Nie podpisałam

Po przedstawieniach Warszawskich Spotkań Teatralnych odczytywano oświadczenie w obronie teatru artystycznego przed niekompetentnymi urzędnikami, którzy obcinają dotacje na teatr. Wyraża ono rzekomo stanowisko środowiska teatralnego zjednoczonego jak w czasach stanu wojennego. Toż to czysta uzurpacja i demagogia grupy ludzi rozdających dziś karty w teatrze, a nie żadnego środowiska, które dawno nie istnieje, nie ma poważnej, liczącej się reprezentacji, jaką kiedyś był ZASP, czyli wpływu na decyzje określające siły i środki naszego teatru - pisze Elżbieta Baniewicz w Twórczości.

«Ministerstwo Kultury też w defensywie, gdyż przekazało niemal wszystkie decyzje dotyczące teatrów w kraju Instytutowi Teatralnemu. Władza, jaką ma szef Instytutu, Maciej Nowak, na pewno przekracza jego kompetencje, tak jak władza urzędników różnych szczebli, którzy decydują o finansach i nominacjach dyrektorów placówek, pozostaje odwrotnie proporcjonalna do ich przygotowania merytorycznego. Nie odróżnia się podstawowych pojęć w tej dziedzinie: teatr repertuarowy i offowy, zawodowy i amatorski, eksperyment i hucpa, zatem nie formułuje się zadań, jakim miałyby służyć dotowane sceny.

Wydawanie pieniędzy przez niekompetentnych samorządowców dzieje się poza kontrolą, powoływanie dyrektorów poza czytelnymi procedurami, choć przynosi to wymierne straty finansowe. Dowodem, choć tak jest w całym kraju, może być działalność Marka Kraszewskiego, którego autorzy przywołanego oświadczenia atakują ad personom. Jako szef Wydziału Kultury od siedmiu lat mianuje dyrektorów stołecznych scen. Rezultat? Większość nominacji chybiona, za to kosztowna; dotacja stołecznego teatru wynosi około siedmiu milionów złotych rocznie, pomnożona przez trzyletnie kontrakty dyrektorów kilku teatrów daje sumę kilkudziesięciu milionów zmarnowanych złotych. Czy ktokolwiek za to odpowie? Skądże, urzędnicy są przecież bezkarni, zwłaszcza ci mianowani przez swoich zwierzchników. Ich się nie wybiera, więc odwołać w głosowaniu też nie można. Siedzą i szkodzą w najlepsze.

Przed dwoma miesiącami Marek Kraszewski mianował na dyrektora Teatru Studio Agnieszkę Glińską. Świetnie, tylko ani trzy, ani sześć lat temu nie mieszkała na księżycu, w Warszawie realizowała kolejne przedstawienia, ale dyrektorami Studia zostali panowie, którzy w teatrze zawodowym i repertuarowym mieli dorobek zerowy. Bezkarność i dezynwol-tura, z jaką się podejmuje decyzje finansowe na wielkie kwoty, kwitną od lat, więc dziwi mnie protest krytyków i innych nieartystów dopiero teraz, gdy zagrożony jest Teatr Dramatyczny, określany jako artystyczny i eksperymentalny, czyli bliski tym, którzy sformułowali protest. Tu trzeba byłoby długiej dyskusji nad znaczeniem obu tych słów, a nie automatycznego podpisywania. W Dramatycznym pracują i Lupa, i Rychcik, a to zupełnie różne jakości artystyczne. Których więc bronić?

