SENSACJA W CYGAR FABRYCE

«Już parokrotnie Zdzisław Górzyński, będąc panem i władcą teatrów operowych, zapraszał do realizacji przedstawień artystów z Berlina, w rewanżu za co jeździł dyrygować do Niemiec. Osobiście bardzo mu to chwalę, gdyż jestem wyznawcą maksymy, że nie sztuka żyć, ale sztuką jest żyć umiejętnie! Mądremu zaś dyrektorowi należą się słowa uznania tym gorętsze, że dzięki ostatniej wymianie z Berlinem, obok Górzyńskiego niespodziewane i nadzwyczajne, rzekłbym - cudowne zgoła zyski osiągnął Teatr Wielki w Warszawie. Nie chcę ukrywać dłużej nazwisk twórców cudu: Erharda Fischera - reżysera oraz Wilfrieda Werza - scenografa Opery Państwowej w Berlinie (NRD).

Odkąd tylko otwarto nowy Teatr Wielki w Warszawie i stwierdzono jego uparcie złą akustykę, zacząłem wołać rozdzierającym głosem o dwa korygujące rozwiązania: aby przy każdym spektaklu ze scenografem współpracował akustyk, celem komponowania dekoracji, które zarazem byłyby płaszczyznami odbijającymi głosy śpiewaków na widownię - i po drugie, a najważniejsze: żeby część orkiestry, instrumenty najgłośniej brzmiące, perkusję, niskie drzewo i blachę, wsunąć pod okap sceny, który tuszowałby ich brzmienie pokrywające śpiewaków.

Wołałem, wołałem, aliści to był głos z kraju, zaś już pierwszy autentyczny demokrata, Adam Mickiewicz, pisał: "...tak ucho natężam ciekawie, że słyszałbym głos z kraju. - Jedźmy, nikt nie woła!" Dopiero więc, kiedy przyjechali dwaj znakomici specjaliści z zagranicy i powtórzyli, com był mówił, natychmiast ukryto jedną trzecią część obniżonej w kanale orkiestry pod dachem, dekoracje - grające rolę zastawek - wybudowano z drewna, które jest materiałem rezonującym najlepiej, no i stał się od dwóch lat oczekiwany cud: okazało się, że Teatr Wielki akustycznie wcale nie gorszy jest od wielu innych, a może nawet lepszy, bo z wysokiej na chyba osiem metrów, ustawionej dość głęboko na scenie dekoracji słychać było nie tylko głosy solistów, ale niemal każde słowo recytowanego przez nich tekstu.

Tyle o cudzie technicznym, dalej o artystycznym. Oglądałem w Paryżu sławny spektakl ("Carmen" w Wielkiej Operze, z głośną Jane Rhodes w partii Carmeny, krnąbrnej robotnicy z cygar fabryki. Po scenie jeździły karety, biegały różne zwierzęta, popisywali się akrobaci, były wstawki baletowe - cyrk, rewia, wszystko z wyjątkiem przedstawienia jednej z najlepszych oper, jakie posiada literatura tego muzycznego gatunku. - Reżyser Erhard Fischer poszedł w kierunku realizmu, ale nie dosłownego, namolnego, dobrze nam pamiętnego ze złych lat. Tym razem scena żyła, chyba więcej jeszcze - rozwibrowana była życiem autentycznym, ale teatralnym, więc w specjalny sposób umownym. Zupełnie rewelacyjnym zaś osiągnięciem Fischera stało się operowanie chórem, a raczej dwoma chórami: dorosłym mieszanym i harcerskim chórem dziecięcym. Każdy z tej masy śpiewaków był indywidualną postacią, określonym charakterem, a przecież współgrali razem, jako dynamiczna, ludzka masa. Szczególnie przejmujący efekt osiągnął reżyser w scenie końcowej, triumfalnego powitania torreadora. Pyszny krąg jego barwnie wysztafirowanej asysty, wiwatujące tłumy, a na samym przedzie sceny siedzi na koszu owoców stara, szara, biedna kobieta, której to wszystko nic nie obchodzi. Ona przeczekuje, żeby móc potem tylko sprzedać swe pomarańcze. - W sumie jedno z najlepszych osiągnięć reżyserskich, jakie pamiętam!

Nazajutrz po premierze dostałem telefon od jakiejś tyle niecierpliwej, ile oburzonej pani, która chciała prędko wiedzieć, co sądzę o kupach drewna, jakie w "Carmen" zwalono na scenę, zamiast dekoracji. Sądzę, że to było równie udanym odejściem od tradycyjnego, tandetnego realizmu rodem z kafeszantanu, wedle którego Hiszpania w operze Bizeta powinna przypominać afisze amerykańskich biur turystycznych. Tu, poza omówionymi już walorami akustycznymi, "stosy drewna" dały obraz Hiszpanii surowej, jak gdyby wysuszonej nadmiarem słońca, rodem z wielkiego malarstwa Goi. W dodatku, w ostatnim obrazie, nareszcie zobaczyliśmy, jak ogromna jest nowa scena Teatru Wielkiego: przed areną cyrkową był najprawdziwszy, rozległy plac, który zdawał mą większy od warszawskiego rynku Starego Miasta.

Krystyna Szostek-Radkowa w roli i partii Carmeny była rewelacyjna: nie wyobrażam sobie, czy jest dziś lepsza Carmen w Europie, pod każdym względem - wokalnym, aktorskim, aparycyjnym. Sądzę, że słusznie dano premierę jej, a nie "pierwszej damie opery polskiej" - Krystynie Szczepańskiej, która, ze swym równie wspaniałym, ale nieco ciemniejszym i cięższym mezzo i ze swą królewską aparycją nie ma konkurentek w takich rolach i partiach, jak Amneris z "Aidy", czy hrabina Eboli z "Don Carlosa" Verdiego. Młody tenor Wiesław Ochman operuje głosem przepięknym, lecz chyba jeszcze nie całkiem doszkolonym. Niektóre sekwencje dźwięków emituje bezbłędnie, ale tuż obok ma przejściowe głuche, cofnięte, czasem nieoczekiwanie załamane. Aktorsko też jeszcze jest nie dość swobodny, dlatego sławna Don Josego "aria z kwiatem", dodawszy tremę, wypadła jak bardzo poprawny, ale tylko popis dyplomowy (na dyplom ze złotym medalem!). Jestem spokojny, że przy normalnym rozwoju kariery, za kilka lat Wiesław Ochman będzie na pewno znakomitym tenorem, następcą na tej scenie Dygasa, Gruszczyńskiego, Kiepury. Tymczasem jednak skrzywdzono chyba zasłużonego i w pełni sił artystycznych Bogdana Paprockiego, przesuwając go z premiery na dalsze przedstawienia, jako Don Josego.

Torreador Escamillo, jak wynika z roli, jest pysznym głupcem, pogromcą byków, ale i wspaniałym bykiem, pogromcą kobiet, co wszystko musi być wyrażone głosem. Zdzisław Klimek tymczasem śpiewał nazbyt lirycznie. Jego finalny duet z Carmen brzmiał, jak gdyby Escamillo nie szedł zabijać byka na arenę, a na łąkę wąchać kwiaty z byczkiem Fernando. Micaelę śpiewała Bożena Kinasz-Mikołajczak: duży głos, czysta intonacja, a przecież... trochę jak z szafą w muzeum: piękna, trudno zaprzeczyć, lecz wewnątrz pusta. Edward Pawlak w każdej roli jest doświadczonym, wysoce użytecznym artystą, także tu, jako Zuniga. Z dwóch przyjaciółek Carmeny, lepsza wokalnie i aktorsko była Pola Lipińska (Mercedes) od Urszuli Trawińskiej (Frasquita). Szczególnego blasku przedstawieniu dodawało to, że fragmentaryczny duet w tawernie wykonany został przez parę najlepszych tancerzy w Wielkim: primabalerinę Marię Krzyszkowską i pierwszego tancerza, Stanisława Szymańskiego. Czy muszę dodawać, że choć trwało to tak krótko, było śliczne?.. (układ Grucy). Przedstawienie, w nagłym zastępstwie dyr. Górzyńskiego, prowadził Mieczysław Nowakowski. Bardzo zdolny uczeń Bohdana Wodiczki, a przecież chóry i ansamble czasami uciekały mu spod batuty. Obserwując jego technikę manualną, przypominałem sobie powiedzenie Furtwanglera, że - przechodząc z estrady do kanału operowego - poszerza i wzmacnia gestykulację proporcjonalnie do zwiększonej odległości od wykonawców. - Chóry, dzięki Józefowi Bokowi, znakomite!

Jak powiadają w moim Poznańskiem, musiałem trochę "poprzysmradzać", bo mi za to płacą, ale w ogólnym rezultacie otrzymaliśmy wreszcie spektakl na wysokim europejskim poziomie, nareszcie w dobrych warunkach akustycznych. Na rzecz więc turystów zwiedzających Polskę, trawestuję raz jeszcze Mickiewicza:

"Ktokolwiek będziesz w mazowieckiej stronie, nie trać wieczorem humoru: zapalaj w aucie benzynowe konie i mknij do torreadoru".»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego