powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Czekając na proces

"Generał" w reż. Aleksandry Popławskiej i Marka Kality w Teatrze IMKA w Warszawie. Pisze Kalina Zalewska w Teatrze.

Sztuka Jarosława Jakubowskiego opowiada o Wojciechu Jaruzelskim, a właściwie o sytuacji, w jakiej generał znajduje się od przeszło dwudziestu lat w wyniku okrągłostołowej umowy. Uczyniła ona zeń najpierw pierwszego prezydenta wolnej Polski, a następnie osobę o specjalnym immunitecie - jedni co prawda wytaczali mu procesy, ale inni dokładali starań, by w sprawie generała nie zapadł żaden wyrok. Jaruzelski stał się więc najsłynniejszym oskarżonym III RP, mającym na pieńku z własnym narodem, i to na różnych etapach PRL-owskiej historii, a zarazem osobą zapraszaną na salony i honorowaną przy różnych okazjach.

"Generał", oparzony podtytułem "komedia polska", jest fantazją na temat kondycji bohatera, który stał się zakładnikiem tej sytuacji. Zdający sobie sprawę z przekroczeń i ścigany przez wyrzuty sumienia - pomieszane to z gwałtownym usprawiedliwianiem samego siebie, to z nie mniej gwałtownym oskarżaniem innych - pozostaje zamknięty w swoim domu jak w twierdzy. Generał cierpi na syndrom winy, która nie została publicznie nazwana i choćby symbolicznie osądzona, co może umożliwiłoby mu inne funkcjonowanie, zdejmując zeń część ciężaru i w jakimś stopniu przywracając wspólnocie. Męczy się więc, poniekąd w wyniku fałszywej umowy społecznej, poniekąd braku cywilnej odwagi, która zmusiłaby go do domagania się sprawiedliwego sądu.

Fantazja autora na temat Jaruzelskiego czyni zeń w jakimś stopniu postać tragiczną, zmagającą się z dokonanymi wyborami, roztrząsającą, czy można było postąpić inaczej, a jednocześnie groteskową, nie potrafiącą wyzwolić się z matni - generał to przyznaje się przed sobą do winy, to cofa przed nazwaniem rzeczy po imieniu. Rozważając przystąpienie do solidarnościowej rewolucji, dostrzega nagle, że stałby się zdrajcą dawnych towarzyszy broni. Odwieczna tęsknota, by zjeść ciastko i mieć ciastko... zostać narodowym bohaterem, ale nie zapłacić za to istotnej ceny.

Generał jednak doskonale rozumie, że nie istnieje ani większe, ani mniejsze zło, tylko po prostu zło, które wybiera się zamiast dobra. Kto wie, czy w końcu nie zdobyłby się na szczerość wobec siebie. Jednak żona, najbliżsi koledzy (Czesław i Florian) i osobisty sekretarz są żywotnie zainteresowani utrzymaniem dotychczasowego stanu. Bohater mobilizowany jest więc do oporu także przez zaufanych sojuszników, gotowych nawet sfingować jego proces.

Przed domem generała pojawia się kobieta w czerni, być może postać rzeczywista - przedstawicielka pokrzywdzonych, być może emanacja poczucia winy prześladującego bohatera albo częstochowska Madonna, nawiedzająca ateistę uwięzionego w desperackim umiłowaniu ciała, mięsa i wojskowej dyscypliny. Rozpięcie dramatu między tragedią a groteską, obecność pytań metafizycznych, stwarza możliwości różnych interpretacji scenicznych, a przede wszystkim wyboru konwencji, w jakiej opowie się tę historię. Rzecz jest pasjonująca ze względu na temat, ale i literacki poziom tekstu, który podejmuje dyskusję z takimi dramatami jak "Przed odejściem w stan spoczynku" Bernharda.

Reżyserzy prapremiery utworu rozegrali go na scenie otoczonej czerwonymi kotarami, charakterystycznymi dla PRL-owskiej estrady, kojarzącymi się też z komnatą Davida Lyncha, miejscem spowiedzi jego bohaterów. W centralnym punkcie wisi zegar z cyferblatem o wzorze planszy ukazującej się za PRL-u na zakończenie telewizyjnego programu. Na scenę, oprócz skórzanych foteli, kanapy i lustra, wjeżdżają też stół, mównica z mikrofonem czy manekin, na którym wisi mundur generała. Spektakl ma świetnie dobraną oprawę muzyczną i przejmującą muzykę oryginalną. Zarówno Czekamy, czekamy Brygady Kryzys, jak i Nie pytaj o Polskę Republiki doskonale ilustrują pełen napięcia dialog między generałem a społeczeństwem, wprowadzając na scenę racje nieobecnych.

Od pierwszych chwil zwraca uwagę kreacja Marka Kality, być może największy atut spektaklu. Charakterystyczny sposób chodzenia, a właściwie przesuwania po scenie drobnymi kroczkami, sztywne trzymanie całego ciała, jakby bohater nie mógł zgiąć kręgosłupa, do czego chętnie zmusza swoją żonę i sekretarza, a nade wszystko charakterystyczny dla Jaruzelskiego sposób mówienia, wyrzucającego z siebie każde słowo oddzielnie i ściszającego albo zawieszającego głos pod koniec zdania - wszystko to sprawia, że jego bohater jest od razu rozpoznawalny. Aktor na premierze ściśle trzymał się tych ograniczeń, by w następnych spektaklach rozluźnić nieco gorset, dzięki czemu sarkastyczne żarty jego bohatera robią duże wrażenie. Nawet lekki grymas twarzy jest tu znaczącą zmianą nastroju i zbawiennym dla spektaklu haustem świeżego powietrza, bo sztywna obecność generała zdaje się paraliżować otoczenie.

Kalicie partneruje Małgorzata Maślanka w roli generałowej. Przystojna, obnosząca swój seksapil kobieta, podziwiana przez męża stroniącego jednak od bliższych kontaktów, flirtuje z młodym sekretarzem. Aktorka gra lojalną towarzyszkę życia, podtrzymującą opór generała. Od czasu do czasu staje z wysuniętą do przodu prawą nogą, jakby ćwiczyła jogę albo pozę bogini zwycięstwa. Współczesną wersję Nike z Samotraki oglądamy, gdy na prośbę męża prezentuje swój biust, a wzniesiona nad jej głową bielizna stanowi skrzydła bogini. Kontrapunktem tej sceny jest widok półnagiego generała, tuż przed rozpoczęciem proszonej kolacji, wyglądającego zza drapowanej kotary ku kolegom niczym rzymski wojownik.

Zanim jednak nastąpi kolacja, bohater wraz z żoną wydają obiad dla córki, która jest zawiedzioną miłością, a zarazem ofiarą generała. Drobna blondynka o bladej twarzy (Natalia Kalita), w czarnym uniformie, na przekór ojcu została lesbijką i wegetarianką. To ona wymierza karę generałowi, zrywając z nim kontakty. Oboje świetnie rozgrywają tę scenę, wściekłość bohatera wyładowuje się w końcu na kiełkach podanych jako drugie danie.

Przyjęcie dla kolegów, wydane w wieczór poprzedzający ogłoszenie wyroku w toczącym się przeciwko generałowi procesie, stanowi kulminację spektaklu. Janusz Chabior jako bystry, ale cyniczny Czesław i Robert Wabich jako ograniczony, z gruba ciosany Florian tworzą skontrastowane portrety. Chabior pokazuje zasadę działania swojego bohatera, kiedy ten, zagadnięty przez Floriana o haki, jakie ma na kolegów, stwierdza ze spokojem: "Jestem stary i zmęczony / i niewiele pamiętam", po czym rześko dodaje: "Ale to, co pamiętam / rzeczywiście jest bardzo ciekawe". Z kolei Wabich odsłania możliwości Floriana, gdy w odpowiedzi na rozterki generała dotyczące córki z wysiłkiem konstatuje: "Dzieci występują przeciwko rodzicom / naród występuje przeciwko swoim przywódcom".

Wkrótce obaj opanowują scenę, dając prawdziwy popis. Kiedy Czesław wykrzykuje do mikrofonu: "Robiliśmy to wszystko / bo tak nam się podobało", Florian z zapamiętaniem tańczy w rytm przebojów z pierwszej dekady wolności, co pokazuje wszechwładzę generałów w latach osiemdziesiątych, a zarazem bezkarność i wykorzystanie sprzyjającego im klimatu po transformacji. Rozmowa o redaktorze, który ma przeprowadzić nazajutrz wywiad z generałem, i "Gazeta Wyborcza", której czytelnikiem okazuje się Czesław, odsyłają wprost do pomysłodawcy rozwiązania kwestii Wojciecha Jaruzelskiego, który nie tylko wcielił je w życie, ale przekonał do niego połowę rodaków. Gdy nastrój opada, generał tańczy z żoną do piosenki Żołnierz dziewczynie nie skłamie, snując marzenia o rodzinnym szczęściu... W pewnym momencie uczestnicy kolacji odśpiewują Międzynarodówkę, jak przystało na patriotów, po polsku.

Reżyserzy zrezygnowali z trzeciego aktu sztuki, prezentującego konszachty otoczenia, wyrażone w spektaklu przez sekretarza (Krzysztof Ogłoza), panikującego podczas kolacji ze strachu, że generał przyzna się nazajutrz do winy. Ominęli też wątki metafizyczne, rozprawę z generałem powierzając córce. Decydująca i mocna w wyrazie rozmowa z kobietą w czerni, zamykająca drugi akt sztuki, w której generał mówi o swej nienawiści, jest wypowiadana przez siedzącego bohatera wobec stojącej za nim żony, która pod koniec kolacji nosi, jak wszyscy jej uczestnicy, ciemne okulary. Kobieta w czerni jest więc w spektaklu stale obecną i zadomowioną jak żona imaginacją bohatera. Symbolizuje tę część społeczeństwa, która ciągle ma do niego pretensje - symbolizuje także dlatego, że na scenę jej nie wpuszczono.

Spektakl proponuje finał wyrastający z teatralnej i nobilitującej bohatera tradycji. Generał zasiada w fotelu i niczym Beckettowski Krapp włącza taśmę z nagraniem własnej spowiedzi, podczas której zupełnie poważnie rozważa przystąpienie do solidarnościowej rewolty. Odsłuchuje, przewija i jeszcze raz puszcza ten sam fragment, jakby znów zastanawiał się nad tą możliwością. To niestety nieprawda (historyczna), nasz bohater nigdy poważnie nie brał jej pod uwagę, ale pomarzyć oczywiście wolno, zwłaszcza że Markowi Kalicie pięknie wychodzi ten finał.