Pozory mylą

Skąd ją znamy? Z festiwali piosenki aktorskiej i poetyckiej. Z roli Nastazji w "Idiocie" w reżyserii Wojciecha Kościelniaka. Ostatnio zdobyła serca telewizyjnej widowni rolą Anki w serialu "Przepis na życiu". MAGDALENA KUMOREK, aktorka.

«Była na najlepszej drodze do tego, by zostać kolejną królową seriali. Miała 22 lata i, choć już na studiach uchodziła za aktorkę związaną z tzw. kulturą wyższą, zagrała główną bohaterkę w "Samym życiu". Zdobyła popularność, jednak nie skorzystała z okazji, by odcinać kupony od roli celebrytki. Sprzedała mieszkanie w Warszawie, przeniosła się do Wrocławia. Do telewizji wróciła niedawno. I znowu sukces - zarówno serialu "Przepis na życie", jak i postaci Anki, którą zagrała.

Na spotkanie przychodzi w T-shircie i dżinsach. Nie gwiazda, nie aktorka pełna pretensji i fochów, ale dziewczyna, którą lubi się od pierwszego pytania.

PANI: Trudno wyrwać ci nawet godzinę?

Magdalena Kumorek: Myślałam, że nie da się żyć szybciej, a jednak jest to możliwe. Daję radę, bo jestem zorganizowana. W chaosie żyć nie umiem.

I wszystko w tym zawirowaniu ci się podoba?

- Mam fantastyczny zawód, ale wiążą się z nim obowiązki, za którymi nie przepadam. Nie pasuje mi mówienie o tym, jak jem, jak śpię

albo czy gotujesz.

- O to pytają mnie teraz najczęściej. To przez serial. Po raz setny muszę odpowiadać: "Tak, gotuję. Tak, lubię".

Konsekwencja bycia aktorką, do tego popularną. Dużo łez wylałaś, by nią zostać?

- Chyba nie.

Na początku studiów w szkole teatralnej też nie?

- Słyszałeś o tym? Miałam w warszawskiej PWST profesorkę, która mnie cisnęła. Nie wiedziałam, z jakiego powodu. Była pierwszą osobą na mojej drodze, która powiedziała: "Dziecko, nie umiesz". Wcześniej nauczyciele czy wykładowcy w szkole muzycznej tylko mnie chwalili. Byłam trochę rozpuszczona. Trafiam na studia, a tu ktoś ma do mnie jakieś "ale"! Wchodziłam na zajęcia i z miejsca zaczynałam płakać. Profesorka dawała mi zadania, których, być może, nie umiałam wykonać. "Dlaczego, panienko, nie potrafisz?", pytała. I wreszcie zdarzyły się zajęcia przełomowe. Wkurzona na samą siebie, że znowu chce mi się płakać, wykrzyczałam to, co miałam powiedzieć. Wtedy usłyszałam: "Chyba jednak umiesz". Ta profesorka była pierwszym murem, który musiałam pokonać.

Kolejny?

- To mój, wtedy jeszcze, przyszły mąż - Piotr Dziubek, muzyk, kompozytor. Ale nie jako mężczyzna, tylko kolega z pracy. Kiedy zaczęliśmy szykować materiał na moją płytę, powiedział, że śpiewam nieczysto. Byłam oburzona. Śmiał krytykować mnie, absolwentkę szkoły muzycznej, aktorkę, która wygrała festiwale im. Agnieszki Osieckiej i piosenki francuskiej w Lubinie, a potem jeszcze wyjechała z II nagrodą z przeglądu piosenki aktorskiej. To było straszne, bo w dodatku między mną a Piotrem zaczęło się już wtedy coś dziać. Długo nie mogliśmy pracować razem. Mimo to wzięłam lekcje śpiewu.

Piotr wszedł ci na ambicję?

- Słucham ludzi, szczególnie tych ważnych dla mnie, bo wiem, że życzą mi dobrze. Ale z Piotrkiem długo nie rozmawialiśmy na temat śpiewania. Dziś nie czekam na jego reakcje po wykonaniu piosenki, ale kiedy powie, że wyszło fajnie, to znaczy, że było dobrze.

Też komentujesz jego pracę?

- Jasne, choć bardzo lubię muzykę Piotrka. Raz powiedziałam, że fragment jakiejś piosenki jest podobny do tego, co już kiedyś napisał. Wściekł się, ale zmienił.

Podziękował?

- Nie, ale będzie musiał, jak to przeczyta. A może nie pisz tego.

Wspomniałaś o szkole muzycznej. Nie skończyłaś jej?

- Bo wyczułam, że nie nadaję się na pianistkę. Po dziewięciu latach nauki wzięłam w szkole urlop. Wiedziałam, że z niego nie wrócę. Nie byłam dobra. Granie, przynajmniej wtedy, bo dziś siadam za klawiaturą, nie sprawiało mi przyjemności. Wybrałaś aktorstwo. Wiedziałam, że zrealizuję się tylko w zawodzie artystycznym. Śpiewałam, nie widziałam się jednak w roli gwiazdy opolskich festiwali. Do studia aktorskiego Doroty Pomykały trafiłam już w drugiej klasie liceum. Dojeżdżałam na zajęcia z Gliwic, skąd pochodzę, do Katowic. Czułam się tam na miejscu, choć nie byłam nadaktywna. Przez pierwsze pół roku przygotowałam tylko jeden wiersz. Pomykała przymykała na to oko. Ale przed egzaminami do szkoły teatralnej wzięła mnie do galopu. Pokazała, jak szukać w sobie emocji, wyzwolić energię. Potem, już w szkole, przejął mnie Jan Englert. Pracował w podobny sposób.

Zgodził się na to, żebyś na czwartym roku zagrała w "Samym życiu"?

- Wytłumaczył mi, że zadaniem osoby, która startuje w zawodzie, jest pokazywanie się. Ufałam mu. Był świetnym opiekunem roku.

Nie przekonywał studentów, że w kinie i teatrze należy grać wyłącznie w rzeczach wartościowych?

- Englert powiedział mi, że to, czy rola będzie zła, czy dobra, zależy wyłącznie ode mnie. Dlatego w "Samym życiu" się starałam. Miałam obok siebie takich aktorów jak Stanisława Celińska i Krzysztof Stelmaszyk. Bardzo mi wtedy pomogli. Uczyłam się od nich, jak radzić sobie w ekstremalnych warunkach. Wstawałam o szóstej rano, pracę kończyłam o 22. I tak przez dwa lata. W końcu miałam dość.

Zaczęłaś zarabiać?

- I myślisz, że należało poświęcić życie dla tych pieniędzy? Kupiłam mieszkanie w Warszawie, nigdzie nie wychodziłam, bo nie miałam czasu i siły. Czułam się niewolnikiem tej sytuacji. Byłam młodą dziewczyną i już doszłam do ściany? O nie! Pieniądze miałam odłożone na rok. Mogłam więc zaryzykować i rzucić wszystko.

Dlaczego uciekłaś aż do Wrocławia?

- Warszawa mnie irytowała. Ludzie gdzieś gnali, nie patrzyli sobie w oczy. Ja lubię się zatrzymać, porozmawiać. Pomyśleć. Sprzedałam mieszkanie. Wtedy już byłam z Piotrem, który ma swoje korzenie we Wrocławiu. Lubiłam to miasto także ze względu na przegląd piosenki aktorskiej. Znaki na niebie i ziemi wskazywały, że kierunek jest słuszny.

Przyjechałaś do miasta, gdzie prawie nikogo nie znałaś, twój mąż podróżował, bo ktoś musiał pracować, byłaś już w ciąży. Nie czułaś się samotna?

- Nie miałam czasu na psychiczne dołki. Choć muszę przyznać, że zdarzało mi się chodzić po ulicach i mówić do siebie: "Co ja robię, co ja robię?". Franek miał cztery miesiące, gdy wróciłam do pracy, do wrocławskiego teatru Capitol.

Nie żałowałaś tej decyzji?

