powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Gdzie jest Bóg, kiedy go nie ma?

"Piosenki o wierze i poświęceniu" w reż. Piotra Waligórskiego w Teatrze im. Solskiego w Tarnowie. Pisze Małgorzata Budzik.

Brzydkie kobiety nie zabijają się, czynią to atrakcyjne, świetnie zapowiadające się zawodowo, wykształcone i energiczne, pozostawiając niewygodną konsternację. Nikt przecież nie spodziewał się tego po nich, nic nie zapowiadało ich śmierci. Najczęściej zażywają leki nasenne, które mieszają z winem. Taka śmierć nie szpeci ciała. Odchodzą, tak jak żyły - piękne i pachnące.

Słabi mężczyźni nie płaczą. Zdarza się to natomiast silnym panom na wysokich stanowiskach. Biznesmenom, którzy nie muszą: "w nic wierzyć, żeby rano wstać, ogolić się, zjeść śniadanie, wynieść śmieci". Wysportowane i zdrowe ciało drży, a świadków ogarnia bezradność wobec płaczu mężczyzny. Nikt bowiem nie wie, jak zachować się wobec męskich łez. Zdecydowanie nie jest im z tym do twarzy.

Prostytutki nie kochają. One uprawiają miłość i nie wierzą w Boga. Czasem traktują seks, jako formę medytacji. Po każdym kliencie biorą prysznic, bo woda oczyszcza ciało

i duszę. Nocą nie przeszkadzają swym klientom. Wówczas śpią oni z żonami, które bezskutecznie chcą "wybzykać" z głowy ich złe nastroje dziesięciominutowym seksem na podłodze.

Księża nie wątpią. Mają silną wiarę w: "Boga Ojca Wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi", są zawsze dostępni i nieustannie wspierają swych wiernych, nawracają ich zbłąkane dusze na łono Kościoła. Dlatego też nie stawiają w wątpliwość istnienia Boga.

Małe dzieci nie umierają. Tego nie robi się rodzicom. Ich cierpienie jest niemoralne, nieestetyczne, irracjonalne. Dzieciństwu przypisuje się radość, zabawę, błogość, nie sale szpitalne i łzy rodziców. Ból tych najmniejszych jest tak wielki, że można go jedynie ukryć. Następnie naiwnie go infantylizując udawać, że nie istnieje. Małe dzieci przecież są tylko po to, aby je kochać.

Każdy z wymienionych przypadków budzi kontrowersje, narusza utrwalone w społeczeństwie tabu. Dlatego trudno pojąć wers Miłosza: "Rozumiesz. Jest taka cierpienia granica, za którą się uśmiech pogodny zaczyna, i mija tak człowiek, i już zapomina, o co miał walczyć i po co". Współczesnego człowieka bowiem nie stać na uśmiech wobec cierpienia, które go dotyka. Dzisiaj - "Człowiek człowiekowi wilkiem".

Te i inne kwestie poruszono w tarnowskim prapremierowym spektaklu "Piosenki o wierze i poświęceniu" w reżyserii Piotra Waligórskiego. Sztuka Przemysława Wojcieszka nie daje jednak łatwych rozwiązań, raczej stawia pytania, niż na nie odpowiada. W obliczu cierpienia bohaterowie pozostają sami ze sobą. Z czasem już nie wiedzą, co bardziej boli: śmierć dziecka, zwątpienie, zdrada, utracona miłość, czy wywołane tym doskwierające im osamotnienie?

Kinga Piąty (żona), Zofia Zoń (prostytutka), Piotr Hudziak (ksiądz) oraz Aleksander Fiałek (mąż) otrzymali trudne zadanie. Pokazać mieli na kameralnej scenie Undrground największe wydarzenie w życiu człowieka - "narodziny i śmierć Boga". Poradzili sobie z tym różnie. Wcale mnie to nie dziwi. Jak bowiem autentycznie ukazać uczucie pustki, jak nazwać i wyrazić brak obecności, nie popadając w patos, śmieszność lub znudzenie?

Reżyser w taki sposób poprowadził aktorów, że nie tylko oni pozostają bezradni wobec cierpienia granych przez nich postaci. Bezradny jest także widz. Po stu minutach przesyconych bólem, próbami zrozumienia rzeczy niemożliwych do pojęcia przez ludzki umysł, czuje pustkę. Pozostaje z nią sam, bez odpowiedzi na nurtujące go pytania i bez katharsis, którego podczas trudnego i ciężkiego przedstawienia nie sposób doświadczyć.

Podobno: "życie bez boga jest możliwe, życie bez boga jest niemożliwe". Jednak po obejrzeniu tarnowskiej realizacji "Piosenek o wierze i poświęceniu" pobrzmiewa w głowie jedno gorzkie pytanie, na które nikt nie ma najmniejszej ochoty odpowiadać. To właśnie żona niewiernego męża, matka zmarłego synka, kochanka wątpiącego księdza, femme fatale wykrzykuje - "Gdzie jest Twój Bóg?".