Co wieczór z innym widzem

- Teatr jest wyznacznikiem formy i wszystko zależy od widza, i dlatego aktorzy trzymają się teatru. Poza teatrem nie mają tej frajdy współtworzenia z widzem w czasie teraźniejszym - mówi JAN ENGLERT, dyrektor Teatru Narodowego w Warszawie.

«Rozmowa ze znakomitym aktorem Janem Englertem [na zdjęciu w spektaklu TR Warszawa "T.E.O.R.E.M.A.T."], dyrektorem Teatru Narodowego:

Jest pan najstarszym zawodnikiem turnieju tenisowego aktorów w Pogorzelicy. Który to już pana pobyt nad morzem?

- O nie, starszym ode mnie o dwa lata jest Stefek Friedmann, który ma 70 lat. Czy uczestniczę od początku? Nie bardzo pamiętam, ale chyba tak. Najlepiej zapytać organizatora Adama Grochulskiego. On powinien dokładnie wiedzieć.

Wyrwał się pan nad morze w ramach przerwy urlopowej jako dyrektor Teatru Narodowego. Głośno było niedawno o Grażynie Szapołowskiej, która zamiast wystąpić na scenie - pojawiła się w jakimś reality show w komercyjnej telewizji...

- Na ten temat nie będę nic mówił.

Trudno, odpuszczam. Podoba się panu Pogorzelica?

- Pewnie, że tak. Przybywamy tu od dziewięciu lat, jesteśmy dopieszczani, a każdemu pieszczonemu jest dobrze. W "Sandrze" jest nie tylko kort tenisowy, ale także baseny, które pozwalają zregenerować siły.

W ilu filmach pan zagrał w życiu? Oglądając TV można stwierdzić, że pokazuje się pan dość często w różnych obrazach.

- Nie, jeżeli chodzi o film, to nie miałem specjalnie szczęścia, ale chyba setkę ról zagrałem. Spektakularnych sukcesów filmowych nie miałem. W Gdyni na festiwalu żadnej nagrody nigdy nie dostałem. Do "Katynia" nie grałem u Wajdy, a najważniejszych nagród nigdy nie otrzymałem. W latach 70. grałem u Łomnickiego i Morgensterna.

Debiutował pan jako 13-latek w "Kanale". Jest pan jednak historią polskiego kina.

- Faktycznie, to było 55 lat temu. Przejść do historii jest łatwo, ale wrócić ciężko.

Który ze swoich filmów chwali pan sobie najbardziej i chętnie ogląda? Czy w ogóle aktorzy lubią oglądać swoje filmy?

- Nie mam własnych dokonań w domu do oglądania siebie w telewizji i raczej nie oglądam. Teatr jest moją główną pasją, a nie kino. Teatr funkcjonuje w czasie teraźniejszym. Nie ma w nim przeszłości ani przyszłości. Tylko to, co dziś wykonujemy i widz odbiera, to czas dzisiejszy, więc nie oglądam się do tyłu. Żyję dniem dzisiejszym. Telewizji raczej nie oglądam, a jeśli, to tylko Eurosport. Piłka nożna, tenis i siatkówka. W przeszłości grałem w piłkę nożną jako zawodnik Polonii Warszawa.

Bardziej czuje się pan aktorem teatralnym czy filmowym?

- Nie ma takiego podziału w naszym kraju. Owszem są aktorzy serialowi, którzy mają taką specjalizację. Nie wymaga to umiejętności warsztatowych. Każdy, kto ma osobowość, może być gwiazdą serialu.

Aktorzy serialowi to dziś bożyszcza wielu widzów. Niekiedy wystarczy zagrać jakąś rólkę i już się jest gwiazdą.

- Nikogo nie deprecjonuję. Papier czy dyplom nie jest wyznacznikiem formy. Wyznacznikiem jest teatr, który wymaga konstruowania postaci jeden do jednego na żywo. W kinie można zmontować rolę. Teatr jest wyznacznikiem formy i wszystko zależy od widza, i dlatego aktorzy trzymają się teatru. Poza teatrem nie mają tej frajdy współtworzenia z widzem w czasie teraźniejszym. Nie wiedzą, grając w filmie, czy to się spodoba, czy też nie.

Wielu aktorów ucieka do reklamy, chociaż w przeszłości się zarzekali, że nigdy tego nie uczynią. Pieniądz jednak robi swoje...

- Ich wybór. Ani granie w reklamie, ani w serialu nie deprecjonuje pod jednym warunkiem, że te łatwo zarobione pieniądze nie demoralizują. Są tacy, którzy grają w serialach, robią reklamy, pracują fantastycznie i rozwijają się, ale są też tacy, którzy nie grają w serialach i reklamach, ale się nie rozwijają. Zależy to od charakteru. W każdym zawodzie łatwo zarobione pieniądze demoralizują.

Ostatnio w "Polityce" napisano, że aktorzy stawiają na teatr, bo mają zapewniony ZUS i inne świadczenia, by wieść wygodne życie i dorabiać gdzie indziej.

- Nie, dziennikarze muszą o czymś pisać. To nieprawda. Aktorzy nie trzymają się teatru ani dla ZUS-u, ani dla pieniędzy. Trzymają się właśnie dlatego, że po pierwsze mają prawdopodobieństwo uczestnictwa w wydarzeniu artystycznym w pełnym znaczeniu tego słowa i dodatkowo bezpośredni kontakt z widzem. Co wieczór z innym widzem i to jest niezwykła frajda.

Nie sposób nie wrócić do początku naszej rozmowy o Grażynie Szapołowskiej, która jednak wybrała inną drogę.

- Sprawa zakończyła się rozstaniem. Środowisko teatralne zrozumiało tę decyzję i przyjęło ją spokojnie. Nie chcę na ten temat rozmawiać.

Dla dyrektora firmy takie zachowanie aktorki było raczej szokiem.

- Przede wszystkim dla kolegi. Nie należy zapominać, że ja kieruję kolegami, a to jest bardzo trudna sytuacja. Wymaga bardzo precyzyjnego dogadania zasad współpracy i respektowania obustronnego. Jeżeli jedna strona ich nie respektuje, to jest to wykroczenie i już. Należy powiedzieć jeszcze jedną rzecz, której wielu ludzi nie rozumie. To nie jest sprawa umowy o dzieło ani kontraktu. To jest etat. To jest zobowiązanie wobec regulaminów pracy i kodeksu pracy. To nie jest coś, czym można sobie spokojnie żonglować. Jeżeli ktoś decyduje się na przyjęcie etatu, to musi prawa przestrzegać. Te same zasady obwiązują wszystkich, nie tylko aktorów. Tu nie ma dyskusji, czy ktoś sobie coś wybiera, czy nie. Jest na etacie i ma wykonywać zobowiązania wobec firmy, w której pracuje.

Wiadomo, że wielu aktorów ma etat w teatrze, a pracują w wielu innych miejscach. Czyli można to pogodzić.

- Wielu aktorów pracuje poza teatrem. Ja także. Tu chodzi o to, że jeżeli ma pan 50 indywidualności, to musi pan ułożyć terminy tak, aby się zgadzały dla tych innych prac. Jak już pan ułoży, to nie można ich zmieniać. To proste jak drut. Z panią Szapołowską była konfliktowa sytuacja, która może wszędzie się zdarzyć. Każda taka sytuacja powoduje konflikt, który trzeba rozwiązać w ten czy też inny sposób.

Dziękuję za rozmowę.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego