powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Kto zabił Alonę Iwanowną?

"Kto zabił Alonę Iwanowną?" W reż Michała Kmiecika w Teatrze Dramatycznym w Warszawie. Piszą członkowie Komisji Artystycznej 18. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej Joanna Jopek i Piotr Grzymisławski.

"Kto zabił Alonę Iwanowną?" Michała Kmiecika to spektakl, z którym jest się o co kłócić, ale który równocześnie otwiera dyskusję na kilka ciekawych tematów wokół teatru krytycznego i odpowiadającej mu formie dramatycznej.

Alona Iwanowna czy Jolanta Brzeska?

W tekście dramatycznym Michała Kmiecika odbywa się ciągła negocjacja między rejestrem kulturowym a publicystycznym, gra napięć między powieściową sprawą Alony Iwanownej a rzeczywistą - Jolanty Brzeskiej. Sieć odwołań literackich jest bardzo gęsta: "Zbrodnia i kara" spotyka się z "HamletemMaszyną" i Szekspirem, "Różnicą" Müllera, sztuki dydaktyczne Brechta zderzają się z "Wujaszkiem Wanią" (a może raczej z tekstem Demirskiego "Diamenty to węgiel, który wziął się do roboty"). Mamy do tego jawne nawiązanie do spektaklu "W imię Jakuba S.", który miał premierę parę tygodni wcześniej w tym samym Teatrze Dramatycznym. Z Dostojewskiego bierze Kmiecik jedynie - wytrychowo - ogólne pytanie o moralność i zbrodnię (oraz kilka postaci). Ironicznie ogrywa Müllerowską formułę "tekstu dla teatru" i jej niesłabnącą popularność w teatrze z ducha lewicowym, a także mierzy się złośliwie ze słynnym buntowniczym zawołaniem "no more heroes, no more sheksperoes", zaś z dziedzictwem Brechta i rozpoznawalnym, charakterystycznym trybem pisania Demirskiego prowadzi niejasną (w intencjach) rozgrywkę. Tekst i przedstawienie "Kto zabił Alonę Iwanowną?" można zatem uznać za podręcznikowy wręcz przykład uzależnienia, przejmowania cudzego tonu i rejestru głosu (rytmu frazy z szykiem przestawnym i hiperbolizowaną mową codzienną, sposobu konstruowania tekstu jako parafrazy i wykorzystania publicystyki). Z drugiej zaś strony doprowadzona do extremum formuła Demirskiego staje u Kmiecika - chcący czy niechcący? - w krzywym zwierciadle, obracając się w śmieszność. Jeśli miały tu być serio stawiane pytania, to tekst zdaje się pracować przeciw nim, bo tryb powierzchniowych nawiązań spotyka się głównie w postmodernistycznym (jakże passé!) "anything goes", nie w żarliwości i ostrości postawienia sprawy. Podobnie kwestia ma się w rejestrze publicystycznym. Czego tutaj właściwie nie ma? Problemy ze zdatną do picia wodą w Afryce przeplatają się ze sponsoringiem studentek, krytyką sposobu finansowania kultury w Polsce, socjalnymi problemami lokalnej polityki miejskiej, lokatorskimi prawami - i tak można wymieniać bez liku. Tekst nieprzerwanie i bezkompromisowo atakuje nas ze sceny blisko półtorej godziny, przez którą to logoreę siła wypowiedzi zostaje dramatycznie osłabiona, a ustawiczne nadrabianie buńczucznego tonu gagami i dowcipami dotyczącymi środowiska męczy i drażni. Kmiecik zda się więźniem własnej publicystyki, co jest zgodne z przyjętą poetyką, nie przekłada się jednak na moc przekazu. Mimo wszystko tekst jest intrygującym zapisem stanu świadomości umysłu będącego pod ciągłym wpływem mediów i wszechobecnej informacji. Obrazem generacyjnego byciawświe­ cie wobec rozlicznych tragedii, nierówności społecznych i niemoralności. To stan umysłu naszego pokolenia, który wobec natłoku niezrozumienia tego co złe/niefortunne/niefunkcjo­ nalne prowadzić może do frustracji przeradzającej się w bunt i agresję.

Bardziej niż krytycznie

Spektakl rozpoczyna się wodzirejskim wstępem. Staje przed nami klown (Krzysztof Ogłoza), zapowiadając, że miło nie będzie. Nie przyszliśmy tu dla przyjemności, choć mogłoby być gorzej, spektakl potrwa zaledwie półtorej godzinny, a Zbrodnia i kara liczy przeszło siedemset stron. Nasuwa się skojarzenie z estradowcem Danielakiem z "Wodzireja" Feliksa Falka, co może przywodzić na myśl powrót do formuły sztuki politycznej, tak silnie funkcjonującej prawie czterdzieści lat temu w kinie moralnego niepokoju. W tym ujęciu spektakl Kmiecika podnosi kwestię postawy moralnej w kapitalistycznym społeczeństwie, zadziwiająco podobną do systemowych wad Peerelu: znów zdemoralizowany obywatel przedkłada nad wartości etyczne konformizm i uległość wobec szeroko rozumianej władzy. Kmiecik uruchamia teatr krytyczny, by zarazem jakby asekuracyjnie się od niego odżegnywać, stawiać się niejako ponad środowiskowym, elitarystycznym trybem odbioru teatru (potwierdził to wprost w wywiadzie dla "Krytyki Politycznej"). O dziwnym uwikłaniu i schizofrenicznym charakterze tej osobliwej apostazji świadczy najpełniej scena, w której uderza w "warszawkowy" pokaz Sztuk dydaktycznych Castorfa w Teatrze Dramatycznym w czerwcu zeszłego roku. Aktorzy ironizują na temat nieodżałowanej nieobecności wystarczającej liczby środowiskowych tuzów; na szczęście - podkreślają - przyszli Krystyna Janda i Grzegorz Niziołek. Czy rzeczywiście - wobec zasadniczych, z ducha etyki wielkiej, albo palących społecznie problemów - czyjaś obecność (bądź nieobecność) na widowni festiwalu jest sprawą istotną? I kto jest właściwym odbiorcą tego żartu? Kto zrozumie wszystkie aluzje i porozumiewawcze mrugnięcia okiem, od których roi się w spektaklu? Nie byłby to zarzut, gdyby nie prowadziło to do gubienia z horyzontu spraw, o które miało chodzić przede wszystkim: sprawy ruchu lokatorskiego, niejasnych okoliczności śmierci Jolanty Brzeskiej. Szczególnie wyraźnie ujawniło się to w dniu premiery, uzupełnionej nie wpisaną w ramy spektaklu akcją dziewczyny z widowni - nie aktorki - która w masce Fawkesa odsłaniała realne odniesienia sztuki (teatr nie mógł nazwać ich wprost ze względu na obecność prawników kamienicznika) i nawoływała do uczestnictwa w organizowanych przez ruch lokatorski obchodach pierwszej rocznicy śmierci Jolanty Brzeskiej. Spektakl Kmiecika miał przecież tej właśnie, konkretnej i doraźnej sprawie służyć. Ale przez liczne cudzysłowy i środowiskowe ogrywanie problemów miejsca prezentacji - Teatru Dramatycznego - w znacznym stopniu stępił ostrze swej wypowiedzi.

Moralia

Pytania o zbrodnię i karę, o moralność i odpowiedzialność społeczną stawia Kmiecik już na serio, z pewnym namaszczeniem. "Kto zabił?" pozostaje kwestią wiążącą i niemożliwą do rozstrzygnięcia; ta niemożność staje się punktem wyjścia, ale i chyba niestety - dojścia. Wokół niej właśnie pojawiają się wątki mocne, pracujące na niedawnych zbiorowych emocjach: chodzi o zdarzenie na wyspie Utoya czy -znamienna tu kontaminacja - osławioną wypowiedź Larsa von Triera na konferencji prasowej Festiwalu w Cannes. Nonszalancja autora pozwala na swoisty sposób łączenia ze sobą wątków; Kmiecik konstruuje sceny techniką przypominającą linkowanie w sieci. Przywołanie uwertury Wagnera do Tristana i Izoldy może rozwinąć się w motyw melancholii z filmu von Triera. A skoro jest duński reżyser, to nie może zabraknąć kompromitującej wypowiedzi o rozumieniu nazistów. A skoro Skandynaw mówi o nazistach to aż się prosi skojarzenie z Breivikiem. To tylko jeden z licznych ciągów motywów w tekście. I znów: niektóre wątki ciekawie się ze sobą łączą i układają w spójną krytykę, ale grube szwy między kolejnymi kwestiami i strategia zadziwiania samym ich zestawieniem, bardziej irytuje niż interesuje, pozostaje czystym efekciarstwem. Kmiecik zdaje się omijać szerokim łukiem realną wagę i konsekwencje wydarzeń, koncentrując się na ich wymowie ideologicznej i oprawie medialnej. Co zdaje się efektowne, ale (może właśnie dlatego?) grzeszy przyczynkowością, a przez to słabo pracuje na rzecz debaty o moralności w poponowoczesnych czasach. Trudno stawiając się w pozie nonszalanckiego twórcy, który potrafi wszystko zjadliwie skrytykować, obnażyć całą niesprawiedliwość społeczną swoich czasów, środowiskową obłudę i hipokryzję, a do tego jeszcze wypowiadać się w uniwersalny sposób na temat etyki współczesnego człowieka - trudno w takiej pozie formułować rzeczywiście własne, wyraźne stanowisko. Może być ono, zgoda, wyraziste - ale to nie to samo.