"Amerykańska papieżyca"

«Na początek dwa wyjaśnienia. Naj­pierw wyznanie - żeby nie było żadnych nieporozumień: w Ko­ściele, który wieszczy Esther Vilar w sztu­ce "Amerykańska papieżyca" nie mógł­bym być księdzem z przyczyn zasadni­czych, rzekłbym ortodoksyjnych. I druga uwaga: Esther Vilar nawiązuje do znanej legendy z IX wieku. Dotyczyła ona pew­nej dziewczyny z Moguncji, która w Ate­nach (przybyła tam wraz ze swym uko­chanym) występując w stroju męskim zdo­bywała wiedzę. W Rzymie jako Jan An­gelicus została wybrana na papieża. Mia­ła panować przez dwa lata, pięć miesięcy i cztery dni jako Jan VIII, póki nie zmarła w czasie procesji. Ahistoryczność tej le­gendy jest dziś dla wszystkich oczywista. Rządy owej papieżycy nie mieszczą się w przedziale między śmiercią Leona IV i wyborem Benedykta III. Joannę II autor­ka sztuki osadziła na tronie papieskim w 2014 roku.

Monodram z warszawskiego Teatru "Studio" (bardzo dobra rola Joanny Trze­piecińskiej - Anderman) ukazuje nam ka­tastroficzną wizję przyszłości Kościoła. "Ukoronowaniem" klęski katolicyzmu będzie profanacja sakramentu Eucharystii. Papieżyca Joanna II mówi przecież coś o jakichś sztuczkach z opłatkiem i winem. Powiedzmy szczerze, Kościół bez Eucha­rystii przestałby istnieć w ogóle. To jest absolutny fundament, na którym można budować wszystko inne; wszak jest to sa­krament, który ustanowił Jezus Chrystus w czasie Ostatniej Wieczerzy, wraz z sa­kramentem kapłaństwa.

Dramat Kościoła i katolicyzmu dopełni upadek zasady hierarchiczności. Papieże będą wybierani demokratycznie przez ogół wiernych. Nic więc dziwnego, że głową Kościoła zostaną osobnicy zdemoralizo­wani, obskuranci i co najważniejsze: bez wiary; osobnicy, którzy zagubili całkowi­cie wymiar eklezjalny katolicyzmu, pod­porządkowując Kościół zasadom rynko­wym dominującym na tym "konsumpcyjnym świecie" bez wartości. (Papieżyca Joanna II przerywa swoją mowę introni­zacyjną, żeby telewizja miała czas na re­klamę sponsorów.) Demokracja w Koście­le doprowadzi, wcześniej czy później, do wyboru kobiety na tron papieski (czy ra­czej na krzesełko papieskie).

W związku z upadkiem wszelkich reguł postępowania i norm moralnych, Kościół ulegnie i zgodzi się na aborcję, rozwody i małżeństwa homoseksualistów; innymi słowy zawiesi na kołku sakrament małżeń­stwa i V przykazanie Dekalogu. Z przy­czyn populistycznych wyprzeda cały swój majątek, czy też raczej pozbędzie się wie­lowiekowego dziedzictwa (na przykład zabytkowych świątyń i katedr) przez co straci swoją tożsamość, a wcale nie zyska wiernych, którzy po prostu wydadzą pie­niądze rozdawane hojną ręką kolejnych papieży. Esther Vilar eskaluje dramatycz­ne przykłady upadku Kościoła, które moż­na streścić jednym zdaniem: uleganie du­chowi tego świata.

Autorka przyznaje, że jest agnostyczką, osobą niewierzącą, ale jednocześnie mówi wprost, iż jest żywotnie zainteresowana przetrwaniem Kościoła, ponieważ "mógł­by się on pewnego dnia okazać dla nas ostatnim ratunkiem w ucieczce przed nad­mierną wolnością". Wyznanie zaiste wzru­szające, powstaje jednak pytanie: czy taka wizja przyszłości Kościoła jest realna? Dla mnie jako chrześcijanina (nie istotne, że księdza) nie jest realna, bo wierzę w stałą obecność Jezusa Chrystusa wśród nas. Owszem, być może pod wpływem tzw. ducha czasów wielu odejdzie od Chrystu­sa, a tym samym od Kościoła i chrześcija­nie pozostaną w mniejszości, ale wtedy jeszcze bardziej liczyć się będzie siła świa­dectwa. Świadectwo jest zawsze najważ­niejsze; ważniejsze niż ilość, a w sytu­acjach ekstremalnych jego znaczenie ro­śnie. Dowodzi tego historia chrześcijań­stwa, a zwłaszcza historia XX wieku. Do­świadczenie sakramentu pojednania pod­powiada mi jednak, że nawet ta "mniejszościowa" wizja może okazać się zbyt pesymistyczna. Wielu ludzi bez reszty za­nurzonych w różnych przejawach nowej rzeczywistości przychodzi nie bez we­wnętrznego trudu, często po kilku la­tach, do konfesjonału, a potem na Mszę św. Chcą się zatrzymać przy Chrystusie; jakby powracali do Źródła. Takie jest moje doświadczenie kapłańskie.

Rozumiem autorkę, że w swym publi­cystycznym zapale (bo sztuka jest niestety zbyt publicystyczna, a tezy w niej stawia­ne są niekiedy rażąco schematyczne i przez to powierzchowne) przesadziła, chcąc zapewne uwypuklić problem, czy­li pokazać naszego największego wroga, którym jest - według autorki - nasza wła­sna wolność. Trudno mi jednak pogodzić się z takim jej rozumieniem. Sądzę, że Esther Vilar (i nie tylko ona) jest ofiarą lęku przed wolnością. Tak ten stan ducha nazywa ks. Józef Tischner, który pyta, czy nie doszło do załamania dialogu między naszą wiarą a myślą współczesną. Oskar­żenia pod adresem "dzisiaj" często nie są z wiary. Ich źródłem jest szczególny styl myślenia, którego ideą zasadniczą - we­dług ks. Tischnera - jest... wyrzucanie za drzwi. "Wyrzuca się za drzwi pytanie, potem wyrzuca się pytającego, w końcu wyrzuca się za drzwi całą współczesność z jej przeklętą wolnością. Czy trzeba mno­żyć przykłady? Rozpasanie to wolność... Korupcja to wolność... Spory wśród po­lityków to wolność... Straszna jest ta wol­ność. Pamiętamy, jak pisał Erich Fromm: ludzie uciekają od wolności i sami, bez przymusu, wybierają sobie Hitlera. Kie­dy przed laty czytaliśmy tę książkę, mó­wiliśmy sobie: nie my; my, Polacy, umie­raliśmy za wolność. No tak, ale czy wie­dzieliśmy wtedy, czym jest wolność? Jesz­cze dosadniej niż Fromm pisał o tym Do­stojewski w legendzie o Wielkim Inkwizy­torze: Ale skończy się na tym, że przy­niosą nam swoją wolność do naszych nóg i powiedzą: weźcie nas raczej w niewo­lę i dajcie nam jeść... I dalej: Powia­dam Ci, zaiste najbardziej męczącą tro­ską człowieka jest to: znaleźć kogoś, komu można by oddać dar wolności, z którym ta nieszczęsna istota się rodzi. (...) Człowiek, który przychodzi na ten świat, nie wie, co to jest wolność. Ale może się dowiedzieć, gdy odkryje obok siebie wolność wcieloną w bliźniego. Dla chrześcijan obrazem wolności jest Chry­stus. Przykład Chrystusa wyzwala, bo Chrystus sam jest żywą wolnością".

