powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Coś drgnęło

Przerażająco łatwo jest u nas dostać łatkę skandalisty. A z taką łatką wcale łatwo nie jest. Ona jest męcząca i przeszkadza. A także realnie utrudnia i blokuje - pisze Artur Pałyga.

Co to da? - pyta znajomy. - Zrobiło się głośno na chwilę. Przeczekają i zrobią swoje. Spektakl po cichu zejdzie z repertuaru. Dyrektor ma do tego prawo. A dyrektor wie, że prezydent bez uzasadnienia może z nim nie przedłużyć kontraktu. Choćbyście nie wiem, jaki szum zrobili, to nic nie da. To oni mają władzę. Wy najwyżej sobie możecie przez chwilę pokrzyczeć. Być może. Być może takie otwarte, głośne, zwykłe mówienie o tym to dziecinada, a dorosłe, dojrzałe jest układanie się, szemrane negocjacje, w których można więcej i skuteczniej ugrać. Nie mówię, że nie. W Bielsku-Białej i w Zabrzu w ten sam weekend zagrano nowe sztuki. I tu, i tu zrobił się szum. W Bielsku-Białej w rezultacie poseł RP zażądał od prezydenta miasta, aby natychmiast zwolnić dyrektora teatru. Przy okazji wykazał się totalną nieznajomością spektakli, na które się powoływał, ale do takich rzeczy to już się akurat wszyscy przyzwyczaili. Norma.

Przerażająco łatwo jest u nas dostać łatkę skandalisty. A z taką łatką wcale łatwo nie jest. Ona jest męcząca i przeszkadza. A także realnie utrudnia i blokuje.

I przepraszam, że do tego wracam, bo już pewnie wielu ma przesyt tematem, ale nic innego nie chciało mi się napisać tutaj i teraz. Tylko to krótkie, refleksyjne podsumowanie całej sytuacji.

Bo są w życiu chwile, w których czujesz, że to jest to. Że jednak, kurcze, to jest to. Wspomnę o trzech takich.

1. Mamy to niesamowite spotkanie w teatrze w Zabrzu. Jest cały zespół aktorski, jest dyrekcja, która cierpliwie próbuje tłumaczyć, że dla dobra nas wszystkich powinniśmy zgodzić się na te nieszczęsne zmiany.

- Ale co te zmiany zmienią? Co będzie, jak zmienimy, a pojawią się żądania kolejnych?

- Ale jak zrobicie te cztery, to my będziemy po waszej stronie.

I tak się toczy ta przedziwna rozmowa kolejną godzinę.

- I proszę, podziękujcie państwo pani Uli, że wydzwaniała do różnych ludzi w całej Polsce. Wiecie państwo, że mieliśmy dziś zagrać ten spektakl dla kilku osób. Podziękujcie pani Uli, że do tego pokazu nie doszło!

Potem padło coś o tym z dyrektorskich ust, czy chcemy, żeby odwoływać spektakl z powodu choroby aktora (porozumiewawcze spojrzenie). Wszystko to w atmosferze: "wiecie, rozumiecie". I że albo albo.

I wtedy jeden ze starszych stażem aktorów zaczyna opowiadać o tym, jak to się robiło w stanie wojennym. Jak się obchodziło cenzurę. Że jak cenzura czegoś zabraniała, to się w zamian robiło coś innego, znaczącego. I że teraz też możemy tak zrobić. W stanie wojennym się sprawdziło, to teraz też. I to nie jest żart. I nikt tego nie traktuje jak żart. I milczenie tych dyrektorów. Milczenie dyrektorów. Po tym nie-żarcie.

To niezwykłe było. Niesamowite zupełnie. Rzeczywistość przedstawiona. Nagle.

Już się zgodziliśmy. Ze zwieszonymi łbami siedzimy na dole. Zgodziliśmy się, bo jesteśmy grzeczni. Mnie to wszystko zaskoczyło. Nie tym spektaklem, nie tą sztuką! A te zmiany, kurcze, głupie, bez sensu, wyraźnie po naciskach, bo po premierze, ale niech tam. Ustalamy, że dwie, a nie cztery i że podane niech będzie do wiadomości publicznej, że z takich i takich powodów dla dobra spektaklu zrobione zostały takie zmiany.

I wtedy głos z zespołu aktorskiego, że takie dławiące uczucie upokorzenia jest. Że tak się właśnie odbiera ludziom godność. I znów - rzeczywistość przedstawiona.

Poszedł już list otwarty. I niemiłe uczucie, że w tym teatrze, w którym tyle fajnego się stało... I w końcu wzięli, zaryzykowali tę sztukę. No i powtarzały się ze strony dyrekcji te słowa, bo już nie sugestie, tylko wprost, że my na tej awanturze zyskujemy, a teatr traci. A my wyjechaliśmy, a oni tam zostali. I przez najbliższe lata nie zaryzykują już takiego spektaklu. I w takiej niepewności, czy mam się czuć winny, rozmowa już nie z aktorami.

- Nie wiem, czy mogę normalnie rozmawiać.

- Czemu?

- Bo my wyjechaliśmy, a wy tam zostaliście.

- Coś ty! Nareszcie coś u nas drgnęło!

Rzeczywistość przedstawiona po raz trzeci.

Dlaczego o tym piszę? Dlatego, że teatr to sprawa publiczna. Dlatego, że takie i podobne rzeczy dzieją się wszędzie w Polsce w mniej lub bardziej sprytny i zakamuflowany sposób. I dzieją się w ciszy. Dlatego, że chciałem się podzielić tym wrażeniem, że coś u nas drgnęło. Dlatego, że jeśli wszyscy wszędzie zaczęliby o tym po prostu normalnie mówić, to byłoby coś. A ja się o tym przekonałem dopiero w trakcie całej tej sprawy tak naprawdę. To jest moja szkoła i moja nauka z tego wszystkiego. Przypomniałem sobie inną rozmowę w innym zupełnie teatrze w innej części Polski. Długą rozmowę dwa dni przed premierą, która zaczęła się od "Ja wam tego nie pozwolę tu zagrać", a skończyła się na "Ale pan wie, panie dyrektorze, że my będziemy o tym po prostu mówić i że to się rozniesie szybko w całej Polsce" i poczułem wtedy jakąś bezradność, że tylko tyle mogę powiedzieć, że to takie konwulsyjne. Ale dyrektor nie powiedział wtedy: "Phi i co z tego?", ale powiedział: "Dobra, przekonał mnie pan".

Rozmowa z U.

- Wiesz, nawet jak nam to nic nie da. Jeśli rzeczywiście spektakl zejdzie po cichu z repertuaru, a ja będę miała problem ze znalezieniem pracy. Nawet, jeśli przegraliśmy tak naprawdę, to przynajmniej jakoś normalnie się czuję. Jak człowiek.