- Jestem osobą bardzo odpowiedzialną i uporządkowaną. Nie biegnę na oślep. Uwolniłam się, ale swoje życie musiałam budować od nowa. Korzystanie z serialowej popularności było nie dla mnie. Do dziś nie biorę udziału w słabych programach rozrywkowych. Wolę grać we Wrocławiu z aktorami, którzy nie są megapopularni, ale za to utalentowani. Nie trzeba być na świeczniku, by robić to, co się kocha.

Może jesteś za delikatna do bycia aktorką.

- Gdyby tak było, bałabym się przeprowadzki do Wrocławia. Niech cię nie zwiedzie mój sposób bycia. Uważam się za silną osobę. Wiele w życiu mnie spotkało i zawsze znajdowałam wyjście. Nie wszystko nadaje się do tego, by mówić o tym w wywiadach.

Określ chociaż wagę tych zdarzeń.

- Odpowiem tak: na co dzień wydaje się nam, że ciężka choroba, śmierć nas nie dotyczą, ominą, bo jesteśmy młodzi. Tak nie jest i wiem to z doświadczenia. Ja w tych złych momentach nie wołałam: "Ratunku!", tylko szłam jak taran, organizowałam wszystko i się uśmiechałam. Płakałam dopiero w samotności.

Dlaczego ludzie lubią takie postaci jak twoja Anka z "Przepisu na życie"?

- Bo jest optymistyczna. Życie ją trochę przygięło, a ona wyszła z tego obronną ręką. Z ekranu śle komunikat: "Kobieto, z każdego bagienka możesz wyjść".

Budując postać, musisz szukać podobnych emocji w sobie.

- Kiedy czytałam scenariusz "Przepisu na życie", wiedziałam, że nie stworzę postaci oderwanej do końca ode mnie. Przerobiłam już trudne sytuacje życiowe, wiem, na przykład, co to poważne problemy z malutkimi dziećmi.

Jesteś też tak dobrze ułożona jak Anka?

- Zostałam dobrze wychowana. Niekiedy wydaje mi się, że aż za dobrze. Profesorowie w szkole teatralnej powtarzali mi: "Magda, za grzecznie". Czasami, gdy trzeba krzyknąć, kopnąć, nie potrafię tego zrobić. Najgorzej, że każde świństwo wyrządzone przez drugiego człowieka staram się tłumaczyć.

Ale jest coś, co wyprowadza cię z równowagi?

- Nienawidzę, gdy próbuje się mną manipulować. Okłamywać mnie. Wtedy może nie budzi się we mnie lwica, ale pokazuję pazurki.

Słyszałem, że już w przedszkolu lubiłaś małe kłamstewka.

- Tylko one nikogo nie krzywdziły. Mówiłam paniom przedszkolankom, że mój brat miał wypadek, jest w szpitalu i nie wiadomo, czy przeżyje. Potem zjawiała się mama i nie wiedziała, o co chodzi, gdy wszyscy pytali o zdrowie syna. Albo zapraszałam panie woźne do mojej mamy na urodziny. Mówiłam, że czeka na nie tort i będzie świetna zabawa. Mama przychodziła po mnie, a panie woźne, śmiejąc się, pytały: "To o której?". Już mnie poznały. Wymyślałam to wszystko, żeby zwrócić na siebie uwagę.

Twoje pierwsze wspomnienie z dzieciństwa?

- Śmierć mojego dziadka. Zapamiętałam to zdarzenie, choć miałam dwa lata, towarzyszyły mu olbrzymie emocje. Dziadek był osobą, poza rodzicami, ofiarowującą mi miłość absolutną. Kiedy zmarł i przyjechała karetka, zamknięto mnie i brata w samochodzie. Po raz pierwszy miałam poczucie zagubienia, nie wiedziałam, co się dzieje. Mój brat nie pozwalał mi się odwracać. Nie chciał, żebym zobaczyła, jak wynoszą dziadka z domu.

Brat jest ważną osobą dla ciebie?

- Tak, ale długo nie mieliśmy dobrego kontaktu. Mam blizny na kolanach, bo bardzo chciałam mu zaimponować. Robiłam na pokaz ostre zakręty na rowerze. Wywracałam się, trochę się przy tym kalecząc. Bolało, ale ja - osoba ambitna - powtarzałam "ewolucję". A brat rzucał tylko okiem i lekceważył mnie. Do czasu gdy skończyłam piętnaście lat, byłam dla niego osobą, która tylko mieszkała w tym samym domu co on.

Mimo to pilnowałaś, by wychodził o właściwej godzinie do szkoły i zabierał ze sobą kanapki.

- Bo miałam i mam nadrozwinięte poczucie odpowiedzialności. Kiedy Piotrek, wtedy jeszcze nie mój mąż, przyjeżdżał do Warszawy na próby, mówiłam, że mam pralkę i może trzeba coś mu uprać. Czasami jestem męcząca z tą swoją odpowiedzialnością, ale nie potrafię się zmienić.

Masz to po mamie?

- Ona tak jak ja jest osobą bardzo autonomiczną. Nie wtrąca się, nie przestawia mi rzeczy w domu. Jest silną kobietą. Niełatwo ją złamać. Tata zmarł, gdy miałam trzynaście lat. Byłam jego córeczką - oczkiem w głowie. Mogłam robić, co chciałam, i nie usłyszałam od niego złego słowa. Jego śmierć zamknęła etap dzieciństwa w moim życiu.

I zmieniła też życie twojej mamy.

- Musiała utrzymać dwoje dzieci. Córkę, którą trzeba było odwieźć i przywieźć ze szkoły muzycznej, i syna, który interesował się informatyką, a to było kosztowne. Mama płakała, kiedy tego nie widzieliśmy. Jestem jej za ten wysiłek ogromnie wdzięczna. Do dziś mnie wspiera w opiece nad dziećmi. Nasze relacje są już na innym etapie. Kiedyś, jak razem gdzieś wyjeżdżałyśmy, to ona wszystko załatwiała. Teraz ja to robię. Podchodzę do recepcji, a ona stoi dwa kroki za mną. Mama żartuje, że ta zamiana ról nie do końca jej się podoba.

Dość wcześnie zrozumiałaś, że w życiu nic nie jest na zawsze.

- Dlatego cieszę się każdym dniem. Mam świadomość, że to truizm, ale nie umiem tego inaczej określić. Przebywając ze swoim synem w szpitalach, naoglądaliśmy się nieszczęść. Widywałam rodziców, którzy zmagali się z bólem dzieci i własnym strachem.

W czym twój mąż był lepszy od innych?

- Na początku nie był w moim typie. Nawet wydawał mi się dziwny, bo oczy mu się zamgliły, gdy spojrzał na mnie pierwszy raz. Denerwowało mnie, że jest taki nachalny. Odrzucałam go, a on konsekwentnie wykonywał kolejny telefon. Trwało to pół roku. Widocznie w moim przypadku miłość musiała dojrzeć...

..by potem eksplodować...

- ...na Spotkaniach Zamkowych "Śpiewajmy poezję" w Olsztynie. Brałam udział w koncercie galowym, on akompaniował. Wchodzę na scenę. Miałam zaśpiewać "Uciekaj moje serce" Seweryna Krajewskiego. Piotr zagrał pierwsze dźwięki, obejrzałam się na niego i koniec. Coś mnie trafiło. Nie słyszę muzyki, śpiewam nieczysto, mylę się. To była porażka, i to na oczach ludzi. Poszłam za kulisy, a Piotrek zatroskany: "Co się stało?". "Nic, po prostu cię kocham".

Odnalazłaś się w roli pani domu?

- Teraz wpadłam w taki rytm: trzy miesiące praca non stop, potem osiem tygodni przerwy, co oznacza powrót do domu na dłużej. Znowu zaczęłam zdjęcia, ciągle karmię Ninę. Kocioł straszliwy. Dlatego też nic dziwnego, że w tym momencie tęsknię za rolą kury domowej. Gotowaniem, praniem, wieszaniem ubrań na sznurach w ogrodzie, pieleniem grządek. Bawi mnie prowadzenie naszego domu pod Wrocławiem, kiedy jesteśmy tylko we czwórkę i wtedy, gdy zjawiają się goście - wszystko staje się kolorowe, a ja jestem organizatorem biesiadowania.

Co w tobie - matce, żonie, aktorce - jest dla twojego męża nie do przyjęcia?

