powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Co z tym Śląskiem?

"Miłość w Königshütte" Ingmara Villqista w reż. autora w Teatrze Polskim w Bielsku-Białej. Pisze Kalina Zalewska, członek Komisji Artystycznej XVIII Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

"Miłość w Königshutte" już podczas premiery wywołała kontrowersje. Opaski w śląskich barwach założone przez niektórych aktorów podczas ostatniej sceny spektaklu (to stały element inscenizacji), nie zdejmowane podczas ukłonów, kiedy włożyli je także autor i reżyser zarazem, wywołały stojącą owację na widowni. Stworzyło to wrażenie demonstracji, inspirowanej przez Ruch Autonomii Śląska, jako, że takie opaski noszą sympatycy ruchu podczas organizowanych marszy, choć było może jedynie gestem solidarności ze Ślązakami, którą próbowano jakoś wyrazić. Zarówno bowiem Ingmar Villqist, jak Robert Talarczyk, i kilku aktorów Teatru Polskiego w Bielsku-Białej, pochodzą ze Śląska, a przedstawienie dotyczy skomplikowanej, powojennej historii regionu. Spektakl spowodował ostre, lokalne i ogólnopolskie polemiki prasowe, wystąpienia miejscowych posłów, wzywające do dymisji dyrektora, wiece pod budynkiem teatru, organizowane w duchu jedności Podbeskidzia, którego stolicą jest Bielsko-Biała - ale i zainteresowanie widzów, a także co najmniej kilka dyskusji w samym teatrze (co jest dobrym zwyczajem tego miejsca) i w publicznych mediach. Jednym z efektów ma być też gościnny występ w Chorzowie, czyli Królewskiej Hucie, gdzie toczy się akcja spektaklu.

"Miłość w Königshutte" porusza kilka tematów z powojennej, śląskiej historii stanowiących dotąd tabu. Owszem, pokazywano już skomplikowane problemy Ślązaków, choćby kwestię przymusowych wcieleń do Wehrmachtu, pierwszy raz jednak teatr opowiada o czasach bezpośrednio powojennych. Bohater, lekarz, po przejściu frontu, walczy po stronie antyhitlerowskiej, gdy jednak wraca do siebie, pozostaje naznaczony rodzajem stygmatu: ciemnej przeszłości, z której nieustannie musi się tłumaczyć zarówno miejscowej bezpiece, jak i rosyjskiemu majorowi stacjonującemu w Chorzowie. Z drugiej strony bywa przymuszany do współpracy przez bojowców Wehrwolfu, proniemieckiej partyzantki broniącej autonomii Śląska, walczącej w równej mierze z komunistyczną władzą, co z Polakami w ogóle. Mówiąc nawiasem rolę tej formacji autor, jak się wydaje, przecenił i zmitologizował, co posłużyło mu do podkreślenia idei ważnej w dyskusji o śląskiej tożsamości, że byli i są Ślązacy tęskniący bardziej za niemieckimi niż polskimi wpływami. Tematem nigdy dotąd nie poruszanym w dziełach sztuki (choć opisywanym w pracach historyków), jest też kwestia powojennych obozów dla Niemców i niektórych Ślązaków, organizowanych przez nową władzę, czyli Urząd Bezpieczeństwa w kościuszkowskich mundurach. Przez władzę, łatwo utożsamianą z nielubianymi Polakami, choć dla Polaków była ona tak samo obca.

Doktor Schneider stara się robić swoje, nie angażując się w politykę. Jednak na polecenie Wehrwolfu wykrada lekarstwa i środki opatrunkowe z chorzowskiego szpitala, a potem, korzystając z protekcji rosyjskiego majora, który najwyraźniej ma większe wpływy niż rodzima bezpieka, dostaje się do obozu w Świętochłowicach i próbuje ratować prześladowanych. Poznaje nauczycielkę z Małopolski, która dostała nakaz pracy na Śląsku, wiąże się z nią i zakłada rodzinę, ale kobieta wyraźnie nie chce się asymilować ze Ślązakami, z uporem i fascynacją wraca do swojej kultury, aż w końcu doprowadza do unicestwienia małżeństwa. Na drodze do szczęścia bohaterów stają więc różnice wynikające z wychowania w innych regionach kraju, choć i niezgodność charakterów.

Bogaty materiał faktograficzny powoduje, że pierwsza część spektaklu złożona jest z krótkich, szybko następujących po sobie scen, mających zarysować sytuację historyczną i przedstawić postaci. Początek, grany na silnych emocjach, spoczywa na barkach Tomasza Lorka, od pierwszego wejścia budującego wyrazistą, dominującą postać majora. Rosjanin śpiewający pełnym głosem operowe arie, namawiający bohatera do przyjaźni, a jednocześnie sprawujący kontrolę nad nim i okolicą, jest, ze swoimi dobrymi, nawet jeśli jedynie deklarowanymi chęciami, postacią w powojennym porządku cokolwiek egzotyczną, a jednocześnie ocierającą się o stereotyp Rosjanina o "słowiańskiej duszy". Lorek walczy, by w stereotyp nie popaść i w rezultacie wygrywa, choć początek jest trudny. Postacią mocno z nim skontrastowaną jest "bierny" doktor Schneider. Artur Święs (gościnna rola aktora Teatru Śląskiego z Katowic) gra powściągliwego, dobrze wykształconego lekarza, walecznego oficera, który robi wrażenie na Rosjaninie. Zachowuje się nienagannie, jest przewidujący, więc trzyma dystans wobec majora, i w ogóle wydaje się postacią pozbawioną wad. Postać doktora Schneidera też ociera się o stereotyp, tym razem bohatera pozytywnego, "śląskiego świętego", ale brak naiwności i inteligencki rys postaci, powściągliwość środków aktorskich i zadanie przewodnika po scenicznej rzeczywistości - w wielu scenach jedynie wymownie milczącego - równoważą sytuację.

Anna Guzik grająca nauczycielkę ma tu scenę niezwykle trudną, kiedy każe małym Ślązakom recytować czystą polszczyzną inwokację Pana Tadeusza, a nie mogąc osiągnąć rezultatu zaczyna okładać przepytywanego. Deklaratywność tej sceny została złamana ciętym dialogiem, który wybucha wokół pytania kim są w 1945 roku śląskie dzieci - Ślązakami, Polakami, Litwinami, skoro tak się zaczyna inwokacja, czy może Rosjanami, skoro Litwa leży w Związku Radzieckim. Postać żony doktora Schneidera rozwija się od ideału do jego zaprzeczenia. Młoda, otwarta kobieta, łatwo zjednująca otoczenie, stopniowo odsłania trudny charakter i mieszczańskie upodobania, egoizm i brak wrażliwości, zwłaszcza wobec poczciwych, śląskich sąsiadów (Grażyna Bułka, Kazimierz Czapla). Upór w przeprowadzaniu swego za wszelką cenę eksploduje w szkolnej scenie, a potem reżyser pokazuje nam historię nieudanego romansu bohaterki, która pragnąc odzyskać męża, donosi na swoją rywalkę.

O specyfice spektaklu Villqista decyduje fakt, że jego podstawą jest scenariusz filmowy, przerobiony na teatralny. Historyczny film akcji, jaki napisał autor, z wieloma scenami granymi w otwartej przestrzeni i realiach powojennego Chorzowa, eksponuje mroczny klimat powojennego Śląska, pokazuje huty i kopalnie, familoki i zabytkowe kamienice, a także obóz pracy, który autor nazywa obozem koncentracyjnym, by podkreślić kontynuację metod stosowanych podczas wojny. Wszystko to musiało zmieścić się na teatralnej scenie, gdzie czasami akcja toczy się na trzech planach jednocześnie, z konieczności zarysowywanych jedynie szkicowo. Poruszenie tematów tabu wywołało gorącą reakcję widzów, a nawet tych, którzy nie widzieli spektaklu. Najbardziej dyskusyjne wydaje się mitologizowanie działań Wehrwolfu, podkreślające niemieckie korzenie Ślązaków oraz przekonanie o niemożności porozumienia między Polakami ze Śląska i innych części kraju, w scenariuszu filmowym znacznie silniejsze niż na scenie.