powiększwersja do drukupoleć znajomemu

W czyich rękach kwitnie teatr?

W przekonaniu, że w Europie Zachodniej obowiązuje jakiś inny system niż u nas, jest na pewno element - charakterystycznego dla Polski - myślenia imitacyjnego, w tym przypadku sprawa jest dość zabawna, bowiem chodzi o imitację czegoś, co w rzeczywistości nie istnieje - pisze Paweł Wodziński w felietonie dla e-teatru.

W swoim tekście, opublikowanym we wrocławskim dodatku do Gazety Wyborczej, opisującym próbę "reformy" teatrów dolnosląskich, Magda Piekarska napisała: "Formuła podziału ról na dyrektora menedżera i artystycznego szefa z powodzeniem sprawdza się w wielu krajach zachodniej Europy. U nas jest rzadkością, a teatry rządzone przez podobne duety można policzyć na palcach jednej ręki." ("Teatr to nie jest fabryka. Kto powinien w nim rządzić?" Gazeta Wyborcza - Wrocław nr 65 online) Cytuję ten fragment z dwóch powodów, po pierwsze dlatego, ze wydaje mi się on dosyć charakterystyczny dla wszelkich debat dotyczących zmian w kulturze, a po drugie dlatego, że autorka się myli.

W Europie Zachodniej, w Polsce i w pozostałych krajach europejskich funkcjonuje ten sam model teatru. Teatry publiczne finansowane są ze środków państwowych, regionalnych i miejskich. Na ich czele stoją dyrektorzy, będący artystami teatru. Zdarza się czasem, że dyrektor nie jest artystą, ale jest nim zwykle osoba związana z teatrem, np. teatrolog lub dramaturg (Deutsches Theater w Berlinie-prof. Ulrich Khuon, Thalia Theater w Hamburgu-Joachim Lux).

Dyrektorami głównych publicznych teatrów europejskich są artyści teatru. Dyrektorką uznanego za najlepszą scenę Niemiec ostatnich dwóch lat, Schauspiel Koeln, jest reżyserka Karin Beier. Podobnie rzecz ma się w największych teatrach niemieckiego obszaru językowego: w Berlinie (Volksbühne-Frank Castorf, Berliner Ensemble-Claus Peymann, Gorki Theater - Armin Petras),

Monachium (Kammerspiele -Johan Simons, Bayerisches Staatsschauspiel/Residenz Theater-Martin Kušej), Wiedniu (Burgtheater-Matthias Hartmann), Zurychu (Schauspielhaus-Barbara Frey), a także w innych krajach, w Londynie (National Theatre-Nicolas Hytner), Paryżu (Odeon Theatre de l'Europe-Luc Bondy), Amsterdamie (Tonnelgroep-Ivo van Hove), Rotterdamie (RO Theater-Alize Zandwijk), Barcelonie (Teatre Lliure-Lluís Pasqual), tę listę można by ciągnąć w nieskończoność.

W przekonaniu, że w Europie Zachodniej obowiązuje jakiś inny system niż u nas, jest na pewno element - charakterystycznego dla Polski - myślenia imitacyjnego, w tym przypadku sprawa jest dość zabawna, bowiem chodzi o imitację czegoś, co w rzeczywistości nie istnieje. Ale to także świetna ilustracja naszych problemów tożsamościowych z jednej strony (polskie rozwiązania nie mają znaczenia, liczy się zachodni wzorzec) i całkowitego rozkładu mechanizmów społecznych z drugiej (nie liczą się wartości, liczą się liczby). W polskich propozycjach zmian chodzi wyłącznie o komercyjny model kultury, który nie ma nic wspólnego z modelem "zachodnioeuropejskim", chodzi po prostu o ograniczanie sfery publicznej, co w takiej skali ma miejsce tylko w Europie Wschodniej. Na zachodzie Europy, zarówno silna tożsamość, jak i działające wciąż struktury państwa opiekunczego chronią sferę kultury przed tego typu pomysłami.

Nacisk na obecność menedżerów ma także związek z nadreprezentacją tej grupy zawodowej w polskich teatrach. Pojawiła się ona w czasie zapaści stanu wojennego oraz w pierwszych latach demokracji i działa do dziś. To jedyne w swoim rodzaju lobby działające wokół kultury, a w zasadzie na granicy kultury i polityki, w interesie którego leży wzmacnianie przekonania o bezalternatywności systemu menedżerskiego.

Tymczasem prowadzenie teatru od strony organizacyjnej i finansowej jest stosunkowo proste. Określają je zapisy ustawy o finansach publicznych, plany budżetowe, pole do podejmowania decyzji nie jest tak duże. Dowody tych umiejętności daje cała grupa artystów będących wieloletnimi dyrektorami teatrów. To co naprawdę jest trudne, to zbudowanie oryginalnej idei, programu, uwzględniającego specyfikę miejsca, w którym się działa, ciekawego i ambitnego zespołu, nawiązanie ponadstandardowej relacji z publicznością, a także godzenie ambitnych projektów i wpływów do budżetu. Czasami oczywiście się nie udaje, nie zawsze miasto, czy sam teatr dają szansę artyście. Czasem też artysta nie daje szansy sam sobie. Ale na tym między innymi powinny polegać kompetencje władzy publicznej, by wiedzieć, który teatr, w rękach którego artysty rozwitnie. Bo to, że nie rozkwitnie w rękach menedżera jest więcej niż pewne.