy to możliwe że przez lata narastających nieprawidłowości, zajętemu swą artystyczną wizją dyrektorowi "umknęły" tego rodzaju praktyki. Czy szef instytucji publicznej o skandalicznych, kryminalnych praktykach powinien dowiadywać się przez telefon od swoich "amerykańskich znajomych", gdy proceder ów zaczyna sięgać swym rozmachem za ocean? Jeśli w istocie przez lata dyrektor Łumiński nie wiedział co robią jego zastępcy czy księgowi, mówiąc oględnie, nie świadczy to o jego zarządczych kwalifikacjach najlepiej.

Warto także zapytać jak to możliwe, że niczego nie zauważali nadzorujący instytucję urzędnicy? Jak nieumiejętnie przeprowadzane były kontrole, które tak skandalicznych nadużyć nie dostrzegły, jak to możliwe, że urząd nie wiedział o długu instytucji? A może chodziło o ty, by sytuacja stała się tak dramatyczna, by można ją było teraz dziarsko "naprawiać"?

Być może urząd nazbyt łagodnie traktował dyrektora? Czy nie należało alarmować o złych praktykach wcześniej? Skąd ta niezwykła cierpliwość, która dziś owocuje zagrożeniem likwidacji instytucji? Szkoda, że za "ratowanie" Śląskiego Teatru Tańca urzędnicy zabrali się tak późno, że potrzebowali bodźca w postaci międzynarodowego skandalu.

Jeśli jest się (i usilnie pragnie się pozostać) dyrektorem instytucji publicznej, czy można tak długo pozostać ślepym na galopującą patologię i kryminalizację działań tejże instytucji? Czy odpowiedź w rodzaju, ja nie wiedziałem, nie znam się na tym, bo tak naprawdę jestem artystą, nawet wybitnym artystą, jest odpowiedzią możliwą do zaakceptowania przez obywatela, podatnika?

Z drugiej strony możliwą do zaakceptowania dla obywatela i podatnika ma być zamieszczona w gazecie odpowiedź odwołanego w referendum prezydenta Piotra Koja pt. "Nic nie wiem o wycieczkach egzotycznych - na żadnej nie byłem, i nie jest tak źle, skoro stać ich na logo" ?