powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Śmierć urzędnika, czyli anatomia lęku

Antoni Czechow popełnił niegdyś opowieść o wylęknionym, zachowawczym koniunkturaliście urzędniku Czerwiakowie, którego imperatywem kategorycznym była obawa przed utratą pozycji. Wyobraźmy sobie, że ów urzędnik z Czechowa jest dyrektorem publicznego Teatru w średniej wielkości mieście - w Zabrzu na przykład - pisze Michał Centkowski z Nowej Siły Krytycznej.

A teraz wyobraźmy sobie następującą sytuację. Oto pod wpływem jakiejś zaskakującej przemiany, bądź w jakimś niepojętym, acz ożywczym amoku, ów zachowawczy funkcjonariusz publiczny, zaprasza w progi dotychczas nieco zapomnianego, na teatralnej mapie kraju raczej nie istniejącego (zapomnijmy na chwilę, że istnieją w tym kraju sceny i nazwiska formatu europejskiego) przybytku, młodą reżyserkę i odważnego dramaturga. Ci, czując wielki potencjał modernizacyjny i jeszcze większą potrzebę twórczego "oddechu" we owym średnim mieście powiatowym, za publiczne pieniądze realizują swój spektakl, bądź jak chcą niektórzy, mówiąc nieelegancko, produkt. Ów produkt, sceptyczny dotychczas wobec wszelkich znamion refleksji krytycznej dyrektor akceptuje i wystawia. Akceptuje, w obliczu wielkiej społecznej debaty o kształcie życia teatralnego, o strukturze finansowania instytucji kultury etc.

Jak to zwykle bywa, opinie są podzielone, o gustach się nie dyskutuje, a przynajmniej nie dyskutujmy o nich teraz.

Wtem kilkoro purytan, zagorzałych wyznawców pewnego religijnego obrządku, rozsierdzonych faktem, że oto w "Wielkim Tygodniu" ujrzeli na scenie bolesny, wyłącznie "ciemny" obraz kondycji człowieczej, pisze pełen inwektyw list protestacyjny.

Zrozumiałym, lecz wzbudzającym pewien niesmak, jest dopisek, mający zapewne w owym urzędniku wzbudzić grozę, iż został on przekazany także, znanym z obyczajowego konserwatyzmu oraz przywiązania do wartości Bogoojczyznianych władzom.

I oto następuje zwrot w dotychczas niezbyt wartkiej akcji, którego autor "Trzech sióstr" by się nie powstydził. Oto wspomniany funkcjonariusz publiczny, pełen do niedawna cywilnej odwagi, pewności siebie oraz pragnący artystycznego fermentu, miast stanąć w obronie swego teatru, reżyserki czy dramaturga, wziąć elementarną odpowiedzialność za własne decyzje, czego wymagałaby zapewne przyzwoitość człowieka pobierającego uposażenie, właśnie za "branie odpowiedzialności" za instytucję którą kieruje, wpada na iście szatański pomysł.

Powodowany lękiem, silniejszym zapewne niż wszystkie dotychczas odczuwane, dyrektor żąda ingerencji w dzieło, eufemistycznie zwanej "złagodzeniem artystycznego wyrazu". Spotykając się ze sprzeciwem twórców, próbuje zorganizować jakąś niepokojącą ceremonię zamkniętej kolaudacji dzieła wespół z władzami, na myśl przywodzącą najgorsze tradycje systemu szczęśliwie minionego. Drżąc przed konserwatywną władzą, która pragmatycznie powstrzymuje się od zajęcia oficjalnego stanowiska i uczestnictwa w tej ponurej ceremonii cenzorskiej, jednocześnie dając do zrozumienia, że wichry zmian oraz krytyczna refleksja związana z dekonstrukcją tradycyjnej moralności mieszczańskiej nie gwarantują ciągłości etatowej władz instytucji, miota się. Ślepy na apele twórców o spotkanie, o szeroki dialog, o szansę na debatę z oburzonymi widzami, chcąc zadość uczynić postawom dewocyjnym, stawia twórcom groteskowe ultimatum. "Złagodzą" swój spektakl albo ów produkt za który wszyscy zapłaciliśmy, decyzją funkcjonariusza publicznego wyląduje w koszu.

Tak oto, w momencie gdy opinię publiczną oraz środowisko teatralne zajmuje walka o uzdrowienie patologii dławiących skostniałe struktury polityki kulturalnej, ów lękliwy dyrektor, w myśl prostej zasady: przede wszystkim nie szkodzić - sobie, daje przykład trwonienia publicznych pieniędzy, braku cywilnej i artystycznej odwagi, schlebiania gustom mieszczańskiej bigoterii i koniunkturalnej pogoni za sztuką nie drażniącą nikogo, a już przede wszystkim lokalnej władzy.

Panie dyrektorze, więcej odwagi, postawa nazbyt przepraszająca, jak wiemy, doprowadziła Czerwiakowa do dość ponurego końca.

Nie lękajmy się - pisał duchowy przywódca, ostatecznie bliski oburzonym widzom!

A jeśli nie może Pan znieść myśli, że pańska działalność, może sprawić komukolwiek przykrość, może pora pomyśleć nad zmianą. Istnieją wszak instytucje może mniej od teatru dramatycznego nobliwe, za to swym gościom dostarczające wyłącznie radości.