powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Dwa miliony za frajdę

- Marzy mi się wystawienie "Uczty" Platona. Uważam, że w teatrze trzeba rozmawiać o miłości - mówi TOMASZ KAROLAK, dyrektor Teatru Imka w Warszawie.

Tomasz Karolak. Wszyscy go znamy z filmu i telewizji. Popularny aktor zainwestował gotówkę we własny teatr. Dokładnie dwa miliony złotych. Bagatela! Ale jego Teatr Imka zaczyna przynosić zyski. Mało tego. Zbiera nagrody i uznanie krytyki. Niektórzy są w czepku urodzeni.

Powód był prosty - tęsknota za teatrem. Ale za kaprysy trzeba płacić: pieniędzmi, czasem, potem i zszarganymi nerwami.

- Początki nie były łatwe. Cała ta biurokracja, księgowość, zusy - to jakiś koszmar! Dla urzędników teatr artystyczny to taki sam podmiot jak sklep z batonikami. Nikt nie brał pod uwagę, że działamy często pro publico bono i nasze projekty są niekomercyjne. Ale nie mogłem uzyskać nawet odroczenia płatności - sroży się na samo wspomnienie aktor.

Mozolną pracą i wyrzeczeniami wiele udało się zrobić. Aktorzy zgadzali się czekać na honoraria.

- Rzeczywiście, początki były trudne, graliśmy na kredyt, żeby wesprzeć Tomka. Warto było - dodaje Piotr Adamczyk, który w Imce gra w "Dziennikach" Gombrowicza.

Ale nie wszyscy byli tak życzliwi.

- Daliśmy się wykorzystać. Zarzucano nas "promocyjnymi" ofertami współpracy, korzystając z tego, że byliśmy nowi na rynku. Agencje reklamowe proponowały nam stawki o 40 proc. wyższe niż rynkowe. Straciliśmy duże pieniądze - rzuca z goryczą dyrektor Karolak.

- Udało się tylko dzięki zapałowi ludzi, którzy widzieli mój entuzjazm, także dzięki pomocy sponsorów, no i dlatego, że zdobyliśmy własną publiczność - dodaje.

Bilety wyprzedane

Większość spektakli spotkała się z uznaniem krytyki i widzów. Nagrody na festiwalach, zaproszenia na występy gościnne, nagroda Wdechy 2011 "Gazety Wyborczej" za warszawskie "Miejsce roku".

- Dziś trudno o bilety na "Opis obyczajów" czy spektakl "Henryk Sienkiewicz. Greatest Hits", a "Dzienniki" stały się sukcesem, także komercyjnym. Wyobraża pan sobie? Gombrowicz! - chwali się założyciel Imki.

I słusznie, bo ma czym. Kolejne tytuły, takie jak "Generał" o Wojciechu Jaruzelskim z kreacją Marka Kality czy "Wodzirej" (adaptacja według filmu Feliksa Falka) z rolą Wojciecha Blacha, układają się w czytelny cykl "peerelowski". Niemal rachunek sumienia pokolenia czterdziestolatków.

- Nasz teatr przypomina trochę stare zespoły filmowe, gdzie wszyscy oglądali każdy film, dyskutowali o nim, doradzali, wspólnie decydowali o kolejnych produkcjach. Na pewno Mikołaj Grabowski należy do najważniejszych głosów na tej scenie, ale i Krzysztof Materna, Remigiusz Brzyk, Łukasz Kos, koleżanki i koledzy aktorzy... - zdradza właściciel jednym tchem swój przepis na sukces.

Rozmowy o sztuce to świetna sprawa. Ale prowadzenie teatru to droga przez mękę. Karolak programowo zrezygnował ze starań o państwowe dotacje, po tym jak ministerialna komisja słabo wyceniła projekt, który potem zebrał deszcz nagród.

- Biznes teatralny należy do najtrudniejszych. Gramy ambitny repertuar i nie narzekamy na frekwencję. Teatr zaczął zarabiać. Mówiłem o błędach, ale nie jestem naiwny. Do pracy przystępowałem z dobrym bizne-splanem - ujawnia z szelmowskim uśmiechem Karolak.

Ale zaraz dodaje ze śmiertelną powagą:

- Czysto biznesowe szablony tu nie pasują, nie da się kupić intymności prób, nie da się zapłacić za atmosferę miejsca...

Bogate plany

Ważnym elementem finansowania teatru są więc sponsorzy. 0 dziwo, sami przychodzą.

- Najbardziej niesamowita historia spotkała mnie ze strony Michała Bowszy, ówczesnego dyrektora marketingowego Audi, który zadeklarował pomoc jako pierwszy sponsor strategiczny. I to w momencie, kiedy tu była jeszcze zupełna rudera. "Panie Tomaszu, chcemy być z wami", powiedział - wspomina Karolak.

Dziś mecenasem strategicznym teatru jest PKN Orlen. Sam Lejb Fogelman jest producentem spektaklu "Kopenhaga" w reżyserii Waldemara Krzystka z Aleksandrą Popławską, Adamem Woronowiczem i Janem Fryczem.

- No i nie zapominajmy o głównym sponsorze teatru, czyli Tomku Karolaku, który zainwestował tu dwa miliony złotych! - z rozbrajającym uśmiechem dodaje aktor.

I od razu przechodzi do prezentowania najbliższych pomysłów. A to adaptacja kultowej powieści "Bocian i Lola" Mirosława Nahacza, a to "Król dramatu" z Małgorzatą Kożuchowską, Marianem Kociniakiem, Kazimierzem Kaczorem i Gołdą Tencer, legendarna harcerska powieść "Czarne stopy" (w końcu salę wynajmuje od ZHP). Pierwsze koprodukcje, między innymi z warszawskim Nowym Teatrem Krzysztofa Warlikowskiego... Rozmach robi wrażenie!

- Zamówiłem też u Jarosława Jakubowskiego, autora granego u nas "Generała", tekst o rzezi wołyńskiej 1943 roku i z napięciem czekam na pierwszą lekturę - zdradza Karolak.

Plany bogate. Właśnie powstaje Imka Films, która będzie się zajmowała produkcją filmową.

- Pierwszym filmem będzie dokument na podstawie pamiętnika z czasów okupacji, napisanego przez Polkę, która się zgermanizowała, a po Powstaniu Warszawskim wyjechała do Niemiec. Jej dzieci jednak, tam urodzone, wróciły potem do Polski i czują się Polakami. Wstrząsająca sprawa. Myślimy też o pierwszej fabule - zdradza Tomasz Karolak.

Ale to nie wszystko. Z Teatrem Studio Buffo i Centralnym Basenem Artystycznym rozmawia o stworzeniu czegoś na kształt holdingu teatralnego.

Zapytany o prawdziwe marzenie, dyrektor Karolak po chwili wahania wymienia jedno.

- Marzy mi się wystawienie "Uczty" Platona. Uważam, że w teatrze trzeba rozmawiać o miłości.

Siedmiu coraz bardziej pijanych facetów filozofuje o Erosie... No, ja to bym chciał zobaczyć w teatrze Karolaka!