- To pytanie powinieneś właściwie skierować do niego. Każdego dnia uczymy się siebie, poznajemy, wsłuchujemy w swoje potrzeby. A reszta? To kwestia szczerej rozmowy i dobrej organizacji.

Gdy urodziło się wasze pierwsze dziecko, to...

- Długo uczyłam się czerpania przyjemności ze spędzania czasu z synem. Kiedy Franek miał dwa lata, był zbuntowanym dzieckiem. Nie mogłam sobie z nim poradzić. Denerwowało mnie na przykład, że nie chce wracać do domu i robi mi scenę na oczach sąsiadów. Dziś wiem, że problem był we mnie. Zostajemy rodzicami i tak naprawdę nie znamy tego nowego człowieka, który pojawił się w naszym życiu. Dlatego zaczęłam przyglądać się synowi. Patrzeć, co lubi, czego nie. Co dla niego jest nagrodą, jaki rodzaj karcenia odnosi skutek. Gdy urodziła się Nina, byłam już matką mądrzejszą. Mam dla córki więcej cierpliwości i zrozumienia, niż to było w przypadku Franka.

Czasami myślisz tylko o sobie?

- Nie zaniedbuję siebie, tylko że czas na zastanawianie się nad sobą mam tylko wtedy, kiedy jestem sama. Kręcąc "Przepis...", specjalnie budziłam się godzinę wcześniej, niż było trzeba, żeby porozmawiać ze sobą czy przeczytać fragment książki psychologa Berta Hellingera albo powieści Jodi Picoult. Samotność jest niezbędna dla zdrowia psychicznego.

Przyjaciele?

- Znalazłam ich we Wrocławiu. To artystki z szerokimi horyzontami. Polecamy sobie fi lmy, książki, szkolenia z samodoskonalenia. Poznając moje przyjaciółki, odkryłam, jak fascynująca może być improwizacja wokalna. Spotykamy się więc i śpiewamy. Jedna zaczyna, potem druga i dalej, i dalej. Tworzy się cudowna atmosfera i jesteśmy szczęśliwe.

Masz czas na marzenia?

- Kiedy skończyłam 30 lat, zrobiłam mapę marzeń. Na arkuszu papieru nakleiłam symbole moich ówczesnych pragnień. W pierwszej wersji, bo powstało kilka, zanim mapa osiągnęła ostateczny kształt, zanotowałam, że chcę jechać do Meksyku. Potem z tego zrezygnowałam, bo musiałam odpowiedzieć sobie na pytanie, czy aby na pewno jest to TO miejsce. Nie było.

Jakie marzenia z tej mapy udało ci się do tej pory zrealizować?

- Pracowałam wtedy nad rolą Nastazji w "Idiocie" Dostojewskiego w reżyserii Wojciecha Kościelniaka w teatrze muzycznym Capitol we Wrocławiu. Długo czułam, że postawione przede mną zadanie przerasta mnie. Zaczęłam więc umieszczać na mapie obrazy, które kojarzyły mi się z energią tej postaci, jej wewnętrznym ogniem, np. wyraz oczu bohaterki. Zagrałam i wyszło chyba nie najgorzej.

Coś jeszcze dodałaś?

- Kobietę w wyskoku symbolizującą energię, której mi brakowało. Wstawałam rano i byłam nadęta. Dziś, gdy budzę się zła, bo muszę wcześnie wstać, myślę o rzeczach, które mi się udały. I świat zaraz staje się piękny. Przyznasz, że nie mam prawa narzekać. Jestem farciarą.

Masz już jakiś plan na rok, dwa lata?

- Tylko na dzień do przodu. Muszę znać terminy zdjęć, żeby organizować nasze mamy - która przyjedzie na plan. Co będzie za rok - nie wiem. Na pewno wakacje z rodziną. Teraz jestem na zakręcie, bo dużo się u mnie dzieje. Ale w tym samochodzie nie siedzę sama. Mam ze sobą męża, dzieci - oni są najważniejsi. Bez nich nie chciałoby mi się rozpędzać.

Obyś znowu nie miała ochoty wrzucić wstecznego biegu.

- Niech pomyślę... Niczego nie mogę obiecać.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego