7 dni w teatrze

«Serce się w człowieku rozdziera, doprawdy nie wiadomo bowiem, o czym pisać wcześniej, skoro o wszystkim jednocześnie pisać me można... Umówmy się jednak, że pewne "zaległości" z teatrów dramatycznych zrównam za tydzień, dzisiaj zaś poświęcę cały felieton teatrom muzycznym, w których dzieje się wyjątkowo dużo. No i gościom - goście, zwłaszcza tak znakomici, jak prowadzony przez HENRYKA TOMASZEWSKIEGO zespół wrocławskiej PANTOMIMY, powinni chyba mieć pierwszeństwo.

Piękności "Odejścia Fausta"

Wiele pięknych, bardzo pięknych scen jest w tym spektaklu. Choćby Mefisto (doskonały JANUSZ PIECZURO, reżyser zezwolił mu zresztą na wyrazistą grę twarzy, z reguły "wygaszana" w pantomimie), którego krwisto-czerwonv płaszcz rozwija się nagle i trzepocze na scenie jak wielka chorągiew...

Unoszony w powietrzu, a jak gdyby lecący, nierzeczywisty, baśniowy i brodaty Bóg ze "stworzenia świata"... Walentyn i Faust trykający się słowami w pojedynku, jak rozzłoszczone kozły... Znów Mefisto, niemo, bez jednego dźwięku, śpiewający piosenkę w scenie uwiedzenia Małgorzaty... Migocąca w świetle woda, przelewana kolejno z dzbana do dzbana - uroki realnych, materialnych płynów odkrył zresztą Tomaszewski już wcześniej, przypomnijmy sobie choćby pieniące się mleko z "Gilgamesza"...

Świetny PAWEŁ ROUBA - Faust, którego ciało umie wyrazić wszystko. Spleceni w uścisku Parys i Helena Trojańska (STEFAN NIEDZIAŁKOWSKI i DANUTA KISIEL-DRZEWIŃSKA) - Tomaszewski, uparcie odważny i wierny sobie nie boi się ukazywać piękna obnażonego ludzkiego ciała, zarazem jego erotyka nigdy nie jest śliska i brudna, co zwykle towarzyszy erotyce prezentowanej na pokaz.

Choć jednak długo by jeszcze można kontynuować wyliczanie piękności "Odejścia Fausta", ta pełnospektaklowa pantomima - pierwsza bodaj w dorobku wrocławskiego teatru - pozostawia wrażenie niedosytu, nie jest tak doskonale skończona i pełna, jak "Gilgamesz" chociażby.

Chyba można odkryć, skąd rodzi się w nas takie odczucie. Tomaszewski zderza starą legendę ze współczesnością, to młodzi ludzie odgrywają opowieść o Fauście, ludzie z naszego wieku. Czasami przebierają się, czasami - jak w "Nocy Walpurgii" - zostają w roboczych kostiumach chwytają tylko miotły, kierownice od skuterów i tak odprawiają swój sabat, jakąś piekielną prywatkę...

Z tego zderzenia współczesności i legendy nic jednak nie wynika. Bodaj nawet nie może wyniknąć, pamiętajmy bowiem, że "Faust" pozbawiony filozoficznej warstwy, poezji Goethego czy Morlowe'a - jest płaski, co sprawdza się choćby w operze. Ofiarować duszę diabłu, szarpać się z niebem i piekłem, aby - odzyskawszy młodość - uwieść naiwną niemiecką mieszczaneczkę, przecież to świadczy o małoduszności i braku wyobraźni! Helena Trojańska - w powszechnym odczuciu ucieleśnienie urody i tylko urody, taka Helena trafiła choćby i do operetek - nie poprawia naszych wyobrażeń o bohaterze: "odfilozofowany" Faust staje się, przepraszam za słowa, babiarzem w najgorszym znaczeniu tego słowa. Jedna dziewica i jedna kokota - gorzej już nie można...

Dlatego, sądzę, "Faust" w pantomimie musiał pozostawić wrażenie niedosytu. Stał się natomiast przeglądem imponującej skali możliwości artystycznej tego teatru, na którego odwiedziny zawsze oczekujemy z największą niecierpliwością.

Pod batutą kompozytora

Goście z Wrocławia pozostaną w Łodzi tylko do nadchodzącego czwartku włącznie, natomiast "Miłość szejka", nowy musical polski, którego premiera odbyła się w Teatrze Muzycznym w minioną niedzielę, pozostanie zapewne długo na afiszu. Spektakl jest barwny, roztańczony, trochę może rewiowy, ale w dobrym znaczeniu tego słowa.

Oczywiście recenzje napiszemy dopiero po obejrzeniu obu obsad i premierze prasowej, która odbędzie się w nadchodząca sobotę 14 bm. Ponieważ HENRYK DEBICH, kierownik muzyczny spektaklu, zgodnie z wcześniej podjętymi zobowiązaniami artystycznymi wyjeżdża do Bułgarii, zarówno w sobotę, jak i niedzielę. 15 bm., przy pulpicie dyrygenta stanie kompozytor musicalu MARIAN LIDA, znany krakowski dyrygent i dyrektor tamtejszego Teatru Muzycznego.

Offenbach nu wózkach

Teatr Wielki przygotował widowisko w pełnym znaczeniu tego słowa, z wykorzystaniem wszystkich niemal możliwości technicznych sceny, od opuszczającej się zapadni, poprzez tajemniczo kłębiące się opary jakowejś chemicznej substancji, aż po wyjeżdżające na oczach widzów wózki z dekoracjami i tłumami statystów...

To robi wrażenie, nadaje spektaklowi dynamikę i potoczystość, choć - niestety - nie może zastąpić dynamiki wewnętrznej, której poszczególnym obrazom trochę jednak brakowało.

Bądźmy sprawiedliwi: reżyser i inscenizator, DANUTA BADUSZKOWA włożyła w spektakl wiele wysiłku i inwencji, WITOLD KRZEMIŃSKI czysto i z kulturą przygotował go muzycznie, ROMAN BUBIEC interesująco przemieszał w scenografii mitologię z okresem II cesarstwa, a nawet współczesnością, WITOLD BORKOWSKI pospołu ze zdobywającym dopiero choreograficzne ostrogi EUGENIUSZEM KOWALCZYKIEM dali układy taneczne pulsujące rytmem i barwą.

Jeżeli jednak strona realizatorska była w zasadzie bez zarzutu, to punkt wyjścia, libretto, przedstawiało wiele do życzenia. JANUSZ MINKIEWICZ z rozkoszną niedbałością napisał teksty piosenek wyłącznie do czytania, obdarzony doskonałą dykcją ROMUALD SPYCHALSKI (dobry aktorsko i wokalnie Pluton, jeden z bohaterów przedstawienia), wyśpiewał wprawdzie bohatersko nawet taki językowy łamaniec, jak "żądła pszczół czuł", inni wykonawcy nie mogli już sobie jednak z tekstami poradzić.

Docierały natomiast dowcipy prozą, autor adaptacji, STANISŁAW DYGAT, niezbyt się jednak wysilił - był wulgarny, bądź też ratował się mętnymi aluzjami, których nikt nie miał jakoś ochoty "kupować".

Wykonawcy, pozbawieni dobrej prozy i możliwych do wyśpiewania tekstów piosenek, zawiśli oczywiście w próżni - była muzyka, była przemyślna machina inscenizacji, ale nie bardzo było na czym oprzeć samą rolę. Odtwórcy ról wiodących (DELFINA AMRROZIAK i IZABELA NAWE - Eurydyka. ANTONI MAJAK i STANISŁAW MICHOŃSKI - Jowisz. TADEUSZ KOPACKI i ADAM DULIŃSKI - Orfeusz) mimo wszystko przeważnie odnieśli sukces, epizody były już słabsze, Olimp - w ogóle kiepski. Wybitne skądinąd wokalistki nie powinny były zostać obsadzone w rolach bogiń - miały zbyt mało do śpiewania, a wyglądały chwilami niezbyt estetycznie i źle się ruszały.

Jakkolwiek jednak drobne zastrzeżenia długo by można jeszcze mnożyć - Teatr Wielki, w zastępstwie schodzącej już z repertuaru "Zemsty nietoperza", znów otrzymał widowisko do długiej eksploatacji. A przy okazji otrzymał i tę naukę, że najbardziej "firmowe" nazwiska samoczynnie nie zapewniają poziomu libretta.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego