Dredy polskie

Widziałem starszą panią, która zachwycona pokazywała aktorom palce w pacyfistycznym znaku, widziałem mężczyznę w wieku więcej niż średnim, który szalał na scenie, aż mu fruwał krawat.

«Trzydzieści lat od premiery na Broadwayu manifest kontrkultury lat 60., pacyfizmu, wolnej miłości i buntu jest nadal żywy. Ta historia życia nowojorskiej komuny hipisów, którzy uprawiają wolną miłość, zażywają narkotyki i palą karty powołania na wojnę w Wietnamie, w Stanach wywołała skandal. Do polskiej widowni dotarła w chwili, kiedy nagość, seks i narkotyki znajdują się w co drugim przedstawieniu teatralnym i poza kilkoma moralistami z prawicy w nikim nie budzą już emocji, podobnie jak tytułowe długie włosy. I oto stała się rzecz niespodziewana chyba nawet dla autorów widowiska: "Hair" idzie kompletami, na widowni pojawiają się młodzi ludzie o długich włosach, obwieszeni paciorkami, a w finale na scenę wbiega tłum w różnym wieku i tańczy razem z aktorami do przeboju "Let the Sun Shine". Różnica między amerykańską i polską prapremierą jest tylko taka, że w Gdyni publiczność się nie rozbiera.

Reżyser Wojciech Kościelniak starał się uwspółcześnić "Hair" i wprowadził do musicalu postać starszego o 30 lat sobowtóra jednego z bohaterów Claude'a Bukowskiego, zgorzkniałego byłego hipisa, który nie nosi już długich włosów i porzucił dawne ideały. Przez dwie godziny grający tę postać Grzegorz Chrapkiewicz śpi na łóżku w kącie sceny, a przedstawienie ma być czymś w rodzaju jego snu. Zupełnie niepotrzebnie. Okazuje się, że "Hair" z ideologią pacyfizmu, pochwałą wolności i prawa do buntu jest wciąż żywym widowiskiem i nie trzeba go brać w cudzysłów ani komentować.

Tym, co przybliża nasze czasy do roku 1967, roku wojny w Wietnamie, protestów pacyfistycznych i rewolucji seksualnej, nie jest inscenizacja, lecz doskonała aranżacja. Leszek Możdżer, wybitny jazzman, przepuścił psychodeliczny rock sprzed 30 lat przez dzisiejsze brzmienia acid jazzu. W rezultacie muzyka z "Hair" zgubiła głuche brzmienie z epoki Niebiesko-Czarnych i zaczęła żyć drugim życiem. Nie trzeba niczego więcej tłumaczyć, rock dzisiaj, podobnie jak w epoce The Rolling Stones, jest tą samą mieszanką wolności i buntu, co pokazały niedawne koncerty zespołu Micka Jaggera w Europie. Z tymi koncertami gdyński musical łączy jeszcze jedno: tutaj też publiczność składa się głównie z 40- i 50-latków, dla których, "Hair" jest wehikułem czasu, przenoszącym z powrotem w młodość. Jest jeszcze jedna różnica między dziećmi-kwiatami z lat 90. a ich protoplastami z lat 60. Są to dredy, specjalnie plecione i filcowane długie włosy, noszone przez niektórych aktorów. W chwili premiery "Hair" dredów nie nosiło się jeszcze w Nowym Jorku, pojawiły się później, razem z Bobem Marleyem i jego zarośniętymi muzykami z Jamajki. Swoją drogą autorzy przekładu mogli pójść na całość i spolszczyć tytuł za pomocą popularnego słowa "pióra".

Sukces gdyńskiego musicalu polega na zespołowej grze. Kościelniak zaangażował grupę młodych aktorów. Hipisów grają tak, jakby grali siebie. Cezary Studniak jako Berger, mieszanka dziecka i mężczyzny, który jedną ręką obejmuje pluszowego misia, a drugą - dziewczynę, Jakub Szydłowski w roli Bukowskiego, który strach przed wojskiem pokrywa błazenadą, Małgorzata Augustynów (Crissy) i Marta Smuk (Dionne) to wybitnie uzdolnieni śpiewacy i tancerze, dla których "Hair" będzie pierwszym stopniem do kariery. Grają siebie, ale potrafią zdobyć się na ironię: Justyna Szafran jako Jeannie w siódmym miesiącu ciąży śpiewa pochwałę papierosów, zanosząc się od kaszlu.

Fascynujące jest to spotkanie dwóch pokoleń: po jednej stronie rampy siedzą ludzie z pokolenia 1968 roku, po drugiej śpiewają i tańczą ich dzieci. Przez dwie godziny spektaklu te dwa tak odległe od siebie pokolenia łączy ta sama sprawa.

Mimo że kontrkultura miała w Polsce inną twarz, a rok 1968 kojarzy się nam bardziej z Gustawem Holoubkiem i "Dziadami" w reżyserii Dejmka niż z "Erą Wodnika" i "Hare Kryszna", to jednak "Hair" przemawia językiem zrozumiałym dla każdego. Jest to język miłości, wolności i pokoju - słów, które wielokrotnie od premiery musicalu były deptane i sprzedawane, ale, jak widać, nie straciły do końca swojego sensu.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego