powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Czy można znieść pańszczyznę?

O "W imię Jakuba S." jeszcze wiele powie się i napisze - ale już teraz warto zauważyć, że Strzępka i Demirski odbierają monopol na refleksję o politycznej przemocy Jarosławowi Markowi Rymkiewiczowi; wyrywając ją nie tylko z objęć prawicy, ale i z podejrzanych kolein resentymentu i estetycznej fascynacji - pisze Witold Mrozek w felietonie dla e-teatru.

W nowym spektaklu Strzępki i Demirskiego Jakub Szela powraca, by wprowadzić święto zniesienia pańszczyzny, Mówi: "wy macie swoje tam kieliszki na czwartego czerwca toasty / a ja mam swoje / i się nam te święta na kalendarze nie nakładają". Święto - to zinstytucjonalizowana pamięć, stale powracający w kalendarzu wyznacznik tożsamości. Święto jest polityczne - jak pomnik, jak podręcznik, jak batalion żołnierzy na rozkaz oglądających "Katyń" Wajdy. Odrzucenie dotychczasowych świąt i wprowadzenie nowego, "ludowego" - podsumowuje powracające w spektaklach Strzępki i Demirskiego refleksje nad polityką historyczną. Teatralny duet w "Niech żyje wojna!" przyglądał się prawicowym i peerelowskim sposobom mówienia o drugiej wojnie światowej; w "Był sobie Andrzej, Andrzej, Andrzej i Andrzej" - dominującej opowieści o Solidarności. W obu przypadkach Strzępka i Demirski wskazywali na elitaryzm powszechnie przyjętej historycznej narracji. Krytykowali zarówno westchnienia konserwatystów za przedwojennym dworkiem - jak i triumfalizm oraz społeczną ślepotę dawnych uczestników zdradzonej solidarnościowej rewolucji.

Czy inna, lewicowa polityka historyczna jest możliwa? Bez romantycznej tęsknoty za - postszlacheckim przecież - etosem inteligenckiej konspiry; ale też bez naiwnej nostalgii za dobrym królem Gierkiem? W jednej ze scen Jakub Szela przybywa na wigilię jako ojciec-pijak, którego się wstydzimy. Pyta Szela nas, swoje dzieci: "Kto wam te szlacheckie pańskie durniu jeden z drugim korzenie wymyślił? Kto wam że w weselu to jesteście z panem młodym autobusem na wesele przyjechałeś i z jego gośćmi pijesz? Kto was wyjął wstydem z własnej opowieści buntów chłopskich na powstańcze koszule pozamieniał państwo kurwa wszyscy szlachta?". Nowy spektakl teatralnego tandemu nie jest jednak tylko o tym, że wszyscyśmy z wiejskiego gumna. I nie tylko na tym lewicowe myślenie o historii powinno polegać, by na cokołach zastąpić Piłsudskiego i Dmowskiego - Jakubem Szelą, a księdza Skorupkę - księdzem Ściegiennym.

Włączenie w polską pamięć rabacji - to zarazem uruchomienie myślenia o historii nie tylko jako o czynach wybitnych jednostek i zmianach granic państw, ale też - o przemianach społeczeństwa i jego struktury klasowej. Historia społeczna Polaków to wstydliwy sekret - momenty masowego awansu społecznego są pilnie strzeżoną tajemnicą. Rabacja galicyjska nie jest zbyt elegancka, nieeleganckie jest zniesienie pańszczyzny przez rosyjskiego cara, nie był elegancki również - niosący awans milionom - przełom lat czterdziestych i pięćdziesiątych, którego echo pojawia się w przedstawieniu Strzępki i Demirskiego przez chwilę, we śnie jednej z postaci. Znamienne, że ta operacja na polskiej pamięci odbywa się w Teatrze Łaźnia Nowa i w Teatrze Dramatycznym m. st. Warszawy. Nowa Huta i Pałac Kultury i Nauki - to dwa miejsca naznaczone przemocą, a zarazem będące świadectwem nie tylko tej przemocy, ale i pomnikiem dziedzictwa, które trzeba przemyśleć, a nie wyprzeć czy egzorcyzmować.

W sztuce o Szeli rabacja - to rewolucja. Co z tego, że w tle stoi zaborca, skoro znika pańszczyźniana zależność. Poza odwróceniem tradycyjnego porządku - stawiającego to, co narodowe, nad tym, co klasowe - Strzępka i Demirski swoim spektaklem wykonują jeszcze jeden odważny gest. Wiąże się on z przyjęciem do wiadomości, że żebym ja mógł konkurować na wolnym rynku towarów i usług z nominalnie równymi szansami, żebym choć w teorii miał prawo do edukacji i opieki zdrowotnej i żebym mógł wypracowywać w pocie czoła polskie PKB - ktoś kiedyś kogoś zarąbał siekierą, zastrzelił albo ściął na gilotynie. Albo też - pozbawił świętego prawa własności do pałacu, kamienicy, pola, mojej praprababki.

Dlaczego akceptujemy i gloryfikujemy zabijanie kulą w imię narodu, a nie zabijanie siekierą w imię klasy? Dlaczego śmierć od kuli czy szabli jest piękna, a śmierć od cepa czy siekiery - ohydna? O "W imię Jakuba S." jeszcze wiele powie się i napisze - ale już teraz warto zauważyć, że Strzępka i Demirski odbierają monopol na refleksję o politycznej przemocy Jarosławowi Markowi Rymkiewiczowi; wyrywając ją nie tylko z objęć prawicy, ale i z podejrzanych kolein resentymentu i estetycznej fascynacji. Zarazem dalecy są od obłudnego moralizatorstwa, które strachem przed przemocą dawno minioną usprawiedliwia przemoc dzisiejszą; które każdy śmielszy projekt politycznej zmiany pacyfikuje wspomnieniem Gułagu.

Nie chodzi o to, by tęsknie wzdychać do wbijania ludziom wideł w plecy i miażdżenia im głów cepami, by fascynować się tym, jak autor "Kinderszenen" - wieszaniem. Trudniej niż odrąbać dziedzicowi rękę czy przepiłować mu brzuch - jest zmienić ramy myślenia. Pańszczyzna i szubienica - to dwa filary pańszczyźnianej ekonomii; równie kiedyś niepodważalne i naturalne, jak dziś przekonanie, że niskie podatki stymulują rozwój gospodarki. Mówi o tych filarach w tekście Demirskiego... Howard Wagner, biznesmen ze "Śmierci komiwojażera" Arthura Millera. Aktorzy grają po kilka postaci: to są galicyjskimi chłopami z XIX, to znów współczesnymi Polakami aspirującymi - jak prawie całe społeczeństwo - do klasy średniej, to z kolei - amerykańskimi protoplastami naszej middle-class ze sztuki Millera. Do wszystkich przybywa Szela - nie tylko jako wyparta przeszłość, jak Upiór w "Weselu" Wyspiańskiego, ale też jako znak buntu przeciw "niepodważalności" i "naturalności" niesprawiedliwego porządku społecznego. Chłopi chwytają za siekiery - przeciw pańszczyźnie i szubienicy. Co zrobią ich potomkowie przeciw "niezbędnym" cięciom i zwolnieniom, przeciw "nieuniknionej" niepewności jutra?