Karl Chaplin, Charlie Rossman

Reżyser z powodzeniem przystosował dla sceny bodaj najrzadziej dziś czytaną powieść legendarnego Kafki, filtrując ją przez własną poetykę, lecz pozostawiając w spektaklu gorycz i niezgodę na świat pisarza z Pragi - o spektaklu "Ameryka" w reż. Jana Klaty ze Schauspielhaus Bochum prezentowanym na Krakowskich Reminiscencji Teatralnych pisze Hanna Rudnicka z Nowej Siły Krytycznej.

«"Ameryka", pierwsza powieściowa próba Franza Kafki, osobliwa, rozwarstwiona i urwana, ma opinię relatywnie, względem innych dzieł autora, pogodnej. Trudno o bardziej mylny stereotyp. Pozorny realizm obrazowania szybko przełamany zostaje nagromadzeniem upokorzeń i pecha, zagęszczonych aż do niemożliwości. Potworność "Ameryki", ukryta pod stosunkowo grubym, jak na Kafkę, płaszczykiem obyczajowości, uderza w czytelnika z ukrycia i zaskoczenia, równie boleśnie jak w lekturze "Kolonii karnej" czy "Zamku". "Amerykę" w ogólny ton twórczości pisarza wpisuje dominująca tu tematyka opresji i winy, podobnie jak sylwetka protagonisty - zaszczutego, upodlonego, bezsilnego, pełnego kompleksów. Również i tę powieść przepełnia dobrze znana atmosfera strachu i opresji. Czy klimat ów zachował się w teatralnej adaptacji autorstwa Jana Klaty, polscy widzowie mogli sprawdzić dzięki Krakowskim Reminiscencjom Teatralnym, podczas pierwszej w Polsce prezentacji powstałego w niemieckim Bochum spektaklu.

A że odpowiedź na powyższe pytanie nie będzie bezwarunkowym "tak", spodziewał się zapewne każdy widz choć trochę zapoznany z reżyserskim stylem Klaty - prześmiewczym, ironicznym, krzykliwym. Pod jego ręką z powieściowej fabuły narodził się slapstick, kolorowy i pełen gagów kolaż, który jednak stopniowo, początkowo wręcz niezauważalnie, nabiera coraz bardziej ponurych barw. Zwalnia tempo, zmniejsza się zagęszczenie komediowych chwytów. Im dalej w las, tym mniej Klaty, a więcej Kafki - przez wyrazisty język inscenizatora coraz intensywniej prześwituje charakter praskiego prozaika.

Pod względem estetycznym dwuipółgodzinny spektakl jest aż mdłą od kiczu mieszaniną stereotypów i klisz dotyczących Wuja Sama. Franz Kafka a Ameryce nigdy nie był, opisał ją na podstawie relacji z drugiej ręki i własnych wyobrażeń. Jak widzi ją dziś, w najbardziej powierzchownym wymiarze, mieszkaniec innych kontynentów wychowany na papce telewizji i filmów? W skarykaturalizowanej formie, może być to właśnie taki koktajl: pomnika Lincolna, ulic Nowego Jorku, Chaplina, komiksów,Snoop Doga, podmiejskich pałaców bogaczy, pustynnych bezdroży, futbolistów, Madonny... Kolejne elementy scenografii autorstwa Justyny Łagowskiej to plansze, schematyczne lub przeładowane detalami, z daleka robiące wrażenie papierowych, nietrwałych. Przewracają się na scenę jak domki z kart, ustępując miejsca kolejnym. Klata idzie bowiem tropem nie czysto egzystencjalnej linii powieści, lecz zwracać się w stronę jej marksistowskiej interpretacji. Liczni badacze widzieli w "Ameryce" ostrą krytykę systemu kapitalistycznego, szczególnie w jego wydaniu zza Atlantyku, oraz powierzchowności i fałszywości mitu USA jako ziemi obiecanej. Echo tego poglądu wyraźnie brzmi w spektaklu: Rossmana, zamiast społecznego awansu, spotyka jeszcze dotkliwsza degradacja, a amerykańskie ideały, godność i indywidualność jednostki, zostają zdeptane.

"W walce między sobą a światem, stań po stronie świata" - to porażające zdanie Kafkowskich dzienników jest jakby podświadomym mottem wszystkich jego protagonistów, w tym i Rossmana, również w optyce nałożonej przez Klatę. Wystylizowany na Charliego Chaplina, w kapitalnym wykonaniu Dimitrija Schaada, niezdarny, niezgrabny, gada nieproporcjonalnie dużo, ujawniając swoje najczulsze punkty. Aż prosi się, by wykorzystywać jego naiwność i dobroduszność. Wspomniane wyżej elementy scenografii kolejno upadają Karlowi na głowę. Za każdym razem wychodzi z tego pozornie bez większego szwanku, lecz nie uczy się na błędach, w kolejnych dekoracjach tak samo nadstawia policzek. Z biegiem czasu z postaci komediowej coraz bardziej przekształca się w tragiczną, w mocnym finale świadomą już swojej klęski.

Polska publiczność nagrodziła "Amerykę" z Bochum aplauzem. Aprobatę wzbudzać mogły błyskotliwe rozwiązania, zmiany nastrojów, charakterystyczny dla reżysera, rockowy rytm przedstawienia. I choć spektakl momentami trochę męczył i nazbyt wytracał impet, wyraźnie widać było, iż niemiecki zespół świetnie odnajduje się w specyficznej poetyce reżysera. Każdy z aktorów (oprócz Schaada) żonglował kilkoma rolami, skrótowo charakteryzując swoje postaci. Wyróżniają w ten sposób na własnym tle najmniej zmechanizowanego, najmniej przystającego do Nowego Świata Karla Rossmana.

Jan Klata w uniwersalny sposób, z powodzeniem przystosował dla sceny bodaj najrzadziej dziś czytaną powieść legendarnego Kafki, filtrując ją przez własną poetykę, lecz pozostawiając w spektaklu gorycz i niezgodę na świat pisarza z Pragi. Cóż, być może kpiarstwo, pastisz i humor są jedynymi środkami, które Kafkę łagodzą, rozcieńczają na tyle, by dało się go pomieścić w sobie, znieść.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego