powiększwersja do drukupoleć znajomemu

W poszukiwaniu straconej ręki

"Jednoręki ze Spokane" w reż. Zbigniewa Brzozy w Teatrze im. Solskiego w Tarnowie. Pisze Małgorzata Budzik.

"Życie to raj, do którego klucze są w naszych rękach" pisał kiedyś Fiodor Dostojewski, którego utwory były wielokrotnie i nadal są nieustannie wystawiane na deskach światowych teatrów. Trudno nie zgodzić się ze znanym i uwielbianym rosyjskim pisarzem, bowiem każdy dąży ku dobremu, cokolwiek nie kryłoby się pod tym pojęciem. Pojawia się tylko jeden problem. Co dzieje się wówczas, gdy jedna z rąk zostaje odcięta i uprowadzona?

I ta niewidzialna dłoń dręczy tak okrutnie, że pozostaje tylko jeden cel w życiu. Zamiast otworzyć rajski ogród ocalałą dłonią, to czyni się życie piekłem dla siebie i dla innych, bowiem frustracja z powodu rozczarowania jest tak wielka, że trudno przejść obok niej obojętnie. Niestety nie sprawdza się tutaj znana od dawien dawna piękna sentencja - cierpienie uszlachetnia. Prawdopodobnie czyni lepszymi tylko te ofiary, które wchodzą w drogę katowi. W tym przypadku mowa o pozbawionym ręki i oszalałym z bólu - nie tyle fizycznego, a raczej fantomowego - zwykłym mężczyźnie z amerykańskiego miasta Spokane, który przeszedł metamorfozę i z pokrzywdzonego stał się nieobliczalnym krzywdzicielem.

W premierowym spektaklu Tarnowskiego Teatru "Jednoręki ze Spokane" ("A Behanding in Spokane") w reżyserii Zbigniewa Brzozy załatwiony został: "interes typu, nie twój interes". Pomimo to, uważny widz może wynieść ze sztuki autorstwa współczesnego irlandzkiego dramatopisarza Martina McDonagha garść istotnych przemyśleń. Oddzielając ziarna od plew, śmiech od łez, komizm od tragizmu, fantazmaty od realizmu, dziwność od normalności warto zastanowić się nad licznymi problemami obecnymi w sztuce. Wachlarz jest szeroki, obejmuje bowiem m.in. takie zagadnienia jak: rasizm, stereotypy kulturowe, ksenofobię, dyskryminację, przemoc oraz narkotyki. Dodać jeszcze tutaj można kwestie egzystencjalne, odczucie własnej cielesności, poszukiwanie rozszczepionej tożsamości, konieczność posiadania celu w życiu, czy potrzebę akceptacji, szczęścia, miłości.

Przede wszystkim jednak trzeba powiedzieć, że Carmichael, tytułowy bohater sztuki McDonagha, szukając swojej straconej w wieku młodzieńczym ręki, odkrywa samego siebie. Warte uwagi jest to, że grający go Tomasz Wiśniewski poradził sobie z niewątpliwie trudnym zadaniem gradacji postaci. Wydaje się, że w stworzonej kreacji nieszczęśliwego, zmęczonego i zdesperowanego "gostka" z kanistrem benzyny w torbie i stertą obciętych ludzkich rąk w zniszczonej walizce, nieustannie wędrującego z miejsca na miejsce w poszukiwaniu straconej ręki, jest bardzo autentyczny. W efekcie, zakończenie poszukiwań - zamiast sfinalizować się w iście amerykańskim stylu happy end - przynosi przewrotne przesłanie. Po zagaśnięciu świateł na scenie, widzowi nasuwa się absurdalny wniosek - im dalej się czegoś szuka, tym bliżej się to znajduje.

Na uwagę zasługuje również mocny język postaci, który zdecydowanie działa na emocje widza. Zwłaszcza, gdy pikantne epitety sypią się z ust subtelnej i drobnej Marilyn o bujnych jasnych lokach. Rola dziewczyny dilera marihuany Toby'ego (gościnnie Łukasz Stawarczyk), zagrana przez Zofię Zoń, odsłania kolejne mocne atuty jej aktorskiego warsztatu. Z kolejnych jej wcieleń w tarnowskich inscenizacjach, to dotychczas najciekawsza kreacja młodej aktorki. Z kolei Kamil Urban świetnie poradził sobie w wielu abstrakcyjnych sytuacjach scenicznych. Grany przez niego szalony recepcjonista Mervyn nie mógł bardziej mijać się z rzeczywistością, wówczas bowiem jego zaskakujące dialogi z gibonem nie brzmiałyby równie przekonywująco.

Podczas przedstawienia zdarza się kilka razy zamknąć oczy. Mimo to, prowokacyjne projekcje multimedialne z tryskającą krwią i rozpryskującym się mózgiem oraz oprawa muzyczna w opracowaniu Tomasza Bergmanna również zasługują na pozytywną ocenę. Widz otrzymuje bowiem z jednej strony klimatyczne dźwięki, budujące odpowiednią atmosferę wokół przesyconej groteską i czarnym humorem nietypowej narracji, zaś z drugiej strony dostaje sporą dawkę drastycznych i niejednokrotnie dyskusyjnych wstawek video. Elementy te nadbudowują określone doświadczenia emocjonalne oraz wywołują pewne skojarzenia filmowe, nie tylko z produkcji w stylistyce Tarantino, Lyncha, braci Cohen, czy Ritchiego. Szczególnie zaskakującą rzecz w bardzo prostej i wyrazistej scenerii sztuki, zbudowanej w odcieniach szarości: łóżko, komódka, szafa, lampka, telefon, okno i czerwone schody przeciwpożarowe (scenografia Grzegorz Małecki), a umiejscowionej w podrzędnym amerykańskim pokoju motelowym w stanie Waszyngton, stanowią tarnowskie akcenty.

W projekcjach multimediach odnaleźć można bardzo charakterystyczną czarno-białą mozaikę na posadzce tarnowskiego dworca kolejowego, czy sale lekcyjne i fragmenty korytarzy w jednym z renomowanych liceów ogólnokształcących w Tarnowie.

Nie bez powodu przywołać w tym miejscu można cykl powieściowy "W poszukiwaniu straconego czasu". W jednym z tomów Marcel Proust napisał: "Przychodzi w życiu godzina - jesteś jeszcze od niej bardzo daleko - kiedy znużone oczy znoszą już tylko jedno światło, to, które piękna noc, jak dzisiejsza, tworzy i sączy wraz z mrokiem; kiedy uszy nie mogą już słuchać innej muzyki prócz tej, którą gra blask księżyca na flecie milczenia. Gdzieś w połowie niewiadomego drzewa niewidzialny ptak siląc się skrócić dzień zgłębiał przeciągłą nutą otaczającą samotność; ale otrzymywał od niej odpowiedź tak jednomyślną, odzew tak nabrzmiały ciszą i bezruchem, iż można by rzec, że zatrzymał na zawsze chwilę, której bieg chciał przyśpieszyć".

Zatem o czym myśli jednoręki "gostek" ze Spokane, kiedy wyłaniając się z półcienia na łóżku w motelowym pokoju, próbuje zapalić papierosa ręką z wytatuowanym napisem MIŁOŚĆ?