powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Krakowiacy i Górale

Zastanawiające rzeczy pisał o "Cudzie mniemanym, czyli Krakowiakach i Góralach" W. Bogusławskiego prof. Julian Krzyżanowski: nazywał go błahą "komedyjką", przez przypadek kołłątajowskich kupletów wyniesioną do rangi wydarzenia repertuarowego doby powstania kościuszkowskiego. Znacznie łagodniejszy był uczony historyk literatury dla "Zabobonu, czyli Krakowiaków i Górali" J. N. Kamińskiego - późniejszej o 20 lat przeróbki dzieła Bogusławskiego.

NASZ gust współczesny może się z tymi ocenami rozmijać, pozostawiając pierwszeństwo Bogusławskiemu. Nic to jednak nie ujmie "Zabobonowi" Kamińskiego - ma on bowiem swoje wartości własne i... lepszą, naprawdę wysokiej klasy muzykę, dzieło Karola Kurpińskiego. Myślę też, że te bardzo własne wartości narodowej śpiewogry Kamińskiego i Kurpińskiego z 1816 roku bardzo trafnie wydobywa inscenizacja Teatru Dramatycznego. Górale i krakowiacy boją się niby tego austriackiego smoka, mieszkającego w podwawelskiej skale (rzecz powstała tuż po kongresie wiedeńskim, kiedy ważył się jeszcze los Galicji w zaborze austriackim), ale w gruncie rzeczy w niego nie wierzą i nieco zeń podkpiwają. W prostej moralistyce sztuki przeważają wezwania do zgody, do pracy, do miłości wzajemnej i do miłości ojczyzny - to są bowiem te wartości pozytywne i naczelne, które należy chronić, aby mogły przetrwać.

Przedstawienie w Teatrze Dramatycznym ma jeden wyraźny mankament - i bardzo wiele zalet. Pomyłką jest prolog, dopisany niby na 200-lecie urodzin Kamińskiego, w istocie nudny i niepotrzebny. Dalej jest pięknie - począwszy od scenografii Andrzeja Sadowskiego. Wielkie wrota stodoły, może szopy, przypominają zapewne ten prymitywny teatr lwowski z okresu prapremiery "Zabobonu": po ich otwarciu ukazuje się czarujące teatrum malowanych kulis z pięknym horyzontem w stylu arrasu z pejzażem. Ludwik Rene nie udaje, że inscenizuje dramę: jego spektakl jest znakomicie zrytmizowanym, wyraźnie podzielonym na arie, duety i ansamble wodewilem, w którym wszyscy - aktorzy, chór i balet (Centralny Zespól Artystyczny ZHP) - podporządkowani są pięknej, wcale nie anachronicznej formie. Z tym, że jest też ważny naddatek - we wdzięku i w osobliwym, sympatycznym nastroju całości, który sprawi zapewne, że widowisko trzeba będzie powtarzać wieleset razy.

Oczywiście - aktorzy nie tworzą postaci, lecz figury z wodewilu: nie liczą się głębie, lecz wdzięk i dowcip, sprawność ruchowa, poczucie rytmu, słuch i głos. Największe brawa rozdzielają się tu na wspaniałą figurę organisty Miechodmucha - w wykonaniu Józefa Nowaka i na pełną temperamentu Basię - Mirosławy Krajewskiej; oboje zwłaszcza pięknie śpiewają. Zaraz jednak chciałoby się wymienić także Małgorzatę Niemirską (dowcipnie przewrotna Dorota), i Marka Obertyna (Bryndus), i Zygmunta Kęstowicza (ekonom) i celną trójkę górali Morgala, Świstosa i Kwicołapa (J. Tomaszewski, M. Glinka, L. Herz), i pastucha (Karol Strasburger), Zosię (Iwona Słoczyńska) i wielu innych wykonawców tego pięknego widowiska (trudno przepisywać afisz). Do twórców przedstawienia, mających udział w sukcesie, policzyć trzeba także Barbarę Bittnerównę (piękny zwłaszcza układ poloneza), Teresę Ponińską (kostiumy), Jerzego Dobrzańskiego (kierownictwo muzyczne), wreszcie Wojciecha Młynarskiego, autora finałowych kupletów (niektóre dowcipne).

Pięknym sukcesem zamknął T. Dramatyczny m. st. Warszawy swoje pierwsze 20-lecie.