Wojując z wiatrakami

Ja, jako "człowiek teatru", który nie podpisał manifestu, czuję jednak, że moi koledzy i koleżanki, autorzy i zwolennicy owego listu mają do mnie i do mnie podobnych żal, że nie stanęliśmy na wysokości zadania i solidarność się nie dokonała. Przyznać więc muszę, ze gorzej czułabym się, podpisując się pod słowami, z których częścią się nie zgadzam, a części w ogóle nie rozumiem - pisze Magda Raczek w Teatraliach.

«Tegoroczne Warszawskie Spotkania Teatralne upływają pod znakiem protestu/manifestu "Teatr nie jest produktem / widz nie jest klientem". Z jednej strony to świetny moment, by wyrazić swoje niezadowolenie, wszak festiwal sprzyja spotkaniom, rozmowom, skupieniu w jednym czasie i miejscu sporej części środowiska, można więc wykorzystać tę sytuację. Z drugiej jednak - festiwal już nie jest po prostu festiwalem, staje się bowiem areną polityczną, na której inaczej rozkładają się akcenty: dyskusje skupiają się nie na wartości obejrzanych spektakli, ale na ilości podpisów oraz liście nazwisk sygnatariuszy pod wspomnianym listem. Kto jeszcze nie podpisał, kto podpisał i dlaczego tak/nie. Szkoda dla festiwalu, szkoda dla tych dzieł i ich twórców. Szkoda dla widzów, którzy z dużą dozą dezorientacji przyjmują kolejne odczyty po kolejnych spektaklach.

Największa szkoda jednak samej inicjatywy. Po raz kolejny bowiem "próba" mówienia jednym głosem okazuje się fiaskiem i mitem. List protestacyjny, rozpoczynający się słowami: "my ludzie teatru" ("my", czyli kto? artyści? pracownicy administracyjni/techniczni? dyrektorzy? sprzątaczki?), a dotykający ważnych kwestii tzw. "modelu teatru artystycznego" (ale trudno powiedzieć, o jaki konkretnie model chodzi), napisany został niestety tendencyjnie i zawiera wiele niejasnych sformułowań. W tym upatruję główną porażkę tej inicjatywy, która - jak mniemam - miała na celu istotne i słuszne cele, które całym sercem popieram. A przecież większości podpisanym osobom wiadomym jest, że konsolidacja środowiska teatralnego jest tak samo niemożliwa, jak wypracowanie jednego modelu teatru.

Ja, jako "człowiek teatru", który nie podpisał manifestu, czuję jednak, że moi koledzy i koleżanki, autorzy i zwolennicy owego listu mają do mnie i do mnie podobnych żal, że nie stanęliśmy na wysokości zadania i solidarność się nie dokonała. Przyznać więc muszę, ze gorzej czułabym się, podpisując się pod słowami, z których częścią się nie zgadzam, a części w ogóle nie rozumiem, niż teraz, stając z nimi twarzą w twarz w trakcie festiwalu i tłumacząc swoje stanowisko.

Przede wszystkim protest, który rzekomo nie występuje z "perspektywy partykularnych interesów jednego z teatralnych obozów", a który jednak podaje co najmniej kilka konkretnych teatrów i tym samym co najmniej trzy bardzo konkretne nazwiska (Głomb, Mieszkowski, Miśkiewicz), staje się nierzetelny i wewnętrznie sprzeczny. Nie poddaję tym samym w wątpliwość ani modeli teatru, jakie proponują ci twórcy, ani ich twórczość czy działalność, lecz sposób mówienia o sprawach rzekomo "poważniejszych" niż konkretne modele, instytucje i nazwiska. Chciałabym podpisać się nie pod danymi nazwiskami, lecz pod ideą, propozycją, postulatem.

Nie mogę też zgodzić się na pewien rodzaj polaryzacji, który się dokonał za sprawą sztucznego podziału świata na "artystów" i "menadżerów ze świata biznesu". Jako osoba pracująca na styku tego, co artystyczne, z tym, co bardzo doraźne i konkretne, czyli szarą rzeczywistością instytucji publicznej walczącej o każdą wydaną złotówkę, nie zgadzam się z taką postawą. To prawda, że "stołeczne teatry miejskie są skrajnie niedofinansowane, brakuje im środków na produkcję i eksploatację przedstawień", ale dodajmy, że to problem tylko niektórych teatrów. Dlaczego jednak nie powalczymy o transparentność tych (do)finansowań (i czy to są na pewno dofinansowania? wszak niektóre teatry nie mają żadnych innych - poza pieniędzmi z miasta - propozycji na finansowanie choćby jednej produkcji rocznie), o to, by urzędnicy przedstawili scenom konkretne wymagania, jakie te muszą spełnić, by otrzymać określone kwoty? Przecież skala oceny nie tylko nie powinna i nie musi się zamykać na ilości sprzedanych biletów (bo przecież wiadomo, że nawet najlepsza farsa nie sfinansuje się dochodem z biletów), może/powinna być poszerzona o inne dokonania (i nie mam na myśli oceny niemerytorycznej i układnej stołecznej krytyki teatralnej) np. zdobyte nagrody, wartości artystyczne, wyjazdy na festiwale etc. Tylko że wtedy mogłoby się okazać, że większość tych teatrów produkuje chłam, który nie tylko się nie sprzedaje, ale i nie ma żadnych innych wartości, w tym artystycznych. To by zapewne bolało.

Oczywiście problem jest szerszy, bo ktoś musiałby to, co się proponuje, oceniać, wartościować, a jak wiadomo nie ma dwóch takich samych odbiorców i tym samym opinii, a punkt widzenia, zależy od punktu siedzenia. Może jednak swego rodzaju komisje, konkursy i transparentne zasady funkcjonowania tego systemu byłyby jakimś rozwiązaniem.

Nie postuluję tym samym odejścia od publicznego finansowania kultury, wręcz przeciwnie. Uważam, że kultura to taka sama powinność państwa jak edukacja czy służba zdrowia, choć jak widzimy i odczuwamy na co dzień jest to wszystko jakąś parodią prawidłowego funkcjonowania. Dlatego nie wydaje mi się, że gdy zaczną płynąć większe strumienie pieniędzy do źle działających obiektów (czy to szkół, czy to teatrów, czy ośrodków zdrowia), to uzdrowią one nagle cały system. Nie uzdrowią. Mam nawet przeczucie, że jeszcze bardziej zaszkodzą.

Instytucje publiczne - w tym teatry - czeka bowiem wciąż niedokonana po przełomie rewizja i reforma tego, jak się zarządza tymi instytucjami. Prawda jest brutalna: pieniądze wydawane są zazwyczaj źle, stanowiska kierownicze zajmowane są często przez niekompetentne osoby, instytucje cierpią na przerost etatów z przestarzałymi strukturami i zbędnymi stanowiskami (np. nieefektywne pracownie teatralne), a artystom pozwala się na nieprzemyślane i niepotrzebne wydatki podczas produkcji spektakli. Mówię o tym jako osoba, która pracowała w czterech teatrach (w tym trzech publicznych) i podlegała pod dyrekcję bardzo różnych osobowości (w tym zarówno wielkich wizjonerów, jak i sprawnych i zdolnych menedżerów, jak i totalnie nieudolnych, działających po omacku dyrektorów-pomyłki). Ważniejsze wydaje mi się więc nie to, ile pieniędzy dostaje teatr, ale to, kto nimi zarządza i jak się je wydaje. Rzadko spotkać można osobowość, która łączy w sobie cechy wspaniałego artysty i dobrego, sprawnego finansisty. Zazwyczaj jedna z tych cech jest zaniedbywana na poczet drugiej. Choćby dlatego o wiele lepszym rozwiązaniem są duety artystyczno-menedżerskie. Oczywiście taka współpraca wymaga zapewne od obu stron pewnej elastyczności, kompromisów i zwyczajnie - dyskusji o sensowności pewnych działań, ale wierzę, że ludzie inteligentni i na poziomie zawsze znajdą rozwiązanie dzięki wspólnemu zaangażowaniu i rozmowie. Tymczasem niektórzy artyści woleliby pozostać niezależni i bezkompromisowi, czyli innymi słowy - być ponad to. Ponad instytucje, ponad finanse i ponad posiadane budżety. Ale nie tędy droga do lepszego teatru.

Odwracam ten problem jako kota ogonem nie bez powodu. Chciałabym przy tej okazji przypomnieć, że każdy, korzystający z państwowych pieniędzy, czuć powinien choć minimalną odpowiedzialność za wydawane złotówki. Mam na myśli nie tylko artystów, ale i pracowników teatrów, którzy często bardzo lekko podchodzą do tego tematu.

Wracając jeszcze do kwestii artystycznych, które oczywiście powinny być najważniejsze. Zgadzam się, że "w Warszawie ciągle brak przemyślanej polityki teatralnej", że decyzje podejmowane są przez "niekompetentnych decydentów". Być może warto więc nakłaniać tym czy innym protestem miasto do zmian. Jeśli dyrektor Biura Kultury jest niekompetentny, to może warto napisać konkretny list/protest przeciwko tej konkretnej osobie? Jeżeli dyrektorów wybiera się bez konkursów, to może warto byłoby zawiązać ruch, który skupi ludzi teatru, którzy się temu SZCZERZE sprzeciwiają i nie wykruszą w momencie, gdy sami dostaną taką propozycję?

Cała inicjatywa rozmywa się i traci na sile, bo zawiera zbyt wiele osobnych wątków, które razem nie tworzą konkretnego, mocnego uderzenia, lecz parę niespójnych myśli, jakie rozwiać może kilka oświadczeń polityków. Oświadczeń w tonie świadczącym nie tylko o niezrozumieniu, ale i braku jakiegokolwiek poważania. Ale jak można szanować środowisko, które nie potrafi się dogadać między sobą, a gdy dochodzi do próby reform, staje okoniem, okopując się na stanowiskach i broniąc swoich profitów i swojego krótkowzrocznego mnietakdobrze? Wątpliwe.

Po tym proteście zostanie pewnie jedynie kilka wpisów w sieci. Stracona energia wojowników walczących z wiatrakami na fejsbuku. Obym się jednak myliła i było to preludium do czegoś bardziej przemyślanego i istotnego dla polskiego życia teatralnego niż wygląda to dziś. Oby.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego