powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Podsumowanie sezonu Szekspirowskiego 2011/2012

Obecny sezon teatralny był niezwykle łaskawy dla spektakli Szekspirowskich. Do konkursu o najlepszą inscenizację zgłoszono czternaście przedstawień, z których co najmniej połowę stanowiły ważne propozycje artystyczne, oryginalne i warte szerszej uwagi - pisze Monika Żółkoś, jurorka-selekcjonerka Konkursu na Najlepszą Inscenizację Dzieł Dramatycznych Williama Szekspira.

W pejzażu tegorocznego konkursu na pierwszy plan wybija się różnorodność. Są tu przedstawienia spektakularne ("Makbet" w reżyserii Marcina Libera z Teatru Współczesnego ze Szczecina), jak również kameralne i niezwykle oszczędne w środkach (obdarzona młodzieńczą energią "Burza" w reżyserii Piotra Jędrzejasa z Teatru im. Stefana Jaracza w Olsztynie); mocno uwspółcześniające dramat ("Koriolan" w reżyserii Gabriela Gietzky'ego z Teatru Powszechnego w Warszawie) i zanurzające go w baśniowej aurze ("Sen nocy letniej" w reżyserii Bożeny Suchockiej z Teatru Ateneum w Warszawie). Są inscenizacje poszukujące i radykalne ("Burza" w reżyserii Mai Kleczewskiej z Teatru Polskiego w Bydgoszczy), ale też naiwne i anachroniczne ("Makbet" w reżyserii Zbigniewa Lisowskiego z Teatru Baj Pomorski w Toruniu). I wreszcie - przedstawienia świetnie zgrane zespołowo ("Ryszard III" w reżyserii Grzegorza Wiśniewskiego z Teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi), jak i z wybitną, magnetyzującą rolą ("Hamlet" w reżyserii Pawła Szkotaka z Teatru Polskiego w Poznaniu, spektakl, w którym Michał Kaleta stworzył świetną kreację tytułową).

Z tego bogatego zestawienia nie wyłania się jeden wyrazisty nurt inscenizacyjny ani wspólny powód, dla którego teatr w minionym sezonie tak często - i z tak świetnym kilkakrotnie skutkiem - sięgał po utwory Szekspira. Wręcz przeciwnie, rzuca się w oczy indywidualność i nieporównywalność stylistyk i poszukiwań. Każdy z tych twórców ma swoją sprawę z Szekspirem. Ich spektakle, zestawione razem w konkursowej optyce, pokazują jedno: niepodważalną aktualność dramatów Stratfordczyka, które wciąż są dla teatru artystycznym wyzwaniem.

Na tegoroczny Festiwal Szekspirowski, gdzie rozstrzygnięty zostanie Konkurs o Złotego Yoricka, zaproszone zostaną trzy przedstawienia. "Makbet" w reżyserii Marcina Libera z Teatru Współczesnego w Szczecinie to przedstawienie, które trzeba docenić za rozmach inscenizacyjny i drapieżną wykładnię Szekspirowskiego dramatu. Jego mocną stroną jest zarówno błyskotliwa gra obrazami kultury masowej, jak i nowatorska koncepcja postaci - rozpisanego na dwie osoby Makbeta oraz trzech wiedźm, nieludzkich istot, które obdarzone zostały zwierzęcą ekspresją.

Następnym przedstawieniem zaproszonym na festiwal jest "Burza" w reżyserii Mai Kleczewskiej z Teatru Polskiego w Bydgoszczy. Należy podkreślić odwagę inscenizacyjną twórców tego spektaklu, którzy proponują widzowi radykalny eksperyment artystyczny w centrum którego znajduje się rodzinna trauma. Nie jest to inscenizacja dramatu, lecz próba takiego użycia tekstu Szekspira, by - wychodząc od niego - uobecnić na scenie wyparte, obecne w nieświadomości treści.

"Ryszard III" w reżyserii Grzegorza Wiśniewskiego z Teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi jest przedstawieniem niezwykle czystym, oszczędnym inscenizacyjnie, a jednocześnie gęstym od znaczeń. Jego niekwestionowanym walorem jest psychologiczna głębia i wiarygodność postaci, w które widz wierzy od pierwszej kwestii. Wiśniewski rezygnuje z teatralnych efektów, bo wie i potrafi przekonująco pokazać, że prawdziwa groza Szekspirowskiej historii objawia się pomiędzy ludźmi, w pojedynczych słowach i pozornie nieznaczących gestach.

Marcin Liber osadził akcję "Makbeta" w świecie dotkniętym destrukcją. W jego inscenizacji wojna to naturalne środowisko szekspirowskich bohaterów. Liber nadał jej współczesny, technologiczny wymiar, wydobył drapieżność militarnych sytuacji, a przede wszystkim zapytał o to, co dzieje się pod jej wpływem z człowiekiem. I jak przez sito przepuścił przez wojnę międzyludzkie relacje, podporządkował jej wszystkie dążenia postaci, umocował w niej ich emocje, według militarnego klucza rozdał role płciowe. W szczecińskim spektaklu toczy się ciągła walka o władzę: dowódców nad żołnierzami, mężczyzn nad kobietami, żywych nad martwymi. Ubrani w wojskowe mundury szekspirowscy bohaterowie są trudni do odróżnienia, zdeindywidualizowani. Można w tym widzieć współczesną wykładnię dla opisanego przez Jana Kotta wielkiego mechanizmu dziejów, w którym giną kolejni władcy, fatalistycznie powtarzający wciąż ten sam scenariusz zdobycia władzy i jej utraty. Liber buduje teatralny obraz tożsamości zmilitaryzowanej, klasycznej "homospołeczności" - męskiej gromady pozbawionej indywidualnych rysów, podporządkowanej kultowi siły, oczyszczonej ze słabości, emocji i prywatności. Mocną stroną spektaklu jest koncepcja trzech wiedźm (Maria Dąbrowska, Małgorzata Klara, Iwona Kowalska). Zamknięte w szklanej rzeźni, pozostają skrajnie obce wobec świata Makbeta, co podkreślone zostaje poprzez szczególną ekspresję aktorską: ruch oparty na spazmatycznych, pełnych bólu spięciach ciała i przechodzącą w skowyt melorecytację. "Makbet" Marcina Libera poklejony jest z popkulturowych obrazów, które odsyłają do różnych poziomów kultury masowej, a jednocześnie budują rozmach spektaklu, wpływają na emocje widza. Sięgając po obrazy-klisze Marcin Liber wciąga widza do środka spektaklu. Puszcza do niego oko, by za chwilę epatować scenami przemocy. Ta nieoczywistość działań prowokuje widza do postawienia pytań o siebie wobec świata, który jest obcy i niepokojąco znajomy zarazem.

"Burza" Mai Kleczewskiej to nie jest spektakl, który ogląda się z przyjemnością. Ta inscenizacja jest jak wymiot. Odpychająca i agresywna. Kleczewska odbiera widzowi dobre samopoczucie, zmusza go do skonfrontowania się z obrazami zepchniętymi w nieświadomość, w milczenie, w niepamięć. W centrum swojej "Burzy" stawia rodzinne relacje, niezwykle intensywne, oparte na silnych emocjach i trwale wiążące postaci. Czasami są to sceny eksplodujące agresją, jak wówczas, gdy Miranda (Marta Nieradkiewicz) rzuca się na Prospera (Michał Jarmicki) uderzając w niego słowami tak nienawistnymi, że zdają się sprawiać wręcz fizyczny ból. Czasami są to zwykłe, pozornie nieistotne gesty, pod którymi pulsuje coś niepokojącego - nieprzepracowane, traumatyczne zdarzenia z przeszłości. "Burza" Mai Kleczewskiej oparta jest na splocie rodziny, seksualności i przemocy. Błędem byłoby jednak sądzić, że reżyserka pokazuje w swojej inscenizacji patologię społeczną. Raczej zagląda pod poszewkę idyllicznych obrazów rodzinnych i wywraca je na drugą stronę. Tak jak dom dzieciństwa Mirandy, stworzony przez scenografkę, Katarzynę Borkowską - odrapany i menelski, z rozbebeszonym łóżkiem i stosem lalek poukładanych w kopulacyjne pozy. Maja Kleczewska i dramaturg Łukasz Chotkowski nie wykorzystali dużo Szekspirowskiego tekstu, jednak cały spektakl wydaje się podszyty tym, co w fabule niewypowiedziane, a przecież jakoś między postaciami obecne i zatruwające fałszywą idyllę wyspy Prospera. Ten spektakl ma charakterystyczny rytm. Wszystko tonie w obezwładniającej niemocy i przygnębieniu, postaci snują się bez celu, wykonując banalne czynności, jednak raz na jakiś czas ów bezwład zostaje przerwany przez gwałtowną erupcję negatywnej energii. Tak działa w przedstawieniu Kleczewskiej burza. Jest olśniewająca, dramatyczna, niszczycielska. Szekspirowskie postaci walczą z wiatrem i piaskiem, resztką sił trzymają się framug i sprzętów, kulą na podłodze. Rytm spektaklu oddaje mechanizm życia z traumą, nieoczekiwane wdarcie się przeszłości, która gwałtownie rozrywa codzienność. Taki obraz bycia w rodzinie nie niesie ze sobą happy endu.

W zakończeniu spektaklu aktorzy zupełnie prywatnie żegnają się ze swoimi bolączkami, kompleksami, traumami. Jak po udanej terapii. Ale w tym finale jest coś skłamanego. Pocieszenie, jakie ze sobą niesie, jest zbyt łatwe, zbyt szybkie, by weń uwierzyć. To raczej ironiczna koda niż przekonanie, że wszystko będzie dobrze.

Inscenizacja "Ryszarda III" pokazuje, jak wyrazisty i rozpoznawalny stał się teatralny styl Grzegorza Wiśniewskiego. Jego spektakl jest minimalistyczny, daleki od spektakularności, oczyszczony ze wszystkiego, co zbędne. Reżyser buduje zwartą opowieść, jednak nie tyle skraca dramat Szekspira, co raczej zagęszcza sytuacje, tworzy esencję postaw kumulując kilka postaci w jednej. W łódzkim spektaklu drapieżność tekstu pokazana została poprzez aktorów, to w ich kreacjach odbija się porażająca aktualność opisanych w dramacie Szekspira mechanizmów władzy. Siłą napędową przedstawienia są splątane relacje postaci oraz ich dążenia i intensywne emocje: rozpacz, pożądanie władzy, bezwzględność czy zwierzęcy strach. Interakcje aktorskie są tu gęste, a jednocześnie oszczędne. Żaden gest ani wypowiedź postaci nie jest przypadkowa, za każdym niemal słowem kryje się złowrogi sens. Łódzcy aktorzy znakomicie operują podskórnym znaczeniem, na którym zbudowany jest spektakl. Tworzą teatralny obraz tak ohydnej gry o władzy, że wszelkie ludzkie odruchy okazują się w niej słabością, a zwyciężyć może tylko absolutny cynik. W tej grze Ryszard III Marka Kałużyńskiego na pierwszy rzut oka nie różni się od pozostałych. Bezwzględność, egoizm, okrucieństwo są podstawową wykładnią każdej niemal relacji. Jednak niepozorność Ryszarda to tylko broń w walce z innymi. Stopniowo ujawnia niepohamowaną ambicję. By potwierdzić swoje prawo do korony, inicjuje pełne hipokryzji widowisko, w które wciągnięta zostaje cała widownia. Twórcy łódzkiego przedstawienia zrezygnowali z końcowych fragmentów dramatu, przynoszących upadek Ryszarda. Władca zamordował już wszystkich, teraz histerycznie krzycząc napawa się własną potęgą. Morderca i cynik tryumfuje.

Na zdjęciu: "Ryszard III", Teatr im. Jaracza w Łodzi