powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Kto jest artystą scen polskich?

W czwartek w Instytucie Teatralnym odbyło się spotkanie sygnatariuszy listu "Teatr nie jest produktem, widz nie jest klientem" i zapadła decyzja o masowym akcesie do Związku Artystów Scen Polskich - pisze Michal Kmiecik w felietonie dla e-teatru.

Ma to oprócz instytucjonalnego pubu SPATiF tę jedną zaletę, że instytucja powołana przez Artystów Scen Polskich do obrony interesów Artystów Scen Polskich oraz tworzonego przez nich życia teatralnego na Scenach Polskich, może dzięki temu ponownie zająć się tym, do czego została powołana. Dodatkowo, organizowanie transportów do Skolimowa ma szansę przestać być podstawowym celem ZASPu, bo wewnątrz organizacji znajdą się ludzie, których w ramach bycia Artystą Scen Polskich interesować będą również kwestie związane z czynną pracą zawodową: rozgardiasz w sformułowaniach umów, problemy budżetowe teatrów czy prawna reprezentacja twórców w starciach z samorządowymi watażkami i władzą centralną, która zamiast starać się wyznaczać jakieś standardy w polityce kulturalnej, z radością przyklepuje to, co wymyśli sobie władzy centralnej partyjna przełożona.

Minister Zdrojewski jaki jest, każdy widzi. To, z jaką atencją wymawia nazwisko Agnieszki Glińskiej, każe zastanowić się, czy cokolwiek mówi mu jej nazwisko, czy też Odpowiedni Ludzie z Ministerstwa Likwidacji Kultury odpowiednio ministra na okoliczność tej wypowiedzi zbriefowali. Chociaż istnienie Odpowiednich Ludzi z Ministerstwie Likwidacji Kultury należy postawić pod znakiem zapytania. Kilka dni temu OLzMLK w opublikowanym przez to samo MLK nekrologu Henryka Berezy napisali, że zmarły krytyk był odkrywcą Marka Hłaski i Edwarda Stachurskiego. Co szczególnie nie dziwi i za co nie powinno się Zdrojewskiego tak bardzo winić. Chociaż nie, właśnie tak, powinno się winić z całą surowością zaangażowanej publicystyki. Najprawdopodobniej minister pierwszy raz na oczy zobaczył ten nekrolog następnego dnia w Gazecie Wyborczej. O ile ktokolwiek mu o tym wspomniał podczas porannej prasówki. Być może nikt tego nie zrobił. Co każe kolejny raz wątpić w to, czy problem z odpowiednimi ludźmi w ministerstwie to problem nieodpowiedniego ministra, słabej świty czy też jedni i drudzy są do wymiany.

Natomiast znacznie poważniejszą sprawą od tego, że Bogdan Zdrojewski raczej nie za bardzo nadąża w sprawie polskiej kultury (nie, żeby nie było to poważne, jest bądź co bądź racja stanu) jest chyba przyszłość tego teatralnego protestu. Instytucjonalizacja, akces do ZASPu i SPATiFu, to środek, nie może stać się celem samym w sobie. Najdobitniej świadczy o tym chyba obecna kondycja ZASPu (SPATiF ma się znacznie lepiej). Kiedy podczas spotkania w Instytucie Piotr Wawer spytał, kto jest członkiem stowarzyszenia, rękę podniosło raptem kilka osób. A obecni byli przedstawiciele i przedstawicielki większości teatralnych zawodów artystycznych z większości pokoleń (zabrakło Lupy, Jarockiego i Leona Schillera).

Na chwilę obecną brak chyba jasno zdefiniowanych zagadnień, którymi miałby zająć się ruch, niezależnie od tego, czy przy poradzeniu sobie z nimi niezbędna będzie ZASPowska aparatura. Nie od dziś wiadomo, że władza publiczna ma pewien problem z kontaktowaniem się z organizacjami, które mają maila, ale nie mają swojej analogowej skrzynki pocztowej. Zwłaszcza, kiedy takie kontaktowanie się wcale a wcale nie jest w interesie władzy publicznej. Choć jeszcze przed Eurem, kiedy z ramienia Pierwszego Gejowskiego Fanclubu Polskiej Reprezentacji Narodowej w Piłce Nożnej, znanego szerzej jako Tęczowa Trybuna, wraz z Ewą Siwek, Moniką Strzępką, Pawłem Demirskim i innymi osobami w Teatrze Polskim we Wrocławiu, które zajmowały się animowaniem tego fanklubu, pisaliśmy listy i maile do wszystkich, od miłościwie nam panującego premiera, po prezydentów miast-gospodarzy i stadionowych zarządców, zdarzało się, że odpowiedzi na te maile się jednak pojawiały. A ich kuriozalność odbiegała niewiele od pełnych zbriefowanej pewności wypowiedzi Bogdana Zdrojewskiego na temat czołówki polskich twórców, którzy kierują warszawskimi teatrami i w tych teatrach pracują, z Krystyną Jandą, Emilianem Kamińskim i Michałem Żebrowskim na czele. No i Agnieszką Glińską. Choć nazwisko dyrektorki Teatru Studio wymawiał pan minister w największym skupieniu.

