powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Teatr pięciu procent

Wielu spośród tych, którzy nie chcieli podpisać się pod listem/manifestem "Teatr nie jest produktem, widz nie jest klientem" argumentowało, że nie wiedzą co to jest ten teatr artystyczny, który ma być tak bardzo zagrożony. Teatr się dzieli na dobry i na zły - oburzały się niektóre głowy - pisze Mike Urbaniak w felietonie dla e-teatru.

Sceny artystyczne wyliczył niedawno dyrektor stołecznego Biura Kultury. Ale nie było to żadne wyróżnienie, tylko wskazanie paluchem największych darmozjadów.

Wydarzyło się to podczas zeszłotygodniowych obrad Komisji Kultury Rady Warszawy. Dyrektor Marek Kraszewski dokonał na nich - chyba po raz pierwszy publicznie - podziału stołecznych scen na cztery kategorie. Pierwsza to teatry dziecięce/lalkowe (Lalka, Baj, Guliwer), druga - teatry rozrywkowe (Roma, Kwadrat, Komedia, Syrena), trzecia - teatry repertuarowe (Ateneum, Współczesny, Studio, Na Woli, Powszechny, Żydowski i cała reszta scen pomniejszych) i ostatnia kategoria - uwaga! - to teatry artystyczne, do których pan dyrektor zaliczył Nowy, Dramatyczny i TR Warszawa. To podział i nazewnictwo samego dyrektora. Niech mi język uschnie jeśli konfabuluję.

Wyodrębnienie ostatniej kategorii nie służyło jednak podkreśleniu znaczenia, roli i charakteru teatrów kierowanych przez Warlikowskiego, Jarzynę i Miśkiewicza (na wylocie). Cel był zgoła inny. Oto dyrektor Kraszewski pochylił się nad swoim ajpadem i rozpoczął przytaczanie danych finansowych i statystycznych.

Każdy warszawski podatnik dokłada do każdego biletu teatru rozrywkowego 20 zł, do biletu teatru lalkowego - 52 zł, do biletu teatru repertuarowego - 137 zł, a do każdego biletu teatru artystycznego (tu dyrektor uniósł głowę i spojrzał przenikliwie na radnych) każdy stołeczny podatnik dokłada 418 (słownie: czterysta osiemnaście złotych). Radni zaczęli mruczeć i kręcić głowami. No, to jest jednak różnica 20 i 400 złotych. Mru mru mru. I dalej kręcili głowami skubiąc słone paluszki. Dyrektor ciągnął dalej, że niesprawiedliwość wielka spotkała jego i władze miasta naszego (patrz: protest ludzi teatru), bo z teatralnego budżetu wynoszącego około 80 milionów złotych, aż 25% wydawanych jest na trzy artystyczne sceny, a z frekwencją u nich jest no no no niezbyt. W tym momencie nastąpił cios finalny. Stołeczne sceny sprzedały w zeszłym roku nieco ponad milion biletów. Połowa widzów poszła do teatrów rozrywkowych, 300 tysięcy odwiedziło sceny repertuarowe, 140 tysięcy lalkowe i tylko no no no 45 tysięcy artystyczne. Czyli - podsumował z emfazą dyrektor Kraszewski - pani prezydent wydaje jedną czwartą teatralnego budżetu na trzy teatry do których chodzi 5% widzów. Radni zamruczeli głośniej, spoglądali na siebie z niedowierzaniem i wygrzebywali resztę paluszków. Dyrektor nalał sobie do szklanki wody, zrobił kilka łyków i już wiedział, że walka jest wygrana. Siedzący wśród gości aktorzy Teatru Dramatycznego nie mogli uwierzyć w to, co się właśnie wydarzyło. Dlaczego radni nie zapytali o znaczenie tych teatrów? O to, jakie dostają nagrody? O to, gdzie są zapraszane za granicę? O to, że to o nich pisze prasa w Polsce i poza nią? O to, że są kluczowymi elementami współczesnego teatru? O to... Nie, takich pytań ludzie decydujący o wydawaniu pieniędzy na kulturę nie zadali.

Kiedy pracowałem w TR Warszawa, zorganizowaliśmy w teatrze spotkanie dla radnych Komisji Kultury. Na pół godziny przed owym spotkaniem zadzwoniła jedna z radnych i powiedziała: - Przepraszam bardzo, ale się chyba zgubiłam. Państwo jesteście na Różanej? - Nie, na Różanej jest Teatr Guliwer. TR Warszawa jest przy Marszałkowskiej 8. - No tak, oczywiście, przepraszam. Już do państwa jadę.

Radych nie wliczamy do pięciu procent.