Szpot w Spatifie

Klub Aktora pod rządami Władysława Sidorowskiego stał się swoistą Ziemiańską PRL. Schodziła się tutaj cała śmietanka aktorów, pisarzy, malarzy, reżyserów, filmowców, chętnie odwiedzali lokal dostojnicy partyjni i rządowi różnego szczebla - pisze Marek Nowakowski.

«Bez Władysława Sidorowskiego nie byłoby Klubu Aktora. Oddał się prowadzeniu restauracji SPATiF bez reszty. Stała się ona całym jego życiem. Nawet stare obrazy w złoconych ramach z jego własnej kolekcji wisiały na ścianach klubu. Był restauratorem z powołania i już przed wojną prowadził knajpę, do której przychodzili aktorzy. Jaracz bywał u niego gościem i Władek nazywał go Majstrem. Chodzili razem po szynkach Powiśla. Klub Aktora pod jego rządami stał się swoistą Ziemiańską PRL. Schodziła się tutaj cała śmietanka aktorów, pisarzy, malarzy, reżyserów, filmowców, chętnie odwiedzali lokal dostojnicy partyjni i rządowi różnego szczebla. Rzecz oczywista, musieli też bywać tajni informatorzy, przysłuchiwali się, o czym paple bohema, zapewne z ich donosów sporządzano analizy nastrojów.

Szpota do Spatifu nie wpuszczano. Nie należał do żadnego związku twórców. Nie wydał drukiem żadnej książki. Był nikim. Toteż szatniarze w klubie, znawcy życia i praw nim rządzących, powiadali zwięźle: - Pan nie ma wstępu!

Wydałem kilka książek, należałem do związku pisarzy i Spatif otwierał przede mną gościnnie swoje podwoje. Kilka razy wprowadziłem tam Janusza Szpotańskiego.

Szpot, człek na marginesie, pisarz zapoznany, interesował się żywo oficjalnym światem sztuki. Tym bardziej że Klub Aktora w tamtym czasie (wczesne lata 60.) nawiedzało wielu twórców starszej generacji, uznanych już przed wojną; był niejako pomostem między II Rzecząpospolitą i PRL. Miał tam przecież stały stolik Janusz Minkiewicz, satyryk głośny już w latach 30., przyjaciel Światopełka Karpińskiego. Siadywali wokół niego Adam Ważyk, Julian Stryjkowski, Artur Nacht-Samborski; pojawiał się dystyngowany Bohdan Tomaszewski, Janusz Osęka ze "Szpilek". Równie atrakcyjnie prezentował się stolik filmowców, którego koryfeuszem był Stanisław Wohl w towarzystwie Ludwika Starskiego, Jerzego Zarzyckiego, Józefa Krakowskiego, Ludwika Starskiego, Antoniego Bodziewicza, Jerzego Bossaka, czasem pojawiał się nawet Aleksander Ford. Istniało towarzystwo Józefa Prutkowskiego - jego druhowie to Andrzej Rumian, Tadeusz Kubiak i inni. Barwna i pociągająca aura otaczała stolik Stanisława Dygata i Kaliny Jędrusik. Przychodzili do nich sportowcy; częstym gościem bywał Władek Komar, medalista olimpijski o posturze rzymskiego gladiatora. Jeszcze stolik Hanny Skarżanki. Często po wieczornych przedstawieniach przybywała plejada aktorskich gwiazd. Elżbieta Barszczewska z Marianem Wyrzykowskim, Jacek Woszczerowicz, bracia Kreczmarowie, Józef Kondrat. Gdzieś przy stoliku siedziała Irena Eichlerówna. Jedni pili ostro. Inni sączyli alkohol powściągliwie, oddając się z zapałem sztuce konwersacji.

Należy koniecznie wspomnieć o kobietach. Zaszczycały lokal swą obecnością sławne aktorki, piosenkarki, towarzyszki życia artystów. Temperaturę znacznie podnosiły kobiety mniej znane, ale urodziwe. Młode, ładne dziewczęta, które przywabiała tutaj magia życia wyższego. Chciały nasycić się pociągającym światem artystów i gotowe były płacić za ten przywilej wysoką cenę. Telewizja była w powijakach i książka z podobizną autora na obwolucie miała niebagatelne znaczenie.

- To on! - szeptały, rozpoznając poetę.

Szpot, tak rzadko tu dopuszczany, rozkoszował się czarem klubu artystów, twórców, demiurgów z różnych dziedzin sztuki. Urodzony w 1928 roku, wychowany w środowisku zamożnej inteligencji warszawskiej, dużo zapamiętał z międzywojnia. Na pewno ojciec prenumerował "Wiadomości Literackie"Grydzewskiego. Mówiło się w domu o nowinkach artystycznych. Rodzice bywali w modnych kawiarniach, Ziemiańskiej, IPS czy SiM. Podobno podczas okupacji jako szachowy wunderkind zagrał partyjkę szachów z Karolem Irzykowskim, księciem krytyki literackiej. Po wojnie zaś studiując polonistykę, przyjaźnił się z grupą młodych ludzi, którzy później w rozmaity sposób zaznaczyli się w literaturze. Byli to Andrzej Biernacki, Janusz Odrowąż-Pieniążek, Zbigniew Herbert, Wacław Sadkowski, Lech Budrecki, Janusz Wilhelmi.

Jednak Szpot miał niezależność wpisaną genetycznie i poszedł własną drogą. Piórem pamflecisty i satyryka toczył szydercze boje z Polską Ludową, obnażał serwilizm twórców, ośmieszał partię - przewodniczkę narodu, nie omijał bezpieki. Już krążyły mu w głowie rymy do "Cichych i gęgaczy".

Przy stoliku, który zwykle zajmował Janusz Minkiewicz (obok nieczynnego kominka), siedział samotnie Adam Ważyk. Uśmiechnął się do mnie życzliwie. Poznałem go w "Twórczości". Zaprosił nas gościnnie do stolika. Potoczyła się wartka rozmowa o jego ostatniej prozie pt. "Epizod". Szpot świeżo po lekturze, wnikliwie i pochlebnie wyrażał się o jej wartości. Ważyk topniał jak wosk. Wnet na stole pojawiła się butelka i rozmowa stała się jeszcze bardziej potoczysta. Szpot okazał się wnikliwym znawcą twórczości poety. Również jej wielbicielem.

Wspominał "Mity rodzinne", wiersze przedwojenne. Podnosił na wyżyny "Poemat dla dorosłych" i "Wagon". Potem pogrążyli się w dyskusji o poetyce Apollinaire'a i francuskich symbolistach, o których pisał eseje Adam Ważyk. Byłem urzeczony czystą miłością Szpota do literatury. Patrzyłem w jego drobną, trójkątną twarz, błyszczące oczy za okularami. Słuchałem pilnie jego nieco skrzekliwego głosu. Tak dywagując i kipiąc erudycją, zaczął zrazu, jakby mimochodem, napomykać o "Kuźnicy", powojennym tygodniku literackim marksistów, którego czołowym piórem był Ważyk. Omawiał jego co ważniejsze artykuły na łamach pisma, w których rozprawiał się bezpardonowo z myśleniem i pisaniem twórców obcych marksistowskiej ideologii, wytykał im klasową obcość i trucicielską rolę, mocno, po bolszewicku odsłaniał wstecznictwo, nawet wrogie intencje, takie jak formalizm, parnasizm itp. Coś jeszcze napomknął o pojawieniu się Adama Ważyka zaraz po wojnie w Łodzi, w mundurze oficera kościuszkowców, z wielkim naganem przy pasie.

- Czy tak było? - dopytywał się z jadowitą natarczywością.

Głos miał nadmiernie skrzeczący i łudząco imitował głos Ważyka.

Obaj mówili tym samym głosem i od tej chwili monolog Szpota z dytyrambu i chwalby przemienił się w bezlitosne oskarżanie i już wprost pytał starego poetę, skąd w nim nastąpiła tak szybka metamorfoza z wolnego pisarza w bolszewickiego komisarza i dlaczego dopiero tak późno, kiedy na dobre skończył się stalinizm, odsłonił w "Poemacie dla dorosłych" negatywną istotę tego najlepszego z ustrojów.

Adam Ważyk osłupiał i dopiero po długiej chwili ocknął się i zaczął podniesionym głosem wykrzykiwać swoje oburzenie, gniew, protest. Szpot wtórował mu tym samym głosem i już nie można było odróżnić jego głosu od głosu tamtego. Był to jeden dziwnie skrzekliwy, sroczy głos. W tym, co mówił Szpot, uparcie powtarzało się oskarżenie pisarzy polskich o to, co po wielu latach Zbigniew Herbert nazwał "hańbą domową".

- Precz, precz! - zawołał Adam Ważyk.

Musiał interweniować kierownik klubu Władysław Sidorowski. Wyrzucił nas ze Spatifu. Nie skrywał zresztą lekkiego rozbawienia. Był człowiekiem przedwojennej daty i Polska Ludowa, partia, marksizm - to były obce dla niego pojęcia.

Szpot zaś miał właściwości skutecznego prowokatora. Potrafił obruszyć ludzi do żywego. Często w ostatecznym pognębieniu upatrzonej ofiary przeszkadzał mu alkohol. Tak było w moim domu na Długiej, kiedy wdał się w burzliwą dyskusję z pisarzem białoruskim z Białegostoku Sokratem Janowiczem. Sugestywnie wywodził, że naród białoruski jest tak bardzo płynny, nieuformowany ostatecznie. Jakiś taki magmatyczny, niezdolny do jednoznacznego określenia swej tożsamości. W języku, mentalności, świadomości. Coś pośredniego między Polakami i Rosjanami. Jak Poleszucy. Tutejsi i nic więcej. Długo jeszcze muszą czekać na odrodzenie narodowe. Bardziej prawdopodobne, że zupełnie się roztopią. Sokrata zatkało zupełnie jak Ważyka. Myślał usilnie i myślał, po długiej chwili jego szerokie, dobroduszne oblicze pojaśniało - znalazł właściwą ripostę i zaczął jękliwym i rozwlekłym głosem swój kontratak.

Nagle Szpot wstał i pomaszerował do ubikacji. Długo nie wracał. Sokrat tymczasem gromadził argumenty przeciw tej upokarzającej Białorusinów teorii. Zaczął się niecierpliwić przedłużającą się nieobecnością przeciwnika. Wreszcie poszliśmy zobaczyć, co stało się ze Szpotem. Spał twardym snem, oparty głową o sedes. Sokrat Janowicz był niepocieszony i o ile pamiętam, dyskusja o dojrzałości i niedojrzałości narodów nigdy nie została zakończona.

W przypadku Adama Ważyka Szpot pojedynek doprowadził do końca. Nazajutrz w osłabieniu kacowym odczuwał pewne wyrzuty sumienia, ale pocieszył się, że jednak dobrze się stało, niech pisarze tak szybko nie zapominają o swojej przeszłości. Po tym incydencie i mnie do klubu przez pewien czas nie wpuszczano.

Spatif istnieje nadal, ale jakby go nie było. Powymierali lub rozproszyli się artyści. Pozostały tylko obiadki klubowe dla aktorów, które wydają w pewnych godzinach. No i duchy. Może tam się błąkają.

Na zdjęciu: Janusz Szpotański (1929-2001).»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego