powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Subiektywny spis aktorów teatralnych. Edycja dwudziesta

Niniejszy przegląd to zawsze był składany przez cały sezon zbiór uwag/notatek o zdarzeniach w świecie aktorskim. O nowych nadziejach, o pięknie toczących się karierach, o odkrywaniu w poszczególnych artystach całkiem nieoczekiwanych możliwości, o wyzwalaniu się czeladników na mistrzów, czasem też o niepokojących meandrach karier - pisze Jacek Sieradzki o 20 edycji spisu.

Andrzej Łapicki budował panteon. Działo się to równe dziesięć lat temu, podczas pierwszej i, jak się miało okazać, jedynej edycji Festiwalu Klasyki Europejskiej w Rzeszowie. Powinniśmy gadać o oglądanych przedstawieniach, a on tymczasem i nam, członkom jury, któremu przewodniczył, i publiczności podczas spotkań za każdym razem mówił o zadaniu, które sam sobie wyznaczył. Chciał mianowicie tworzyć listę dziesięciu najwybitniejszych aktorów polskiego teatru. Dziesięciu w całej historii!

Kryteria były ostre jak brzytwa. Obejmowały przede wszystkim wynalazczość zawodową, ale też i skuteczność w osiągnięciu oczekiwanego wyrazu, i wyczucie widowni, z którą poszukiwało się kontaktu. I klasę obieranych środków. Łapicki najrozmaitsze aspekty waloryzujące aktorstwo obracał bez końca w swoim chłodno-racjonalno-ironicznym stylu. O nazwiskach nie chciał mówić. Jedno podkreślał, nie bez kąśliwej satysfakcji: spośród współczesnych na miejsce w dziesiątce mógł liczyć może jeden Tadeusz Łomnicki. Może.

Chyba nie opublikował tej listy. Wypatrywałem jej usilnie po festiwalu w jego felietonowych cyklach. Może przeoczyłem, lecz i dziś także nie umiem jej znaleźć.

Być może zresztą gonienie króliczka w postaci niekończących się rozmyślań nad ową złotą dziesiątką było dlań równie ważne, co postawienie (a w tym przypadku niepostawienie) kropki nad "i". Łapicki należał do pokolenia ludzi teatru, dla którego hierarchiczne porządkowanie zawodowego świata miało znaczenie fundamentalne. Żeby funkcjonować należycie w profesji, należało wiedzieć, kto jest dobry. Nie według rankingów cywili: krytyki czy widzów; należało wiedzieć - a przynajmniej wierzyć, że się wie - kto jest dobry naprawdę. W jednym ze swoich najlepszych felietonów opisał zwyczaj przedwojennych zapaśników, zwany "hamburskim szcziotem". Walki zapaśnicze w cyrkach były oczywiście ustawiane i reżyserowane, jak i współczesny wrestling. Ale raz na rok, poza sezonem, zawodnicy zjeżdżali do Hamburga, bez widzów prali się na serio i rozjeżdżali z błogosławioną jasnością, kto ma jakie miejsce w hierarchii swojej, jakby nie było, sztuki.

"Co to ma wspólnego z aktorstwem? - pytał felietonista podpisujący się wtedy pseudonimem Kolega. - Co chwila różne siły - a to recenzenci, a to dyrekcja, a to mniejsza z tym - usiłują przekonać opinię, że najlepsza w sezonie była Żelazna Maska. Publiczność czyta, częściowo wierzy, natomiast sami zapaśnicy doskonale wiedzą, kto jest kto. I nie trzeba komputera, żeby sprawdzić, że X jest 347 na liście, a Y wygrał trzygwiazdkowy turniej. Środowisko wie doskonale i w tym jest sprawiedliwe. Choć na co dzień istnieje fason, żeby o kolegach mówić źle (zresztą nie od dzisiaj; trzeba było posłuchać, co mówił Węgrzyn o Osterwie, albo Leszczyński o Jaraczu), tak naprawdę wiadomo, kto jest w pierwszej trójce, kto wszedł do dziesiątki, a kto ma miejsce najwyżej w lidze międzywojewódzkiej, choć czytamy o nim przepiękne eseje"

Ach, jakże nas, obserwatorów, drażniła wtedy ta pewność siebie mistrzów, te zakulisowe hierarchie dostępne ponoć tylko wtajemniczonym. Widzieliśmy przecież, jak wiele w nich - obok niewątpliwej profesjonalnej eksperiencji - trafia się klisz i świadectw rutyny. Jak łatwo petryfikują się oceny, jak zawodnik, którego autorytety lokują na 347 miejscu, beznadziejnie tam tkwi, choć od dawna zasługiwałby na pierwszą pięćdziesiątkę. Nie widzieliśmy za to pewnie - bo żeby to zrozumieć, wypada się trochę zestarzeć - iż w tym labilnym, galaretowato roztrzęsionym zawodzie nawet tego rodzaju wmówione hierarchie były czymś niezbędnym: stelażem, swoistym rusztowaniem, na którym można było przynajmniej z jakim takim skutkiem łapać duchową równowagę. A ci najwięksi, pysznie komunikujący światu arbitralne przydziały miejsc dla kolegów na środowiskowych listach, niejednokrotnie potem, w domu, zdjąwszy maskę mistrza, tonęli w zwątpieniach, załamaniach, histeriach Tak przytomny obserwator ringu, jak Łapicki, musiał to świetnie rozumieć.

Dziś nikt nie zaproponuje hamburskiego szcziotu, teatralni zapaśnicy i tak by na ustawkę nie przyjechali. Wolą na odległość oceniać konkurentów, każdy z własnego cyrku. Następcy Andrzeja Łapickiego czasami usiłują emfatycznie głosić przekonanie "środowisko doskonale wie, kto jest kto, i w tym jest sprawiedliwe", ale nie są w tym akurat zadaniu aktorskim specjalnie wiarygodni. Świat teatru mocno się, jeśli nie zdemokratyzował, to przynajmniej spluralizował, na co może i nie trzeba narzekać; ścisła hierarchizacja nigdy sztuce nie służy. Aliści wahadło poszło za daleko w drugą stronę. Bo ktoś, kto chciałby dziś budować już nie panteon dziesięciu najlepszych aktorów w historii, ale skromniej: panteonik dziesięciu najlepszych aktorów ostatniej dekady - stanie przed zadaniem nie do wykonania. Jakich narzędzi miałby użyć, jakie kryteria uznać za uniwersalne?

Nie jest problemem to, kto jest najlepszy w ringu, czy to naprawdę, czy na niby. Ważne, żeby wspólnie, przynajmniej z grubsza, wiedzieć, po co się w ogóle lezie w światło reflektorów.

* * *

A żeby było jasne, nigdy nie aspirował do roli panteonu czy panteoniku. . Generalnie o tej niezwykłej, ulotnej robocie twórczej, na której opisy nigdy nie starczało miejsca w teatralnych sprawozdaniach, a która dziś, gdy na krytycznych poletkach wielkości znaczka pocztowego nie ma miejsca na cokolwiek, pozostaje już całkiem niezanotowana. Dalibóg zbyt niesprawiedliwie, nawet jak na te nonszalanckie czasy, w których przyszło nam żyć.

KLIKNIJ link poniżej.