Słyszę mądrego premiera, który podpisuje pakt ze światem kultury i składa przysięgę jak Kościuszko na rynku, że będzie jeden procent z budżetu na kulturę. Tego samego dnia Teatr Narodowy dowiaduje się, że zostanie mu obcięta dotacja na przyszły rok. Jakże to? Dokąd więc mają powędrować te wyczekiwane dwie dziesiąte procenta? - zastanawia się Marek Weiss, dyrektor Opery Bałtyckiej na swoim blogu.
Instytucje kultury takie jak teatry, filharmonie, muzea prowadzące regularną działalność opartą o stały budżet i etaty stanowiły niekwestionowane dobra kultywowane przez władze i szanowane przez odbiorców. To był nie tylko bezpieczny dom dla rzeszy artystów, ale i obszar, gdzie powstawały najważniejsze wydarzenia, tradycja mieszała się harmonijnie z nowoczesnością, a społeczeństwo uznawało, że tam bije zdrowe źródło prawd ludzkich i niemałych przyjemności. Ten stan rzeczy ulega właśnie radykalnym przemianom, a konsekwencje tego mogą być nieobliczalne. Jak grzyby po deszczu, że użyję banalnego porównania, rosną w naszym kraju zgodnie z tendencją światową liczne festiwale, przeglądy, spotkania, biennale i inne okazjonalne imprezy, których mobilny charakter i skłonność do sensacyjności chwytają za serca ludzi prostych i umęczonych monotonią codziennej pracy. Chwytają też nie tyle za serca, co za kieszenie wszelkiego rodzaju decydentów