Esther Vilar widzi ocalenie dla Kościo­ła (jeśli spełniłaby się jej wizja, w co, po­wtarzam, nie wierzę) w powrocie do orto­doksji, swoiście rozumianej. Ale czy rze­czywiście jest to ratunek? Myślę, że au­torka sama z dystansem patrzy na przed­soborowe ciągoty papieżycy, która w koń­cu sztuki uwierzy, a przecież mogłaby jak sama ostrzegła - poprzez miłosierdzie udawać wierzącą. Ortodoksja, owszem, jest bardzo ważna, ale rozumiana nie jako powrót do czasów sprzed pontyfikatu Jana XXIII, a więc sprzed Vaticanum II, tylko jako trwanie przy Chrystusie i jego nauce, a więc jako trwanie przy Wolności. Arcy­biskup Alfons Nossol twierdzi, że "na po­ziomie czystej religiologii nigdy nie doj­dzie do głosu godność człowieka, prawda o tym, iż jest on creatura Dei, że iskierka Boża pali się w jego jestestwie, a jej naj­konkretniejszym odwzorowaniem jest wol­ność". Wolność to nie wróg, jak zdaje się nam sugerować Esther Vilar i za nią boha­terka sztuki Joanna II, wolność to zadany dar. A chrześcijanin nie może być pesy­mistą i ulegać katastroficznym wizjom, bo krzyż w swoim najgłębszym wymiarze jest optymistyczny. To jest paradoks chrześci­jaństwa.

Wiem, że po obejrzeniu "Amerykańskiej papieżycy" wiele osób dyskutuje przede wszystkim o roli kobiet w Kościele, co jest zaskakujące, bo nie sądzę by był to wio­dący wątek tej sztuki. Mam wrażenie, że feministki, widząc tylko instytucjonalny wymiar Kościoła przy nie do­strzeganiu boskiego, zapominają, że czło­wiek jest pierwszą i zasadniczą drogą Ko­ścioła. Abp Nossol mówi: "Tą drogą jest nie obraz człowieka, nie jego idea, lecz człowiek historyczny, konkretny - każdy z nas. Jedyną istotną i naczelną troską może i musi być człowiek, ale zbawieniem na­szym, zbawieniem wszystkich ludzi jest tyl­ko i wyłącznie Bóg". Dopiero w tym kon­tekście możemy dyskutować o kapłań­stwie kobiet czy celibacie (osobiście nie mam wątpliwości co do słuszności rozwią­zań tych problemów w moim Kościele). Tylko, że wtedy trzeba przedstawić inne argumenty, bez silenia się na oryginalność, bez socjologizowania, bez psychologizo­wania, czy tzw. racjonalizowania. Istnieje po prostu rzeczywistość Zbawienia, do którego zdążamy i którym chce nas obda­rować Bóg, jak pisze o. Jacek Salij: "Ca­łym celem naszego bycia w Kościele jest nasze uświęcenie". Jeśli w ferworze dys­kusji o tym zapomnimy to argumentem za zmianami w Kościele może być na przy­kład... wybór Angeli Merkel na szefową CDU. (Mówiła o tym niedawno w cieka­wym wywiadzie dla "Tygodnika Po­wszechnego" Hanneliese Steichele, prze­wodnicząca Katolickiego Związku Kobiet w Niemczech.) Może warto w tym miej­scu przypomnieć słowa Gamaliela wypo­wiedziane przed Sanhedrynem: Jeżeli bowiem od ludzi pochodzi ta myśl czy spra­wa, rozpadnie się, a jeżeli rzeczywiście od Boga pochodzi, nie potraficie ich zniszczyć

(...)"

Na koniec jeszcze jedna uwaga. Mono­dram Esther Vilar nie zgorszył mnie. Uwa­żam, że niesie ze sobą ważne treści. Pobu­dza do dyskusji, choć jest, jak już zazna­czyłem, zbyt publicystyczny. Pomimo to polecam, szczególnie młodzieży, również tej duchownej i kleryckiej.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego