HENRYK KONWIŃSKI, jest poznaniakiem. W 1971 roku pojawił się po raz pierwszy na Śląsku. Do przyjazdu zachęcił go Napoleon Siess - ówczesny dyrektor Opery Śląskiej. Był to strzał w dziesiątkę - pisze Danuta Lubina-Cipińska.
Jest poznaniakiem. Zgodnie z wolą ojca, który chciał z Henryka zrobić inżyniera budownictwa, poszedł do Technikum Budowy Dróg i Mostów. Uczynił to z niechęcią, ale wówczas w modzie nie było podważanie woli rodziców. Mama mówiła Henrykowi: "Zrób maturę, a potem będziesz robił, co chcesz". Posłuchał jej, choć się myliła. Wolny wybór okazał się melodią przyszłości. Gdy już miał świadectwo dojrzałości z tytułem technika, czekał na niego nakaz pracy. Wylądował w Przedsiębiorstwie Robót Drogowych w Kościerzynie. - Piłem herbatę za wielkim biurkiem i nie bardzo pamiętam, czy faktycznie coś pożytecznego robiłem. A po pracy chodziłem na próby do Zespołu Pieśni i Tańca Ziemi Kaszubskiej - opowiada. To nadawało sens życiu i sprawiało, że zesłanie poza rodzinny Poznań nie było tak gorzkie. W tajemnicy przed ojcem W Poznaniu potajemnie przed ojcem chodził na Odwach. Był to klasycystyczny budynek na Starym Rynku, gdzie sławna Olg