powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Zatwardziały marszałek na scenie

Nie zazdroszczę wicemarszałkowi województwa dolnośląskiego, Radosławowi Mołoniowi. Gdy wczoraj, 12 kwietnia, przyszedł na premierę "Czy pan to będzie czytał na stałe" Michała Kmiecika i Marzeny Sadochy do Teatru Polskiego we Wrocławiu - zobaczył na scenie siebie, pod swoim własnym imieniem i nazwiskiem - dla e-teatru pisze Witold Mrozek.

Pojawia się w sztuce jako szwarccharakter polityki kulturalnej, autor koncepcji zastąpienia dyrektorów dolnośląskich teatrów menadżerami, specami od biznesu. Pomysł wzbudził protest o ogólnopolskiej skali - i spektakl Kmiecika się w ten protest wpisuje. Aktorzy zwracają się oskarżycielsko wprost do siedzącego w pierwszym rzędzie marszałka. Jest w tym coś z atmosfery wiecu. Mówiąc nieco patetycznie, jest też w tej sytuacji jakaś nadzieja z "Hamleta", gdzie duński książę inscenizuje przed Klaudiuszem jego przestępstwo. Pomysł, że odegranie czyichś postępków na scenie przed oczami tego kogoś - zmieni jego postępowanie, skompromituje go. "Powiadają, / Że zatwardziali złoczyńcy, obecni / Na przedstawieniu okropnych widowisk, / Tak silnym zdjęci bywali wrażeniem, / Ze sami swoje wyznawali zbrodnie". Wicemarszałek Mołoń poprzestał na złożeniu kosza kwiatów podczas owacji na stojąco.

Bohaterem negatywnym jest tu nie tylko Mołoń. Pojawiają się też inni politycy i urzędnicy, w ostatnim czasie wypowiadający się o polityce kulturalnej. Jest wiceprezydent Warszawy pouczający krytyków i dyrekcję Teatru Dramatycznego, jak należy rozumieć kanon literacki i jak wystawiać go na scenie; jest postać wzorowana na dyrektorze warszawskiego Biura Kultury - która rzuca niedbale, że "kultura nie jest obowiązkowa". Wicemarszałek powraca jako postać odgrywana przez Rafała Kronenbergera w scenie zaczerpniętej z "Szosy wołokołamskiej" Heinera Müllera - groteskowego zrośnięcia się biurokraty z biurkiem.

Ogromną siłę mają w tym spektaklu materiały dokumentalne - nie tylko otwierający przedstawienie zapis video protestu przeciwko odwołaniu Wojtka Klemma ze stanowiska szefa teatru w Jeleniej Górze czy zamykający je z ekranu Jacek Poniedziałek, odczytujący list protestacyjny z tegorocznych Warszawskich Spotkań Teatralnych. Największe wrażenie robią treści oficjalnych wystąpień polityków. Hanna Gronkiewicz-Waltz beztrosko opowiada w radiowym nagraniu, jak to przesunęła miliony z wydatków na kulturę - na strefę kibica pod Pałacem Kultury, i jakie to oczywiste i bezdyskusyjne posunięcie. Ze swadą i wykonując prostą choreografię aktor Michał Mrozek odczytuje trzykrotnie ten sam list marszałka Mołonia - życzenia z okazji Międzynarodowego Dnia Teatru do trójki dyrektorów scen. Frazesy o "magii sceny" rymują się z o wiele dłuższymi i też absurdalnie sztampowymi życzeniami pary prezydenckiej. Te sceny wielokrotnie przerywane są oklaskami. To może odrobinę obciachowe skojarzenie, ale jest w tym coś z Piwnicy pod Baranami śpiewającej "Dekret o stanie wojennym". Oczywiście, Piwnica nie wykonywała swojego numeru przed siedzącym na widowni generałem Jaruzelskim...

Jedno jest pewne. Po sprawie ACTA i po aferze wokół teatrów i szerzej - polityki kulturalnej - rządzący nami nie mogą już dalej udawać formacji inteligenckiej. Nie ma już komitetów poparcia werbowanych z poetów i reżyserów - są tysiące podpisów pod listami protestacyjnymi.

Poza uwolnieniem sporej energii anarchicznego śmiechu i brawurowym ożywieniem tradycji inteligenckiego kabaretu politycznego sięgającej Studenckiego Teatru Satyry, Michałowi Kmiecikowi udało się postawić w swoim wrocławskim spektaklu jedną ważną diagnozę. Protestującym w obronie kultury brakuje nieraz do wyrażenia swoich postulatów języka, który byłby zarazem skuteczny i nieskompromitowany. Zasadniczą ramę wrocławskiego przedstawienia wyznaczają dwa monologi Michała Opalińskiego. Aktor opowiada o problemie, który ma z tym, by wyrażać swoje racje, by bronić teatru. W chaotycznym, pełnym przejęcia i pasji monologu padają argumenty, które mógłby wygłosić liberalny ekonomista - każda złotówka zainwestowana w kulturę zwraca trzy. Pojawia się język lewicy, gdy Opaliński przedstawia kulturę jako element sfery usług publicznych, które powinny być dostępne dla każdego - i to na wysokim poziomie - albo też gdy mówi o tym, że w kulturze też się pracuje, że praca zasługuje na godziwe wynagrodzenie. Wreszcie - nie brak argumentów do przyjęcia przez konserwatystę, o obronie dziedzictwa kulturowego. Za tym wszystkim, gdzieś w tle, szumi artykuł 73 z polskiej konstytucji, o wolności twórczości artystycznej - traktowany niestety równie poważnie, co prawo do powszechnej opieki zdrowotnej.

Wszystkie te argumenty jakoś się wytarły, jakoś nie robią wrażenia na szeroko pojętej drugiej stronie dialogu społecznego. Póki co, zostaje zatem głośny, spektakularny protest, taki jak Kmiecika. Ale nowy język - i tak trzeba będzie wypracować.