W dalszym ciągu pozostaje jednak odpowiedzenie sobie, kim taki artysta sceny polskiej jest. Patrząc po sekcjach stowarzyszenia, nie są nim póki co dramatopisarze, o dramaturgach nie wspominając. Nie są nimi kompozytorzy i muzycy pracujący poza teatrami muzycznymi. Są nimi za to radiowcy i filmowcy. Oczywiście tacy z dyplomem wyższej uczelni artystycznej. Albo dorobkiem. Choć od mniej więcej dziesięciu lat raczej te dwie rzeczy nie idą ze sobą w parze. A przynajmniej znacznie częściej zdarzają się ludzie, którzy ze szkół artystycznych uciekli, bądź w ogóle ominęli je szerokim łukiem, poświęcając całą swoją energię na twórczą pracę, zamiast na konfrontowanie swoich koncepcji teatru z niepraktykującymi zawodu profesorami, którzy potrafią studentom trzeciego roku reżyserii udzielić cennej wskazówki na temat pracy z aktorem w rodzaju: jeżeli aktor nie jest w stanie wydobyć z siebie wystarczająco dużo energii, należy go postawić na krześle (PODOBNO DZIAŁA.)

Pojawia się natomiast pytanie, co z teatralnymi rzemieślnikami, o których magnat warszawskich teatrów (i nie mam teraz na myśli Kraszewsko-Paszsyńskiego dwugłowego cielęcia, a świeżo mianowanego dyrektora Dramatycznego Przodownika na Woli) w wywiadzie udzielonym PAPowi powiedział coś bardzo mądrego. Znacznie bardziej mądrego niż czerstwe żarciki o chińskiej polityce czy ulubieńcach serialowej publiczności. Zdaje się, że Maciej Zakościelny w "Amazonii" Panu Tadeuszowi nie przeszkadzał. (Wyzłośliwiam się, bo mnie nie ma na liście wszystkich żyjących dramatopisarzy i reżyserów. Może słusznie. Pocieszam się, że Szczawińskiej też tam nie ma. Na żadnej z list. Chyba już mniej słusznie.) Tako rzecze Słobodzianek: "Trzeba być kompletnym idiotą, żeby nie docenić prawdziwych ludzi teatru. Uważam bowiem, że prawdziwym artystą może być elektryk, akustyk czy nawet kierownik gospodarczy, a wcale nie musi nim być reżyser czy aktor, które ma to mniemanie o sobie, bo ma." I trudno się z tym nie zgodzić. Ani trudno się na to nie zgodzić. Być może Tadeusz Słobodzianek powinien teraz zrezygnować z dalszej działalności w polskim teatrze i zadbać o to, żeby został zapamiętany jako autor tych słów, a nie a nie jako działacz warszawskiej Platformy na polu polityki teatralnej. (Wyzłośliwiam się, bo mnie pan nie wpisał, Panie Tadeuszu, do programu.)

Przez lata w wewnątrzteatralnej polityce została bardzo mocno zarysowana linia podziału między tymi, którzy wychodzą na scenę a tymi, którzy siedzą w budkach, na zapleczu sceny czy pod sceną nawet i kręcą całą tą teatralną machiną. Albo tymi, którzy bezpośrednio przyczyniają się do tego, że jest z czym lub między co na tę scenę wyjść. Realizatorzy dźwięku, projekcji, operatorzy kamer, modelatorzy, rekwizytorzy, inspicjenci, suflerzy, montażyści, maszyniści sceny, krawcy, szewcy, fryzjerzy, charakteryzatorzy, malarze, ślusarze, tapicerzy, garderobiane, choć wszyscy podchodzą pod tak zwane w ZASPowskiej terminologii "zawody pomocnicze" (sekcja stworzona dla suflerów i inspicjentów), nie mają swojej reprezentacji w tym stowarzyszeniu i, w przeciwieństwie do dramatopisarzy, mogących się podpiąć pod sekcję krytyków, nie mają na chwilę obecną możliwości na przystąpienie do tej organizacji, która - jeżeli faktycznie ma być instytucją służącą do dbania o kształt polskiego teatru i stanowiącą wsparcie dla wszystkich chętnych ludzi pracujących zawodowo w polskich teatrach - musi otworzyć się na nowe grupy zawodowe.

Natomiast, co tak naprawdę jest do załatwienia? Może warto byłoby sobie powyjaśniać kilka kwestii na forum publicznym? Żeby zamiast biegać po znajomych, jeśli tacy znajomi są, i pytać się, jak to było, jak oni pracowali, jaki był budżet i ile miesięcy po upływie terminu płatności trzeba było czekać na przelew, wyprać te brudy publicznie i wypracować jakiś kodeks dobrych praktyk. W systemie angielskim (powrót do Słobodzianka), jak twierdzi Strzępka, wypłatowe widełki za zrealizowanie każdego kolejnego spektaklu są mniej lub bardziej określone. W Polsce jest to loterią, której uporządkowaniem nie zajął się do tej pory nikt z prężnie działających TWÓRCÓW MŁODEGO POKOLENIA POLSKIEGO TEATRU. Którzy przecież też kiedyś debiutowali. I robili też kiedyś drugie przedstawienie. I trzecie. I też się użerali. I też im się nie przelewało, nawet jeżeli wyglądało na to, że recenzenckim okiem raczej im się powodziło.

A stąd można pobrać deklarację członkowską ZASPu. http://www.zasp.pl/zasp/deklaracja-czlonkowska-do-pobrania.html