Ponieważ pisałam o tym wszystkim wielokrotnie, nie przyłączę się do protestu. Podejrzewam, że nie rzeczywista troska o finansowanie teatrów kieruje autorami protestu, ale chęć przekazania tej i innych scen wybrańcom hołubionym przez krytyków związanych z Instytutem Teatralnym i "Gazetą Wyborczą". Dobrze pamiętam, kto wycinał teatr Jerzego Grzegorzewskiego - artysty, jaki rodzi się raz na pokolenie - tak zajadle, aż zareagowała komisja etyki SDP, nie stanę z tymi ludźmi w jednym szeregu, by cokolwiek podpisać. Roman Pawłowski, wyznawca teatru ideologicznego, jego następczyni w "Gazecie" oraz akolici toczą bój o teatr zgodny z własną ideową wizją, inny zajadle tępią. Piszą o wielości estetyk polskiego teatru jako o wielkiej jego wartości. Słusznie, tylko nie ja stawiałam świeczki w akcji Transfuzja przed teatrami realizującymi inny model teatru niż ten bliski grupie Pawłowskiego, Nowaka, Derkaczew, Sztarbowskiego czy Drewniaka. To nie ja tępiłam wielość estetyk, tylko tak zwana spółdzielnia wzajemnej adoracji. Dlaczego nagłaśniano w "Gazecie" akcję obrażającą ludzi, którzy do tych teatrów chodzą i podoba się im teatr mieszczański, tradycyjny. A to zabronione? Jakim prawem ktoś ustala właściwy gust, estetykę na wzór tej socrealistycznej w skali jeden do jednego?

Dziś owi krytycy smażą oświadczenia w sprawie teatru artystycznego, eksperymentalnego, a naprawdę chodzi o teatr ideologiczny, publicystyczny, wojujący o "właściwe" zaangażowanie polityczne. Na to muszą się znaleźć pieniądze, bo na tym ma polegać rozwój kultury. Znamienne, że w owym oświadczeniu nie ma słowa o publiczności, o jej potrzebach, przygotowaniu do odbioru artystycznego teatru, który bywa czasem trudny, ani o tym, czy chce ona oglądać lansowany przez tę grupę krytyków rodzaj przedstawień. Otóż niekoniecznie chce. Zwłaszcza w mniejszych ośrodkach sale na lansowanych spektaklach świecą pustkami, choć grane są ledwie kilka razy na miesiąc. Nie można z oglądalności czynić bożka jak w telewizji i komercyjnych teatrach, ale chyba dotacje powinny się bilansować z odbiorem publiczności. Ktoś ten artystyczny teatr musi oglądać, i to nie tylko na czterech przedstawieniach po premierze.

Tu warto przywołać teatr Krystyny Jandy, który gra świątek i piątek, ma pełną widownię, lecz eksperymentów jak w Dramatycznym żadnych, bo aktorka dobrze zna potrzeby ludzi, którzy do niej chodzą. Gdyby wystawiała rzeczy zgodne z gustem i postulatami krytyków domagających się tak rozumianego artystycznego teatru, dawno zamknęłaby Polonię na kłódkę.

Publiczność teatralna to nie absolwenci kulturoznawstwa i studiów gender, którzy będą się zachwycać dyskursem o fallogocentryzmie, nowym paradygmacie tożsamości seksualnej, pici będącej konstruktem kulturowym, które w okresie liminalnym tracą poznawczy impet, nowy paradygmat poststrukturalizmu nie został bowiem jeszcze wyłoniony. A takim językiem formułowane są często interpretacyjne pomysły na wystawienie klasyki; wystarczy poczytać wywiady z młodymi twórcami i elaboraty krytyków. Widzowie oglądają często widowiska świadczące o przeroście intelektu (lub na użyciu znaków i muzyki popkultury), nad sensem możliwym do wykonania i przekazania przez aktorów. Nie wspomnę już o krawcach i butaforach, którzy wizje artystyczne, ściągnięte żywcem od Lacana, Barthes'a, Derridy lub Foucaulta, mają oblec w kształt materii. Obawiam się, że nie ma publiczności wykształconej i przygotowanej do odbioru teatru eksperymentalnego zarówno w jego wydaniu kulturoznawczym, jak i popkulturowym tak licznej, by zapewniła teatrowi przeżycie. Teatru nie da się stworzyć z ideologii, polityki, modnego dyskursu, skreczy mentalnych, samplowania tekstów jak utworów na dyskotece, tylko z uważnej i zdyscyplinowanej artystycznie obserwacji człowieka.

W Teatrze Studio na widowni bywa nierzadko mniej ludzi niż na scenie, w Dramatycznym też frekwencja nie powala na kolana, to samo można powiedzieć o wielu nagłaśnianych spektaklach w Wałbrzychu, Legnicy. Kielcach, wrocławskim i bydgoskim Teatrze Polskim. Mało tego, awangardowi reżyserzy rzadko przejmują się tym, kto i czy w ogóle ogląda płody ich talentu. Jeden z nich na międzynarodowym festiwalu - na spotkaniu z widzami zachowywał się jak naćpany - powiedział, że ma "głęboko w dupie", czy jego spektakl się podobał, czy nie (sic!). Eksperymentów nikomu nie można zabronić, tylko w teatrze mają sens, gdy ktoś je ogląda, jeśli nie - zostaje lustro w domu wariatów.

Dyrektorzy modnych scen, gdy lokalna publiczność nie dopisuje, zawsze mogą wysłać swe eksperymentalne produkcje na festiwal. Nie jeden, w kraju mamy ich ponad sto siedemdziesiąt, co drugi dzień zaczyna się kilkudniowa teatralna impreza, więc ciężarówki od morza do Tatr wożą dekoracje do kilkunastu spektakli wybranych przez krytyków, którzy owymi festiwalami zarządzają. Niektórzy "obskakują" kilkanaście rocznie. Ponieważ średniej wielkości festiwal kosztuje około miliona złotych, łatwo policzyć, że chodzi o pieniądze pokrywające blisko połowę budżetu wszystkich polskich scen. Władze kolejnych miast czy samorządów wolą dać na festiwal niż na działalność "własnej" sceny, liczą bowiem na promocję miasta. Przeważnie złudną, bo wyróżnienie przez zaproszenie dawno się zdewaluowalo. Coraz mniej krytyków i publiczności ogląda festiwale, zwłaszcza że pokazuje się tam spektakle zrealizowane na małych scenach (standardowe miejsce eksperymentów artystycznych) liczących sześćdziesiąt, osiemdziesiąt osób na widowni. Żaden periodyk, nawet teatralny, nie jest w stanie zamieścić sprawozdań z wszystkich imprez krajowych, a przecież jeszcze są zagraniczne odwiedzane przez krytyków, którzy spostrzeżenia z wojaży też chcieliby zamieścić. Nikt też nie pyta, ile omówień festiwalowych czytelnik jest w stanie strawić.

Dla dyrekcji teatrów uczestnictwo w kolejnym przeglądzie czy spotkaniach staje się argumentem na własną obronę: lokalni widzowie naszych dziel nie doceniają, ale na festiwalu X, Y, X zostaliśmy "obsypani nagrodami", jesteśmy świetni. Trofea festiwalowe to wciąż ważny argument w targach o dotacje czy własną posadę. Żaden włodarz nie może tych "sukcesów" lekceważyć, a jeśli poparte są takim apelem, jak ten odczytywany na Spotkaniach, to niechby się ośmielił. Samorządow-cy z Dolnego Śląska już się wycofali z pomysłu racjonalizacji wydatków.

Czy ktoś nad tym wszystkim panuje? Skądże! A są to niemałe pieniądze i jeszcze większe szkody, ponieważ wyjazdy na przeróżne festiwale demolują pracę teatrów. Jest tajemnicą poliszynela, że repertuar ustawia się pod konkretne festiwale i gusta konkretnych krytyków. Znam teatr, gdzie zatrudniono człowieka do obsługi festiwali, choć żadna z produkcji tego teatru nie nadawała się do pokazania ani w siedzibie, ani poza nią. Odbywa się więc czyste szaleństwo i marnotrawstwo publicznego grosza na wielką skalę, ale o tym sza. Się nie mówi. Zapytać, czy nie wystarczyłoby tych festiwali osiemdziesiąt, a nawet czterdzieści, to znaczy być zakałą środowiska, które walczy o wspaniały artystyczny teatr w Polsce. Na festiwalach ustala się trendy, modne zjawiska, top listy; nic dziwnego, że dyrektor, który nie zna odpowiednich krytyków, nie bierze udziału w ważnych imprezach, ergo nie robi teatru artystycznego, nie ma poważania u "swoich" samorządowców, którzy czytają "Gazetę"- wyrocznię. Mechanizm błędnego koła znany jest wszystkim, bieda w tym, że nie ma na ten temat żadnej rozmowy.

Nie bronię urzędników, bywają przeważnie niekompetentni, ale taką chcieliśmy mieć demokrację: wszystko ma być na szczeblu lokalnym, bo centralny to cenzura i ręczne sterowanie kulturą. Gdyby to było możliwe, najchętniej pewnie sprywatyzowaliby wszystkie jej instytucje, ponieważ nie przynoszą dochodu. Przecież lepiej byłoby pieniądze wykorzystać na inne zbożne cele, a rzecz tak mało wymierną i przydatną zostawić samą sobie, może znajdą się prywatni sponsorzy. Skoro telewizja może uchylić się od pełnienia misji, to czemu mają ją pełnić samorządy, gdy brak pieniędzy na szkoły, szpitale, drogi itd.

Z drugiej strony nie może być tak, że artyści żądają pieniędzy na kulturę niekomercyjną (słusznie, podkreślam słusznie), ale każda dyskusja o efektywności ich wydawania kończy się wrzaskiem o zamachu na świętą wolność artystyczną. Publiczne pieniądze nie są worem bez dna, który wyżywi wszystkich uważających się za artystów. Nie wystarczy zdobyć dyplom uczelni teatralnej, by być artystą dozgonnie. Nawet największym zdarzają się i arcydzieła, i rzeczy gorsze, ale w atmosferze szantażu moralnego, jaki został wpisany w owo oświadczenie, żadna dyskusja nie jest możliwa. Kto nie z nami, ten przeciw nam. Z pokazanych na Warszawskich Spotkaniach Teatralnych spektakli nurtu dramatycznego żaden nie okazał się arcydziełem, kilka było czystą amatorszczyzną, pretensjonalną ideologiczną hucpą, a ledwie dwa prezentowały przyzwoity poziom. Wolałabym więc rozmawiać nie o artystycznych eksperymentach, ale o przedstawieniach repertuarowego, zawodowego teatru, w sensie umiejętności warsztatowych, który wobec własnej publiczności pełni funkcje od edukacyjnych przez artystyczne po rozrywkowe. Teatr jest przede wszystkim inteligentną rozrywką, a nie medium zbawiania świata przez polityk ierstwo, które dziś nic nie kosztuje i do niczego nie zobowiązuje. Boję się obrońców jedynej prawdy, szybko bowiem przeradzają się w moratizatorów, ci zaś potrafią zatruć słuszną wizją każdy przejaw życia.

W czasie Spotkań teatry były obstawione plakatami z napisem: "Teatr nie produkt, widz nie klient". Nieprawda. Widz, kupując bilet, zawiera umowę cywilnoprawną z teatrem - jest więc klientem. Bezbronnym, bo jeśli czuje się oszukany, może co prawda opuścić widownię, lecz nikt nie przyjmie reklamacji. Ale drugi raz nie przyjdzie i jeszcze powie znajomym, że na chałę wydawać pieniędzy nie warto. Działalność spółdzielni adorującej teatr publicystyczno-ideologiczny demoluje teatry, za chwilę zdemoluje publiczność, bo widzowie nie są durniami i długo nie da się im wmawiać, że amatorszczyzna i hucpa są artystycznym eksperymentem.

O przyszłości teatru, który się zmienia jak otaczająca nas rzeczywistość, rozmawiać trzeba, dobrze byłoby, gdyby głos zabrali artyści, bo na razie najgłośniej krzyczą ci, którzy artystami nie są.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego