Gadanie ciałem czyli "Odejście Fausta"

«Ledwo zniknęły ze sceny spotkania baletowe, a już zawitał do nas zespól Tomaszewskiego. Znów jest o czym mówić. Zresztą, przepraszam - gadać. Tym razem bowiem określenie "mowa gestów", którym zwykło się obrazowo określać pantomimę, nie oddaje ściśle tego, co oglądaliśmy wczoraj na scenie. Tomaszewski, u którego podziwialiśmy zawsze precyzję myślenia artystycznego i konsekwencję w przekładaniu wizji na język sceny, tym razem zdaje się wizji nie miał. Dał się ponieść epickiemu tematowi, uwikłał się w ilustracjach, ozdóbkach i ornamentach, zaserwował nam serię znakomitych obrazów, nie powiązanych jednakże jakąś ogólniejszą myślą.

"Odejście Fausta" jest więc, choć może się to wydawać paradoksalne, w ostatecznym swoim efekcie "przegadane". Po raz pierwszy chyba w historii zespołu wrocławskiej pantomimy czysto zewnętrzne efekty wybiły się ponad artystyczny sens wypowiedzi, perfekcja aktorów przesłoniła treść ich wysiłków. Prześledźmy bowiem, na co najżywiej reagowaliśmy podczas spektaklu. Na popisy zręczności, sprawności fizycznej, na efekty czysto inscenizacyjne. To, co zwykle było środkiem wiodącym do celu, stało się celem samym w sobie. Odniosłem wrażenie - być może niesłusznie, że tym razem Tomaszewski potraktował widownię "ulgowo", zszedł na drogę epatowania jej pozorami. Takim pozorem jest na przykład wprowadzenie do spektaklu, mające rzekomo wyrażać jakieś głębsze myśli, takim pozorem, wręcz kiczowatym, jest scena, w której skojarzone zostały miotły czarownic i... całkiem współczesne motocykle, czy też skutery. Scena to, przyznam efektowna, ale cóż ona zawiera w swej warstwie myślowej? Tylko pozór uwspółcześnienia, pozór głębi, pozór historycznego traktowania mitu Fausta. Świetnych pomysłów jest tu zresztą wiele - choćby krwisty płaszcz Mefista, falujący w jednej ze scen jak ogień, choćby warzenie eliksiru młodości, czy też wykluwanie się homunkulusa. Cóż jednak z tego. Nie są one prowadzone konsekwentnie, nic szczególnego z nich nie wynika, nie wiążą się ze sobą stylistycznie. Trudno rozszyfrować zasady, według których organizowane są poszczególne fragmenty spektaklu. Rozchwianie stylistyczne prowadzi do tego, że widownia jest zdezorientowana, nie może odnaleźć kierunku, w którym zdąża wyobraźnia scenarzysty i choreografa.

Niemiłe to chyba uwagi dla artysty, ale cóż, Tomaszewski sam sobie winien. Przyzwyczaił nas, że stać go na spełnianie wymagań najwyższych. I choć piszę to w poirytowaniu, zdaję sobie sprawę, że poirytowanie wynika z niespełnienia ideału. Mimo wszystko bowiem, chciałoby się obejrzeć "Odejście Fausta" jeszcze nieraz. Są w nim przebłyski wielkiego talentu, który tak cenimy, są świetni aktorzy, wprawiający swą grą w oszołomienie. Ewa Czekalska grająca Małgorzatę z finezją i ogromnym wdziękiem, Paweł Rouba - Faust, Janusz Pieczuro - Mefisto.

Co tu zresztą dużo mówić - starczyłoby tego wszystkiego na kilka świetnych spektakli pantomimicznych. Może więc niekontrolowana rozrzutność twórcy jest powodem naszego... niedosytu?»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego