powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Aktorka

"Singielka" Jacka Bończyka w reż. Jacka Bończyka w Teatrze Polskim w Bielsku-Białej. Pisze Jacek Sieradzki, juror 18. edycji Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

Jest regułą, że sceniczne teksty użytkowe w lekturze wypadają blado, płasko, niepociągająco. Nie ma sensu ani ich publikować, ani czytać poza sceną; zdają się zapisem technicznym, którego potencjał widowiskowy, żywioł gry, jest, zwłaszcza dla laika, ukryty, niewidoczny. Trzeba go umieć wydobyć. Teatry współczesne nie zawsze umieją. Jako że sceniczna sztuka użytkowa ma rzemieślniczy charakter, a z rzemiosłem niekoniecznie bywa dobrze, ciężkie grzechy warsztatowe przykrywa się skwapliwie pospieszną partaniną. Cieszyć się trzeba, gdy dzieje się odwrotnie.

Jacek Bończyk pisał "Singielkę" dla Anny Guzik. I dla siebie, jako reżysera. Jako samodzielny dramat jego dzieło nie jest wiele warte. Materiałem scenicznym okazało się znakomitym.

Monodram Bończyka mówi o samotnej czterdziestce, z zawodu piosenkarce, kiedyś z ambicjami, dziś skazanej na śpiewanie do kotleta, pardon, do "eventu", czyli, jak sama mówi, między przemówieniem prezesa a wniesieniem pieczonego barana na firmowej imprezce. Z facetem rozstała się pięć lat temu, kiedy wyszło, że z miłosnej gorącości nie zostało nic. Odbiera telefony od mamusi i od menadżerki, ma jedną nieobliczalną kumpelę i zaprzyjaźnionego fryzjera - manifestacyjnego geja, opiekuje się samotnym staruszkiem-sąsiadem i z rozmachem opieprza jego (nieznanego sobie) syna, gdy ten, mimo alarmujących wieści o zdrowiu ojca nie chce przerwać urlopu na Kanarach. Banał jedzie na banale i banałem pogania.

W dodatku scenariusz zda się pełen błędów warsztatowych. Na czele z elementarnym: nie wiadomo, dlaczego monologistka monologuje; jaki jest dramaturgiczny (psychologiczny, sytuacyjny) powód jej gadulstwa.

A jednak realizacja przekonuje, że to nie są błędy. Bo na scenie jest Anna Guzik. Aktorka, która w emploi "dziewczyny z sąsiedztwa" (w kinie rozrywkowym częstym, w kinie polskim rzadkim, w teatrze polskim właściwie nie występującym) czuje się jak ryba w wodzie. I kilkoma gestami, skopaniem pantofli z nóg po wejściu do pustego domu, tonem telefonicznej przekomarzanki z mamusią, bezradnym wyrazem zmęczonych oczu, z miejsca przekonuje do siebie i łamie barierę między sceną a widownią. Już nie ma kłopotu z tym, dlaczego mamy słuchać jej monologu, bo aktorka samą organicznością scenicznego bycia do słuchania zniewala. Jest nasza - w parę sekund. W związku z czym widowisko może ni z tego ni z owego, bez dania racji, ale w sposób nie budzący cienia oporu, zmienić się z monodramu w stand up comedy. Poczytajmy, czym jest singielka - monologistka zwraca się wprost do widowni, czyta jej internetowe formuły i obśmiewa je. Następnie w namiętnej filipice wydrwiwa głupotę telewizji śniadaniowych i odstawia tak jadowitą ich parodię, że niech się wszyst-kie kabarety schowają. Po czym najnaturalniej w świecie wraca w ramy kreowanej postaci.

No tak, dynamiką widowiska rządzi nie fabuła, lecz osobowość opowiadającej, którą stać na skoki z konwencji w konwencję. Kontrolowane jednak. Aktorka i reżyser po prostu pilnie dbają, by różnorodnością środków: kabaretowym przerysowaniem, lirycznym westchnieniem, namiętną skargą, obyczajowym realizmem, a nade wszystko pomysłowo zróżnicowanymi rodzajami żartu wypełnić i uatrakcyjnić błahą treść. W takim repertuarze jak światem świat o to i tylko o to chodzi. W sztuce są piosenki (bohaterka jest w końcu estradową wykonawczynią). Cztery; nie za mało, i nie za dużo, w sam raz, żeby nikt nie myślał, iż monodram jest dodatkiem do recitalu. Bardzo dobre piosenki: Anna Guzik znakomicie śpiewa. Ale i dobrze spełniające dramatyczną funkcję: chamstwo państwa biznesmeństwa, które sobie wynajęło śpiewaczkę i uważa, że może w trakcie występu głośno oceniać jej talent i urodę, z piosenki na piosenkę narasta, wiedzie do skandalu, zerwania występu i wściekłej skargi upokorzonej kobiety. Skargi, którą Bończyk umie skutecznie wyjąć z pogodnego toku opowieści, wyostrzyć, spoważnieć, dołożyć do palety nową emocjonalną barwę, pogłębić empatię odbiorców. Którzy pod koniec spektaklu gotowi są ulubienicę nosić na rękach.

Żeby było jasne: wszystkie te zalety należy widzieć w ramach wytyczonych przez gatunek. Bielska "Singielka" nie jest przełomowym arcydziełem sztuki teatru, gotowym stanąć w szranki z, dajmy na to, Peterem Brookiem. Jest spektaklem rozrywkowym, popularnym, lekkim. Aliści i w tej dziedzinie są, muszą być drabinki wartości. Zasługuje na szacunek widowisko dobrze zrobione, fachowo wyliczone, zaplanowane, wyciskające z sytuacji scenicznej ile się da efektu, mocy, wyrazistości - a przy tym nie przeładowane, skromne, klasycznie powściągliwe. O niewielu przedsięwzięciach z tej półki da się tyle dobrego powiedzieć.

I niewiele jest aktorek, które zrobiwszy karierę medialną potrafią tak pięknie nie gwiazdorzyć, nie dąć się, nie przyjmować manier - pożal się Boże - celebrytek, już prędzej się z nich śmiać. Grać w macierzystym teatrze, w swoim, nie metropolitalnym mieście i role bardzo serio, skupione, dramatyczne, i role w spektaklach ansamblowych, wykonywane z pełną lojalnością wobec partnerów. A również takie popisówki dobrej klasy, jak ta Singielka. Zaiste teatr, któremu zależy, by lekkość i popularność repertuaru nie kojarzyła się widzom ze szmirą i tandetą, powinien sobie Annę Guzik wyhaftować na proporcach.