Dom poznania dobrego i złego

"Na początku był dom" w reż. Anny Augustynowicz na Scenie Kameralnej Teatru Wybrzeże w Sopocie. Pisze Łukasz Rudziński na portalu Trójmiasto.pl.

«Konflikt międzypokoleniowy może mieć różne oblicza. Starzy nie rozumieją młodych, dzieci żyją zupełnie inaczej niż ich rodzice. Piętrzą się nieporozumienia. Reżyserka Anna Augustynowicz podjęła się trudnego zadania, by zaangażowaną społecznie i politycznie twórczość Doris Lessing wprowadzić do polskiego teatru z perspektywy salonu pewnej angielskiej aktywistki. I z tej próby wychodzi zwycięsko.

Wystawienie sztuki "Na początku był dom" jest zadaniem bardzo skomplikowanym i pewnie dlatego nikt w Polsce się wcześniej tego nie podjął. Brytyjska noblistka z 2007 roku, Doris Lessing, dramat ten napisała w ponad 50 lat temu, osadzając go w realiach angielskiej middle class, po raz kolejny w swojej twórczości jasno określając strony międzypokoleniowego konfliktu i postawy wobec zaangażowania społecznego.

Myra (Dorota Kolak) to aktywna i chętnie uczestnicząca w wiecach politycznych pacyfistka, która dla manifestacji przeciwko bombie wodorowej potrafi rzucić pracę. Tony (Piotr Domalewski), jej syn, po dwuletnim pobycie w wojsku właśnie wraca do domu, w którym nikt się go nie spodziewa. We własnym łóżku zastaje Sandy'ego (Piotr Chys), swojego rówieśnika, pomocnika matki we dnie i kochanka w nocy. Ale to jeszcze nic, bowiem były ukochany Myry - Philip (Mirosław Baka) - właśnie wprasza się z wizytą, "podrzucając" przy okazji na noc Myrze swoją nową narzeczoną, Rosemary (Emilia Komarnicka). Dodajmy do tego zakochanego w Myrze po uszy wieloletniego przyjaciela rodziny, leciwego Mike'a (Krzysztof Gordon) i równie postępową co Myra Milly (Joanna Bogacka), matkę Sandy'ego, by mieć komplet postaci skrojonych na miarę nieznośnej opery mydlanej.

Anna Augustynowicz doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Odważnie rzuca bohaterów sztuki na głęboką wodę. Ogranicza działania aktorów do przybierania fikuśnych póz na wyeksponowanej niczym w komedii salonowej, ekskluzywnej sofie (skromna, wytłumiona kolorystycznie scenografia Marka Brauna) i daje się wypowiedzieć postaciom "na sucho", niemal odzierając je z gry aktorskiej. Dlatego spektakl przeradza się momentami w długie monotonne litanie słów, by nagle przybrać formę serialowych dialogów z kategorii "kocham cię - ty w ogóle nie wiesz co znaczą te słowa".

Reżyserka ufa wymowie tekstu Lessing, dlatego dokładnie prowadzi akcję wedle wskazówek autorki, usuwając ze sztuki jedynie większość bezpośrednich odwołań do angielskiej sceny politycznej i dokonując niezbędnych skrótów. I ma rację. Ten pozornie staroświecki tekst zawiera bardzo aktualne przesłanie: młodzi i starzy mają ogromne problemy z porozumieniem, ponieważ świat ich wartości i potrzeb jest zupełnie inny. Tytułowy dom jest dla Myry nieznośnym więzieniem. Dla Tony'ego to ostoja bezpieczeństwa i podstawowy fundament świata po traumatycznych wspomnieniach z dzieciństwa.

Myra jest outsiderką, jej aktywność polityczna budzi politowanie (Tony) lub irytację (Philip). Dla romansującego z nią Sandy'ego poglądy polityczne są nieistotne ("lewicowe, prawicowe - żadna różnica") - liczy się lekka, łatwa i przyjemna praca. Starzy oczekują od młodych buntu podobnego do tego, jaki stał się ich udziałem. Tylko, że "wyście już wszystkie bunty załatwili. Dla nas nic nie zostało" zauważa Sandy. Jedynym językiem porozumienia pozostaje seks, co tylko komplikuje wzajemne relacje.

Anna Augustynowicz konflikt na tle zaangażowania społecznego potęguje walką płci. Mężczyźni w "Na początku był dom" to przerośnięte niedojrzałe dzieciaki - wyszczekany Sandy i płaczliwy Tony potrzebują matczynej piersi dosłownie. Jedynie status majątkowy odróżnia od nich nieporadnego Philipa, a zaawansowany wiek pierdołowatego Mike'a. To kobieta musi przyjąć lub zanegować przypisaną jej odgórnie bierną rolę w teatrze płci. Prostolinijna Rosemary (bardzo dobra rola Emilii Komarnickiej) tę rolę odrzuca, podstarzałe Myra i Milly z wyrachowaniem z nich korzystają.

Przedstawienie Teatru Wybrzeże jest propozycją bardzo inteligentną, wartościową, choć z pewnością trudną w odbiorze. Spektakl, tak jak sztukę, zdominowały panie. Precyzyjnie, bardzo ciekawie budująca swoją rolę z maleńkich epizodów Emilia Komarnicka ma poważną konkurencję w postaci bardzo dobrej Joanny Bogackiej. W płomiennym finałowym monologu istnieje jednak już tylko Dorota Kolak. Naprawdę warto jej posłuchać.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego