powiększwersja do drukupoleć znajomemu

W krainie trolli straszą Krajem Rad

Wspomnienie dnia wczorajszego. W redakcji "Gazety Wyborczej" Roman Pawłowski prowadzi debatę o teatrze i polityce kulturalnej; może trochę za dużo tematów, może trudno przez to od razu dojść do jakiejś konkluzji- ale coś się dzieje - pisze Witold Mrozek w felietonie dla e-teatru.

Dziś będzie wspomnienie o Marku Kraszewskim. Wiem, że to trochę warszawocentryczne, a sam warszawocentryzmu nie lubię. Stąd spieszę z wyjaśnieniem, kto zacz - Marek Kraszewski to urzędnik, który stoi na czele Biura Kultury m. st. Warszawy, a właściwie człowiek pełniący obowiązki takiego urzędnika. Czemu z woli PO od lat pan Kraszewski pozostaje p.o.? To nawet w PO chyba mało kto wie.

Dlaczego wspomnienie? Przecież Marek Kraszewski żyje, ma się dobrze - wczoraj go widziałem. Ciągle zarządza teatrami w m. st. Warszawie i nieraz pewnie jeszcze powie, że niełatwy to kawałek chleba - bo teatrów miejskich w m. st. Warszawie jest najwięcej w Europie, a kto wie - pewnie i na planecie, w galaktyce nawet. Jeszcze niejeden zespół teatralny w przeddzień nowego sezonu nie będzie wiedział, kto nim za chwilę pokieruje - i jeszcze niejednym zespołem pokieruje, już gdzie indziej urzędujący, zasłużony dyrektor z sąsiedniej dzielnicy.

Wspomnienie dnia wczorajszego. W redakcji "Gazety Wyborczej" Roman Pawłowski prowadzi debatę o teatrze i polityce kulturalnej; może trochę za dużo tematów, może trudno przez to od razu dojść do jakiejś konkluzji- ale coś się dzieje. Na sali minister kultury, prezes ZASP, twórcy z różnych miast i generacji. Ludzie opowiadają o swoich doświadczeniach - samorządowcy, artyści, dyrektorzy. Są różnice zdań, co ciekawe - nieraz w poprzek podziałów pokoleniowych. Padają konkretne przykłady złych praktyk, w tym - tych w Warszawie. Powraca wątek społecznej partycypacji w urzędniczych decyzjach. Kilka osób, w tym reżyser Bartek Frąckowiak, mówi o społecznych radach kultury, które zaczynają działać w kolejnych miastach. Na koniec głos zabiera z sali dyrektor Kraszewski. I pierwsze, co mówi, że takie działanie to my już przerabialiśmy - że był już "Kraj Rad". I że on, Kraszewski, to pamięta - i to na szczęście nie wróci.

Poziom dyskusji z Mokotowa spadł na Żuławy Wiślane. Zabawne - pomyślałem - że "Krajem Rad" straszy u nas urzędnik, którego standardy działania i styl komunikowania się ze światem czynią jakąś karykaturą gierkowskiego biurokraty, zstępny ministra Zawodnego z "Czterdziestolatka".

I - naprawdę - chciałem tę zgryźliwą myśl zachować dla siebie. Przecież wiem, że ogólnie pojęta internetowa etykieta mówi, by nie karmić trolla - nie reagować, gdy ktoś zaniża poziom dyskusji, obraża innych dyskutantów, kieruje przebieg debaty w rejony absurdu. I - naprawdę - nie lubię karmić trolli. Czasem jednak coś się przeleje. Czasem wiceprezydent stołecznego i królewskiego miasta Krakowa, odpowiedzialna m.in. za sprawy społeczne, mówi że chce być jak Margaret Thatcher - autorka bon motu "There is no such thing like society". Innym razem, kierownik publicznego Biura Kultury miasta stołecznego Warszawy mówi, że publiczna kultura nie jest obowiązkowa. Słowem - czasem troll jest tak duży, tak zielony i pachnie w taki sposób, że nie da się udawać, że go nie ma.

Przypomniałem sobie więc kolejny raz, że żyjemy w krainie trolli. Trolle Północy, podobnie jak homeryckie cyklopy - ich południowi bracia - nie uznają za bardzo form życia wspólnego. Zwłaszcza takich, które nie opierają się na nagiej sile. Może to być siła niewidzialnej ręki rynku, siła podpisu, siła niewidzialnego uścisku dłoni w gabinecie. Troll lekką ręką wyśle kogoś na bezrobocie, wzruszeniem ramion potrafi zbyć likwidację szkoły, szpitala czy przedszkola - ale wydzielenie jednego pasa ruchu dla miejskich autobusów może sprawić, że piszczeć będzie o powtórce z Gułagu, zaś konsultacje społeczne skojarzą mu się z Breżniewem.

Wybaczcie, drogie trolle, ale żadne "doświadczenie pokoleniowe" ani żaden PRL - w którym zresztą czasem rozpoczynaliście kierowniczą karierę - nie usprawiedliwiają waszego barbarzyństwa.